Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/224

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    są przekonani, że ona w nim i on w niéj zakochany, a jam pewien, że nie.
    — Pan bronisz go jak dobry brat...
    — Nie, pani, byłem dla niego i jestem złym bratem, bo... najdroższego mu skarbu pozazdrościłem nieraz...
    Hanna zarumieniła się jeszcze mocniéj...
    — Ani pojmuję, by człowiek co raz patrzał na gwiazdę, mógł potém...
    Nie dokończył, bo Hanna znalazła pretekst jakiś do przerwania mu tego frazesu...
    Po chwili Herman zaczął znowu:
    — Sylwanowi tyle winien jestem, iż go do upadłego zawsze bronić i wdzięczen mu będę wiecznie.
    — Za co? spytała Hanna...
    — Choćby, że mi tu ułatwił wnijście i wyjednał przyjęcie...
    Junoszanka odwróciła głowę, dawała mu do zrozumienia, aby mówili o czém inném... smutna była bardzo... Co się działo w jéj duszy, onaby tylko sama wytłómaczyć mogła. Gniewała się na Sylwana i żałowała go, oburzona nań była i na siebie razem za nierozważny pośpiech — wątpiła chwilami i odzyskiwała wiarę. W duszy czuła brzemię łez wezbranych i znużenie życiem i niechęć do niego.
    Herman więc był dla niéj pożądanym gościem, bo przynosił błysk jakiéjś nadziei, był węzłem co ją z przeszłością drogą łączył... z nim mogła mówić o bracie i znaleźć przeciwko sobie obrońcę obwinio-