Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/209

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    XVI.

    W saloniku hrabiny Ramułtowéj w godzinie popołudniowéj, nadzwyczajną uzyskawszy audiencyą, siedział, kapelusz trzymając w rękach, uperfumowany Lubicz... Dojrzała niewiasta na fotelu naprzeciw niego spoczywająca, uśmiechała mu się z wdziękiem zapożyczonym od lat młodszych i maleńką rączkę złożyła na stoliczku naprzeciw niego, aby się jéj mógł do syta napatrzéć. Rączka ta biała, pulchna, okryta mnóstwem pierścieni, które stanowiły rodzaj kroniki dość długiego i nie skąpego w wypadki życia — mogła w istocie swemi kształty i wypieszczeniem ściągnąć znawcy oko. Lubicz, który od niewielu lat żył w towarzystwie szczycącém się rękami takiemi, zachwycony był arystokratycznym rysunkiem jéj i kolorytém tycyanowskim... Opalowe pazurki różowiejące na koniuszczkach palców, świeciły wypolerowane najstaranniéj... Rączka bawiła się niby chusteczką batystową oszytą koronkami, a w istocie kusiła młodzieńca. Usteczka uśmiechem pełnym dobroci towarzyszyły jéj, a oczki przymróżone, wy-