Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zaglów nie trza, niech ino taki dmie! — odparł przez zęby Hanik-bosman i zcicha się zaśmiał.
Pan Haraburda mówił tymczasem do pana Weyhera:
— Mości panie! Nie zjawy my, vere homines poloni sumus i żeglarze niepośledni! Jednak siłaby gadać o tem, skąd my tu przypłynęli i jak brygantynę swoją zdobyli. W inszem miejscu radbym to uczynić, bo o różnych ważnych questiones relacje złożyć ichmościom winienem.
— No, to proszę waćpana i waćpanią dobrodziejkę do mego domu! — zawołał pan starosta.
I nagle rozochocony i uradowany ponad miarę zawołał do czeladzi:
— A wam, chłopcy, każę przyholować kufę dobrej gdańskiej krambambuli, jakiej nawet po tynfie za kieliszek po karczmach nie znajdziecie!
Pan Haraburda wydał rozkazy szyprowi Muży i wraz z panią Wandą i Wojtkiem Kubalą zeszedł do łodzi starosty puckiego.
Do późnej nocy opowiadał rycerz dzieje swoje i przedstawiał, jak się rzecz miała na Filsandzie, a Kubala dodawał, co widział i słyszał na zamku barona Palena, gdzie gościł powiernik króla Gustawa-Adolfa, możny graf Gotland.
Nad ranem goniec z długiem pismem pana Lanckorońskiego pomknął do hetmana, wioząc szczęśliwą nowinę o cudownem założeniu podwalin dominii maris Baltici.