Pod polską banderą/Łaska pańska na pstrym koniu jeździ

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pod polską banderą
Wydawca Książnica - Atlas
Data wydania 1929
Druk Zakładt Graficzne S. A. Książnica-Atlas we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Rozdział X.
Łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

Imię pana Władysława Haraburdy było u wszystkich na ustach i nietylko w Gdańsku, Oliwie, Pucku, Tczewie i Elblągu, lecz w całej Rzeczypospolitej.
— Jabłko od jabłonki niedaleko pada! — mówiono o młodym rycerzu, przypominając sobie hardą postawę i twardy kark dziadka-kasztelana, gdy, jako poseł, żądania króla na Kremlu i w Pskowie narzucał, a także nieugiętą wolę „prezydenta“ Stefana Haraburdy-ojca, śmiałego oszajcy, zaludniającego i broniącego inflanckiej rubieży od północy.
Do Pucka przybywali codziennie nowi goście, aby poznać rycerza, o tem i owem z panem Władysławem pomówić. Przybywali więc na brygantynę znamienici, możni kupcy gdańscy, do związku Hanzy należący: Rudolf Uphagen, Jan Schopenhauer, uczony Hans Bartoldy, bystrego umysłu Otton Ferber i rycerski Krockow, od polskiej sławnej szlachty Krokowskich się wywodzący, a z nimi razem przypłynął kupiec wenecki — Ottoboni.
Gdańscy patrycjusze, których za dotrzymanie wiary Polsce w zatargach króla ze Szwecją szczypali na morzach Szwedzi, Duńczycy, Olendrzy, Anglicy i Franki, a sama Hanza krzywo na nich spoglądała, radzi byli widzieć w młodym wojaku-żeglarzu obrońcę i opiekuna, Ottoboni zaś kwiecistą mową schlebiał rycerzowi i podbijał go do dalekiej pławby z okrętami, nasypanemi zbożem polskiem, aż do Italji, gdzie na Śródziemnem ciepłem morzu mógł zażyć przygód różnych i wojny, bo o spotkanie się z afrykańskimi korsarzami nie było tam trudno.
— Jestem na rozkazach wielkiego hetmana koronnego, mości panowie, i będę czynił, co on obmyśli! — odpowiadał pan Haraburda.
Odwiedzali „Dumną Filsandę“ przyjeżdżający do hetmańskiego obozu dworscy panowie z Warszawy, a niektórzy z nich do znajomości dawnej i parenteli z rycerzem i panią Wandą chętnie się przyznawali.
Pewnego dnia sam hetman Stanisław Koniecpolski z Warszawy do wojsk swoich przybył i gońca do starosty Weyhera pchnął z pismem, aby wraz z panem Haraburdą, mirationis dignus navalis miles, do obozu się stawili.
Karabonem, zaprzężonym w czwórkę koni, dotarli panowie do Malborku, gdzie się mieściła kwatera hetmańska.
Pan Haraburda długą godzinę spędził u hetmana, a gdy wychodził, wielki wojownik, pod ramię go trzymając, mówił głośno:
— Ależ, mopanku, ja ci powiadam, masz łeb niepośledni! Ja ci powiadam, wskoczysz wysoko, bo niejeden stary, ja ci powiadam, pozazdrościć mógłby takiej łebskiej mózgownicy! Ufaj mi, mopanku, ja ci powiadam, że sprawy twoje conficere przyrzekam. Z panem wojewodą Sieniawskim, ja ci powiadam, i z jego synalkiem, ja ci powiadam, grzecznie pokonferuję, a i o tych zerwipołciach, ja ci powiadam, co to się zwą Kubala, Muża, Hanik, Kąkol et caetera, ja ci powiadam, mopanku, nie zapomnę, bo to, ja ci powiadam, mocno furiosae bestiae, a ja, mopanku, takich drapichróstów w czasach wojennych, ja ci powiadam, lubię. A nie zapominaj, mopanku, o Malborku, ja ci powiadam, bo zawsze radzim ciebie oglądać!
Licznie zebrani rycerze, statyści i obcokrajowi panowie, przy hetmanie przebywający, zrozumieli, że skoro pan Koniecpolski sypie „mopankami“ i „ja ci powiadam“, — oznaczać to ma wielkie zadowolenie i łaskę hetmana. Ukłonami przeto odprowadzano pana Haraburdę, gdy przechodził zamkowe komnaty i obszerną sień, zatłoczoną pocztowymi, ordynansami i hajdukami.
W Pucku państwo Haraburdowie rozgospodarowali się w gościnnych pokojach obszernego starostwa. Pani Wanda, urodziwa, słodka i dostojna w każdym ruchu i słowie, stała się wkrótce ośrodkiem, do którego dążyły wszystkie białogłowy, i tak się stało, że dom pana Jana Weyhera nie mógł wkrótce zmieścić zjeżdżających zbliska i zdaleka gości. Jechały najpierw ichmościanki z córkami, ale, widząc przystępność i prostotę rycerskiej pary, zjawiać się zaczęli panowie-szlachta Sychowscy, Paszkowie, Ossowscy, Żelewscy i kupiectwo znaczniejsze przy połowicach, wystrojonych w sztywne tuniki lundyszowe lub walensowe, y kitlikami czemlotowemi i ozdobami z haftowanego złotem aksamitu, w suknie luńskie z kształtami aksamitnemi lub anszkotowemi, w wolanty, smukawice, sółtany grodeturowe, w czepki złotem i perłami przetykane, a opasane bindami, ciężkiemi od nitek złotych i srebrnych, łańcuszków i kamieni; inne — młodsze podwiki dumne były z bryżyków i fioków czubiastych, misternie ułożonych z cudzych włosów, zlepionych wonnem mydłem, z obfitych i bogatych nad podziw inderaków z jedwabiu włoskiego. Tak wystrojone niewiasty pobrzękiwały manelami i zausznicami, zgrabnie na ramiona mętliki barwne zarzucając.
Możne kupiectwo nosiło się z niemiecka, a więc — pludry obcisłe z jasnego sukna luńskiego, kaftany aksamitne, ciężkie pasy z litych klamer srebrnych, a na to kabaty, futrem opuszone, i berety do koloru.
Szlachta — żupanów używała, kontuszów, delij bogatych z zaponami, po ojcach wziętemi, a kamieniami drogiemi i złotem połyskującemi, ferezyj starodawnych, karabel dziadowskich, nieraz damascenek zacnych lub batorówek, czapek magierek, jak na rycerzy przystało, co wroga z trzech stron wyglądali.
Pan starosta rad był widzieć tylu znakomitych gości, bo tego i owego, co przedtem krzyw był na polskie panowanie, na swoją stronę przekabacił, kupcom podsunął myśl potrzebną, szlachtę do ofiarności podbudzał, a nad wszystkiem czuwał i nic nie opuścił.
Dumnego Jana Ostroroga, magnata i wojewodę poznańskiego, który zagustował sobie w panu Haraburdzie i porucznikostwo w swej chorągwi husarskiej rycerzowi powierzał, pan starosta tak na swoją modłę urobił, że ten kaletę szeroko rozwiązał i na budowę armaty dukatów garście dwie sypnął, nie licząc.
Pan Władysław nie miał chwili wolnej, bo razem z Ahronem i jego cieślami z cyrklem w ręku i łokciem żelaznym pod pachą wymierzał każden kawałek drzewa na brygantynie, pisał i przyglądał się, jak uczony w Brugji mistrz ciesielski część po części na pergamin przenosił wizerunek „Dumnej Filsandy“, aż się zjawiła, niby prawdziwa, w te same barwy ozdobiona, misternie w każdej kwadrze, czy to w rufie, czy sztabie, w szerokości deku lub w wysokości masztów pomiary swe przechowująca.
Rycerz oglądał gdańskie ludwisarnie, które z rozkazu hetmana do odlewu armatek przysposabiano pośpiesznie, prochownie i saletrownie oksywskie i tczewskie oraz warsztaty, gdzie płótno żaglowe tkano, pleciono i smolono cumy i cienkie liny okrętowe.
Często wołał go do Tczewa kasztelan Lanckoroński i, zamknąwszy się z nim, układał pisma do panów Potockich, Bnińskich, ambitnych Mycielskich, Myszkowskich, do arcybiskupa gnieźnieńskiego, który każdego roku okręty własne, w Gdańsku swojem zbożem i mięsiwem naładowawszy, do Flandrji posyłał na sprzedaż; do Morsztynów, kupców krakowskich, handlujących z Anglją i Hiszpanją, i innych, lubujących się w morzu lub od niego bogactwo swoje czerpiących.
Pięknie pisali panowie Lanckoroński i Haraburda de rebus maritimis i o ofiarę pieniężną na armatę wodną Rzeczypospolitej prosili, aby ante proelii commitendi signum mieć już wszystko w pogotowiu na Bałtyku.
— Podpisz, podpisz waść, bo nazwisko twoje w one czasy zdziałać siła może! — mawiał pan kasztelan, kładąc swój podpis na listach.
Pan Lanckoroński sam napisał do dostojnego biskupa przemyskiego, Pawła Piaseckiego, a ten dziejopisarz sprawiedliwy, aczkolwiek króla Zygmunta III surowo sądził, poparcie w sprawie palącej przyrzekł i błogosławieństwo kapłańskie przysłał.
Przeminęła zima, w ciągu której załoga „Dumnej Filsandy“ pracowała w pocie czoła, pomagając imć panu Ahronowi przy budowie dużych szkut a jeszcze bardziej przy nauczaniu sztuki żeglarskiej sprowadzonych z całego Pomorza ciurów i ludzi ochotnych. Przed wiosną stu dziesięciu wyćwiczonych okrętników kręciło się po Pucku i Oliwie.
Pewnego poranku brygantyna odpłynęła z zatoki i stanęła przed Gdańskiem, koło latarni, a na jej rufie widniał napis „Zjawa Morska“. Takie bowiem imię nadano pierwszemu bojowemu okrętowi polskiemu.
Cały Gdańsk wyległ, aby spojrzeć na piękną brygantynę, świecącą czystością, białością żagli i połyskującą lufami armat, a jeszcze bardziej — szkarłatem swoich bander i flagi, nad sterem powiewającej. Zaroiły się dokoła okrętu szalupy, barkasy, jolki i inne łodzie, w których płynęło mieszczaństwo gdańskie, z podziwem oglądając oczami znawców bieżny kadłub, mocarne ożaglowanie i uzbrojenie „Zjawy Morskiej“. Kupcy i żeglarze kręcili głowami i cmokali z zachwytu.
Pan Haraburda, idąc za poradą pana starosty puckiego, zaprosił i ugościł na swojej brygantynie burmistrza, rajców i znaczniejszych ludzi z Gdańska, nawiązując z ojcami grodu przyjazne stosunki, w czem mu sekundowała wysoko urodzona, dostojna pani Haraburdzina, odrazu zdobywająca wszystkie serca uprzejmością pańską, szczerością, z serca płynącą, i rozumem, którym wszystkich w podziw wprawiała.
Na ucztę ucztą odpowiedział w swoim pałacu graf Krockow, wielki Rzeczypospolitej miłośnik, jako że miał w swych żyłach krew polską, a w pamięci — przed narodem niemałe zasługi przodków.
— Waszmość pani zawdzięczamy wielki sukces! — wołał po tej uczcie uradowany, krewki pan Weyher. — Bo oto veni, vidi, vici i wszystkie serca zdobyłaś, dostojna pani! Nawet ci, co jeszcze wczoraj krzywo na nasze morskie intentiones spoglądali, dziś już o nich z nami spokojnie i roztropnie gadają...
Całował pan Jan po rękach urodziwą panią Haraburdzinę i ze śmiechem dodawał:
— Jabym na miejscu króla-jegomości — waćpanią na posła do Szwecji kreował! Non dubito, że Gustaw-Adolf wszystkie swoje okręty jej w darze ofiarowałby!
Istotnie, pani Haraburdzina rzuciła urok na wszystkich, nawet na nieprzychylnego, ze Szwedami i Niemcami w konszachtach tajemnych będącego najstarszego rajcę Ungerna, który niegdyś króla Stefana Batorego na klęczkach za zuchwałość Gdańska o łaskę i przebaczenie błagał. I ten nieprzyjaciel Rzeczypospolitej, zawsze niepomny, że dopiero Polska świetność i bogactwo jego rodzinnemu grodowi dała i skrzydłem swojem przed wrogami osłoniła, uśmiechał się teraz życzliwie na widok urodziwej pani Wandy i upominek jej piękny przez pajuka posłał — błam ciemnych soboli, z Nowgorodu przywiezionych.
Gdy już wiosna szła całym pędem, a wierzby na puckiej mierzei okryły się białemi, puszystemi pąkami, gruchnęła w Gdańsku wieść, że król niebawem do grodu zjeżdża, aby robotę pana starosty i brygantynę zdobyczną obejrzeć oraz wojska odwiedzić pod Malborkiem.
Zakipiała praca w Gdańsku. Rajcowie w pośpiechu odnawiali komnaty królewskie w ratuszu, pozłacali stojącą na jego szczycie statuę króla Zygmunta-Augusta, drogi i bruki naprawiali, zdobili domy wiankami z jedliny i zielonego jałowcu, przeplecionych białemi i czerwonemi pasmami tkaniny; herbami polskiemi i gdańskiemi, zniczami, kagankami, ustawianemi na bramach, i kobiercami, wywieszonemi z okien; ubierali w nowe barwy srogich drabantów i ceklarzy grodzkich, zdobili ołtarze w kościołach świętej Panny Marji, św. Bartłomieja i św. Józefa, tynkowali mury świątyń, które podupadły w czasach wojennych, i odnawiali z przepychem niebywałym kaplicę królewską.
Na ratuszu i w Artusowym Dworze przygotowywano stoły, ławy i zydle dla uczt, które miało wydać miasto na cześć króla, przybudowywano nowe kuchnie, spędzano z domów patrycjatu kuchtów i kuchcików. Burgrabia i burmistrz głowili się nad tem, żeby jak najlepszych ryb do stołu królewskiego nie zbrakło, więc rybacy rzucali i w dzień i w nocy sieci na Wiśle i na morzu.
Patrycjuszki, otoczone krajczyniami i dziewkami służebnemi, nowe obmyślały i szyły stroje, wydobywały z sepetów okutych stare klejnoty, niemal relikwje rodzinne, ciężkie, drogie, a brzydkie.
Ojcowie miasta radzili nad tem, że nadszedł czas prosić króla w tak sposobnej chwili o abrogowanie angielskiej kompanji, która cały handel suknem w ręku swojem trzymała i Elbląg nad Gdańsk wywyższała.
Tak to cały Gdańsk o godnem spotkaniu króla przemyśliwał i do tego ręce przykładał.
Nareszcie po zwiedzeniu obozu pod Malborkiem król Zygmunt III z całym dworem zjechał do Gdańska.
Na przodzie jechali skrzydlaci husarze nadwornej chorągwi, co szła w pełnym ladrowaniu, a więc w pancerzach, kapalinach, nagolenicach, nakolankach i karwaszach, przy koncerzach i kopjach, skrzących grotami i powiewających proporcami. Szlachta, służąca pod tym znakiem, siedziała na ciężkich, włochatych fryzach, okrytych czołdarami z herbami królewskiemi po rogach; na uboczu, na długość miecza trzymał się porucznik — młody, a znamienity wojownik — Jerzy Potocki i namiestnik chorągwi — Wacław Łoziński, obaj z buzdyganami, opartemi na kolanach.
Wspaniały rydwan złocony, w herby zdobny, zaprzężony w szóstkę białych koni pod czerwonemi i białemi czaprakami z siatki jedwabnej i z pióropuszami na głowach, wiózł Zygmunta III.
Miał król na sobie czarny dołoman, opuszony ciemnem futrem, na głowie kapelusz szwedzki z białem piórem. Wspaniałe oblicze, wydające się nieco przydługiem z powodu brody, naprzód wysuniętej i równo od dołu przyciętej, uśmiechało się miłościwie, a ręką król witał tłumy, z zadowoleniem dotykając długiego, cienkiego wąsa, zlekka do góry podniesionego.
Pierwszy powitał najjaśniejszego pana burgrabia, za nim burmistrz z rajcy, a po nim w imieniu Pomorza: Pucka, Oliwy, Oksywji, Elbląga, Tczewa i innych grodów pan starosta Jan Weyher i pan kasztelan Jan Bąk-Lanckoroński, biskupi w infułach i kapach, przeorowie klasztorów, ministrowie luterscy i kalwińscy, radni cechów, rezydent hanzeatycki i starszyzna obcokrajowców z Anglikiem, kupcem Pittem Lindslayem na czele.
Za rydwanem królewskim toczyły się karoce marszałka koronnego, wielkiego hetmana Koniecpolskiego i innych dostojników, aż cały orszak zamykał oddział chorągwi pancernej hetmańskiej pod namiestnikiem Wojciechem Tarnowskim, królowi z czasów rokoszu Zebrzydowskiego i bitwy pod Guzowem pamiętnym.
Król stanął w ratuszu i na drugi dzień wezwał do siebie pismem odręcznem, co oznaczało wielką łaskę, pana Haraburdę wraz z panami Weyherem i Lanckorońskim.
— Powiadomiono nas o twoim kawalerskim czynie, mości panie, — zaczął król z uprzejmym uśmiechem i prostotą, którą niemal więcej niż wakansami umiał jednać sobie przyjaciół. — Maximam laudem atque magnum fructum virtutis capere powinieneś, kawalerze, za swój czyn! Żebyś więc in posterum mógł nam fideliter na wodach służyć, mianujemy cię, kawalerze, princeps dux miles „Zjawy Morskiej“, darowujemy ci dom w grodzie tym, zapominamy urazy, jakie dla ciebie żywiliśmy, i in favore nostro spełniamy prośbę twoją o nadanie szlachectwa Wojciechowi Kubali i przebaczenie win czeladzi twojej.
Rycerz ucałował rękę króla i, usunąwszy się, słuchał, jak król przyobiecał dać z własnej szkatuły pieniądze na budowę i kupno okrętów bojowych i zapowiedział rychłe przybycie słynnego na wielu morzach i oceanach żeglarza, Jakóba Murreya, Szkota rodem, co nietylko wodzić brygantyny i galery umiał, lecz w sztuce ich budowy i zbrojenia biegłym był.
Ucieszyli się panowie Weyher i Lanckoroński i królowi dziękczynność swą świadczyli, nazywając go magnus salvator Patriae, acz obaj wiedzieli, że o polskiej ojczyźnie król-Szwed miał myśl z drugiej ręki dopiero.
Tegoż dnia król-jegomość na wspanialej łodzi burmistrza z palącemi się zniczami na dziobie, podpłynął do „Zjawy Morskiej“ i brygantynę oglądać raczył. Gdy zaś pan Haraburda kazał strzelać na wiwat ze śmigownic z dolnego pokładu, a czeladź, o łasce króla powiadomiona, wszczęła takie wiwatowanie i hałłakowanie, paląc z pistoletów i błyskając tasakami, król Zygmunt aż oczy zmrużył, jako że był to pan niewojenny, a może na myśl mu spłynęło wspomnienie zgiełku, podczas sejmu inkwizycyjnego i rokoszu Zebrzydowskiego powstałego.
Jednak miłościweini słowy dziękować raczył najjaśniejszy pan za ochotę i wierną służbę żeglarską i do nowych sławnych czynów na morzu zachęcał, poczem odpłynął, odprowadzany hucznemi okrzykami załogi „Zjawy Morskiej“ i graniem rogów.
Na rufie spuszczano i podnoszono wielką banderę z orłem białym, żegnając króla i wodza całej armaty wodnej.
Aczkolwiek Zygmunt III słynął ze skromnego i oszczędnego życia, zezwolił jednak na wydanie balu, na którym mógł poznać i urokiem swym podbić patrycjat miejski i okoliczną szlachtę, od majestatu daleko żyjącą.
Podczas tańców król, jak równy wszystkim, raczył tańczyć „pieszego“ z burmistrzynią Bischoffową, otwierając bal, a później z łaskawem słowem podchodził do rajców i miłościwie rozmawiał z panami Bolszewskim, Czarlińskim, Jackowskim, Ostrowskim, Włodkiem i Przebendowskim, co od dziadów-pradziadów na Pomorzu osiedli.
Gdy spostrzegł król pana Haraburdę, stojącego obok żony, zbliżył się do nich i już zdaleka, przykładając dłoń do ust, mówił:
A vero abhorret, żebyśmy nie poznali Sieniawskich, moich szczerych druhów, krew! Postawa, urodziwość i mądre oczu wejrzenie — te same! Non dubitamus, rycerzu, że widzimy przed sobą małżonkę twoją, o której gładkości i profundio mentis fama do nas doszła?
Pani Haraburdzina pochyliła się przed królem w dworskim ukłonie.
Wobec wszystkich zebranych Zygmunt podniósł do ust drobną dłoń pięknej pani i, wprowadziwszy na salę, tańczył, wesoło i nieprzymuszenie rozmawiając.
Wśród gości przebiegł szmer podziwu, gdy majestatyczna para posuwiście kroczyła, zatrzymując się na chwilę, aby ukłon sobie złożyć.
Król Zygmunt wystąpił na balu w stroju przewspaniałym. Miał na nogach trzewiki miękkie, o ostrych końcach i wysokich famurałach, barwy granatowej, obcisłe rajtuzy z luńskiego sukna seledynowego, a na nich krótkie białe, o szerokich bufach pantalony; krótki kaftan niebieski, cały złotem haftowany; okazałą postać królewską ściągał pas z litych złotych klamer, z coraz innym klejnotem w każdej; z pasa zwisał długi rapier szwedzki w białej pochwie, w cyzelowane pierścienie złote przybranej, i z rękojeścią, diamentami wysadzaną. Zgóry był narzucony z białej walensy, bufiasty w rękawach dołoman w złote esy-floresy, z sutą opuszką gronostajową i z szeroką, sztywną, białą krezą, w rurki misternie karbowaną w rzędów pięć.
Na piersi na złotym łańcuchu wisiał Agnusek, z kości słoniowej, przez papieża z Rzymu przysłany.
Nałożył go był król, aby bronił go od zarazy, jaką, mniemał, nieśli ze sobą odszczepieńcy luterscy i kalwińscy, z którymi w Gdańsku przebywać był zmuszony.
Najjaśniejszy pan miał przystrzyżone, już siwizną przyprószone włosy, krótką z boków, wydłużoną do przodu, a równo od dołu przyciętą brodę, dobrotliwe i uprzejme, nieco ogorzałe na wiosennym wietrze oblicze, które śmiało się wydętemi wargami i wesołemi oczami.
Król prowadził urodziwą panią Wandę i przyglądał się jej z wielkiem zadowoleniem.
— Waszmość pani jako bogini jakowaś! Venus, nie — Artemis prawdziwa! — mówił, ściskając dłoń nadobnej tancerki.
— Wasza królewska mość łaskaw dla mnie! — odpowiedziała pani Haraburdzina, rumieniąc się i pokrywając modre oczy ciemnemi rzęsami.
Pani Wanda była nad podziw piękną tego wieczoru. Nawet gdańskie patrycjuszki zniemczone i elblągskie prusaczki nie mogły oczu od niej oderwać, czując jak zawiść szybko zamyka swoją szczerzącą kły i wysuwającą jadowite żądło paszczę. Szlachcianki polskie nawet nie porywały się na zawiść.
— Sieniawska to! — szeptały. — Cóż chcecie? Z domu królewiąt możnych. Takie to najpiękniejsze i najdostojniejsze bywają z pomiędzy białogłów!
Pani Haraburdzina szła lekkim krokiem, a strój jej szczeropolski jeszcze bardziej podnosił kształtność wiotkiej kibici, słodycz i piękność twarzy, łagodność i powagę oczu i postawę pańską o ruchach spokojnych i wyniosłych.
W białym kołpaczku, z opuszką kunią i czaplem piórem, przypiętem dużą agrafą diamentową, pani Wanda odziana była w kontusik ze szczerego złotogłowia stambulskiego, przepasany wzorzystą tkaniną jedwabną, a na kontusiku żupanik biały, pod szyją, na połach i rękawach kunami czarnemi obszyty, połyskujący guzami z dużych krwawników, w złoto oprawnych. Białe, o długich cholewkach trzewiki, złotemi sznurkami spinane, kryły drobne, foremne stopy pięknej pani.
— Waszmość pani przekłada strój narodowy nad szaty cudzoziemskie? — spytał król, przyglądając się tancerce.
— Nie inaczej, miłościwy panie! — zawołała. — Pamiętam bowiem, co napisał uczony imć pan Łukasz Górnicki o tej materji w „Dworzaninie“.
— Cóż napisał? — pytał król.
— Mówi tak: „My, Polacy, nie mamy swego własnego ubioru, acz podobno musiał być pierwej, ale nam omierzł, jakośmy się nowinek chwycili. Otóż chocia się ochopnie nam teraz sprosne widzą, jednak pachną oną przystojną a świętą swobodą polską, która była ze zdrowiem Rzeczypospolitej“. Tak napisał imć pan Górnicki.
— A jakże tedy my? ludica de nostra re! — zawołał Zygmunt, bystro patrząc w oczy pani Haraburdziny.
Niezmieszana i swobodna odparła z ukłonem:
— Najjaśniejszy pan jest nietylko królem polskim, lecz i szwedzkim, więc dowoli może strój dla siebie dobierać!
Zygmunt III przełknął gładko pochlebstwo, albowiem lubił, gdy go królem Szwecji nazywano.
Ścisnął więc dłoń pani Wandy i ku stojącemu z hetmanem Koniecpolskim i wojewodą Janem Ostrorogiem panu Haraburdzie sunąć zaczął, mówiąc:
Nolumus, lecz musimy małżonkowi jego skarb zwrócić, bo, nescio, czy nas nie zetnie jak owego tedy Magnusa na Inflantach! — mówił ze szczerym śmiechem.
— Graf Magnus nie na prywatę napad uczynił, lecz na honor Rzeczypospolitej, gwałt bezkarny zadać zamierzając, a protekcją najjaśniejszego pana się osłaniając! — odpowiedziała natychmiast z również szczerym śmiechem pani Haraburdzina.
— Naszem imieniem?! — zawołał król. — Impossibile! Co za bezecność!
— Za takową oto obrazę majestatu mąż mój owego grafa zranił i na drogach rozstajnych na wierzbie powiesił — dorzuciła pani Wanda.
— To honoru naszego bronił? — spytał król.
— Majestatu twego, miłościwy panie, aby cień nań nie spadł i kalumnja od ludzi złych — rzekła poważnym głosem.
— Toć, waćpani, regalistka, jako żywo! Jesteś naszemu sercu jeszcze milsza! — wołał król.
— Najjaśniejszy pan zawsze widział przy sobie głowy i szable Sieniawskich i Haraburdów krwawą pracę na wszystkich rubieżach! — odpowiedziała pani Wanda.
— Na Boga! — wykrzyknął Zygmunt. — Mens acerrima!
Podczas gdy król tańczył z panią Haraburdziną, do rycerza podszedł hetman Koniecpolski wraz z wojewodą Ostrorogiem.
— Cóż to, mopanku? Najjaśniejszy pan, ja ci powiadam, połowicę ci porwał? Ciężka sprawa, bo tu do korda, ja ci powiadam, nie może dojść, mopanku! Crimen laesae maiestatis, mopanku! Nic z tego, ja ci powiadam!...
Hetman śmiał się głośno, klepiąc pana Władysława po ramieniu.
Nagle z tłumu wynurzyła się wspaniała postać wojewody Piotra Sieniawskiego.
— No, panie Piotrze, ja ci powiadam, mopanku, chodż-że tu, chodź! — zawołał na jego widok hetman. — Nie bądź, ja ci powiadam, krzyw na tego rycerza, mopanku, bo to ćwik, ja ci powiadam, aż serce rośnie. To, mopanku, wilczysko, ja ci powiadam, kresowe, zubaste i szerszeniowate! A i my, mopanku, ja ci powiadam, za młodu, tacyż, ja ci powiadam, byli... Ha! Nie bądź-że mu, mopanku, krzyw, bo, ja ci powiadam, co było to było, a co jest, to, ja ci powiadam, jest, mopanku!
Wojewoda Piotr z uśmiechem przyjaznym wyciągnął do pana Haraburdy dłoń.
— Niech tamto pójdzie w niepamięć! — rzekł tubalnym, nawykłym do rozkazów głosem. — Chociaż szpetnie mnie wtedy huknąłeś jelcem szabliska...
Mea culpa! — odparł rycerz. — Lecz nie chciałem uderzyć, tylko odmachnąć to, co na kołnierz burki spaść mi miało!
— Filut z ciebie, rycerzu! — zaśmiał się wojewoda. — Ale chociaż rękę masz przyciężką, to — nic! Gorzej z moim synem! Ten za to odszczekiwanie prycha, jak dzianet, na samo imię twoje.
— Nie wiedziałem, z kim mam do czynienia! — objaśnił pan Haraburda. — Puścić płazem obrazy nie mogłem, więc albo usiec, a tu widzę — młode, słabowite pacholę, albo... cóż miałem robić?
— Ja ci, mopanku, powiadam, — rzekł hetman, dotykając rękawa pana Piotra — że to, ja ci powiadam, nauczka dla młodzika była. Nie wolno bowiem, mopanku, bez racji słów obraźnych miotać, ja ci powiadam. A, że młody to jeszcze był fryc, gołowąs, ba — żółtodziób, ja ci powiadam, mopanku, to i infamia żadna w tem się nie kryje.
— Ja słowa o tem do nikogo nie rzekłem! — zauważył pan Haraburda. — Bardzo żałuję tego i radbym za druha syna waszej dostojności uważać, jako że żadnego rankoru do nich obydwóch nie czuję!
— No to, ja ci powiadam, mopanku, że możemy litkup pić, boć to sprawa, ja ci powiadam, skończona i pogrzebana! — zawołał pan Koniecpolski, a wojewoda Ostroróg dodał, patrząc na pana Sieniąwskiego:
— Niech się prędzej młodzi pogodzą, bo siła od tego rycerza twój Stach, panie Piotrze, nauczyć się może!...
— Ja też tak myślę! — rzekł pan Piotr, jeszcze raz ściskając rękę młodemu rycerzowi. — A przybywajcie wraz z Wandą rychło do Warszawy! Muszę bowiem relację z jej majętności złożyć i pod twoją administratio oddać, gdyż nie sposób mnie nad takiemi dużemi włościami, jak moja i wasza, samemu czuwać!
— Patrzcie, waszmościowie, król jegomość ku nam zmierza, ja ci powiadam! — zauważył hetman.
Istotnie, król, prowadząc panią Wandę, sunął ku panom tanecznym krokiem.
Podszedłszy, dłoń tancerki raz jeszcze ścisnął i, zwracając się do pana Haraburdy, rzekł:
— Kawalerze, prawdziwym skarbem Bóg cię obdarzył! Radzi będziemy oglądać was w naszym zamku w Warszawie. No, a teraz idź już tańczyć z żoną, bo słyszałem, iż do „wyrywanego“ kapela przygrywać zaczyna!
Rycerz skłonił się i, ująwszy żonę za rękę, w krąg tańczących gości wstąpił.
— Coraz mniej takich prawdziwych ludzi wojennych chodzi po ziemi! — zauważył wojewoda Ostroróg, kiwając głową w stronę oddalającego się pana Haraburdy.
— Szczera to dusza rycerska i głowa nie od parady! — wtórował mu hetman, z trudem powstrzymując się w obecności króla od „mopanka“ i swego „ja ci powiadam“.
Zygmunt obrzucił wzrokiem rozrosłą a zgrabną, wąską w biodrach i cienką w pasie postać pana Haraburdy.
— Istny Lucyferus! — rzekł z uśmiechem.
Król miał słuszność, pan Haraburda, bowiem, przywdział na siebie czerwony strój polski: czerwone z safjanu buty i szerokie hajdawery, czerwony żupan z krwawnikami na guzach i czerwony pas mukadynowy, turecki, z którego na szamerowanych złotych rapciach zwisała karabela bogata, zdobytemi na bojarach drogiemi kamieniami wysadzana.
— Piękna para! — raczył łaskawie zauważyć król-jegomość. — A społem barwy narodowe kreują!
Pan Haraburda niedługo tańczył z żoną.
Pani Wanda opowiedziała mu o rozmowie z królem, a rycerz, uśmiechając się pod wąsem, rzekł do niej:
— Prawdę mówi przysłowie, najmilsza Wandko, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ!
Ledwie zdążył powiedzieć to, gdy podbiegł do nich młody Jerzy Potocki, porucznik husarzy królewskich, i, klasnąwszy w dłonie, porwał panią Wandę i uniósł w tańcu, zamieszawszy się w tłumie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.