Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



Rozdział X.
Łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

Imię pana Władysława Haraburdy było u wszystkich na ustach i nietylko w Gdańsku, Oliwie, Pucku, Tczewie i Elblągu, lecz w całej Rzeczypospolitej.
— Jabłko od jabłonki niedaleko pada! — mówiono o młodym rycerzu, przypominając sobie hardą postawę i twardy kark dziadka-kasztelana, gdy, jako poseł, żądania króla na Kremlu i w Pskowie narzucał, a także nieugiętą wolę „prezydenta“ Stefana Haraburdy-ojca, śmiałego oszajcy, zaludniającego i broniącego inflanckiej rubieży od północy.
Do Pucka przybywali codziennie nowi goście, aby poznać rycerza, o tem i owem z panem Władysławem pomówić. Przybywali więc na brygantynę znamienici, możni kupcy gdańscy, do związku Hanzy należący: Rudolf Uphagen, Jan Schopenhauer, uczony Hans Bartoldy, bystrego umysłu Otton Ferber i rycerski Krockow, od polskiej sławnej szlachty Krokowskich się wywodzący, a z nimi razem przypłynął kupiec wenecki — Ottoboni.
Gdańscy patrycjusze, których za dotrzymanie wiary Polsce w zatargach króla ze Szwecją szczypali na morzach Szwedzi, Duńczycy, Olendrzy, Anglicy i Franki,