Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/212

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    nie, Lubicz odwtórował mu drugiem podobném w tym samym tonie.
    — Polciu droga! rzekł — tyś anioł dobroci...
    — Chciałabym abym tylko twe szczęście mój Miciu zapewnić mogła... a wierz mi serce mam młode... i żywo ono bić umie.
    — Moje, które nigdy nie kochało... począł Lubicz... przynosi ci na ofiarę pierwiastek uczuć...
    Oczy hrabinéj zwróciły się ku młodzieńcowi, który tak piękne prawił jéj rzeczy i byłyby czułości wzajemne zaszły zapewne daléj jeszcze, gdyby Herman po dobrym obiedzie, w dobrym humorze z cygarem w ustach, niespodziewając się nikogo zastać u matki o téj godzinie, nie wszedł poufale, nie pytając o pozwolenie do pokoju...
    Lubicz nadzwyczaj się tém zmieszał... Herman zdawał się go nie widzieć...
    — Pan Lubicz! rzekła matka.
    Syn skłonił się i niezważając na niego siadł z drugiéj strony. Chcąc odciągnąć go od innéj drażliwszéj materyi hrabina zapytała uśmiechając się.
    — Jakże tam z panną Hanuą? Pan Lubicz jest tak jak członek rodziny, nie mamy dla niego tajemnic...
    Herman spojrzał na matkę, ruszył ramionami i nic nie odpowiedział...
    — Niechciałbym zawadzać — odezwał się Lubicz wstając i trzymając kapelusz.
    — A jabym pragnęła, żeby Hermanek powziął