Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a sama Hanza krzywo na nich spoglądała, radzi byli widzieć w młodym wojaku-żeglarzu obrońcę i opiekuna, Ottoboni zaś kwiecistą mową schlebiał rycerzowi i podbijał go do dalekiej pławby z okrętami, nasypanemi zbożem polskiem, aż do Italji, gdzie na Śródziemnem ciepłem morzu mógł zażyć przygód różnych i wojny, bo o spotkanie się z afrykańskimi korsarzami nie było tam trudno.
— Jestem na rozkazach wielkiego hetmana koronnego, mości panowie, i będę czynił, co on obmyśli! — odpowiadał pan Haraburda.
Odwiedzali „Dumną Filsandę“ przyjeżdżający do hetmańskiego obozu dworscy panowie z Warszawy, a niektórzy z nich do znajomości dawnej i parenteli z rycerzem i panią Wandą chętnie się przyznawali.
Pewnego dnia sam hetman Stanisław Koniecpolski z Warszawy do wojsk swoich przybył i gońca do starosty Weyhera pchnął z pismem, aby wraz z panem Haraburdą, mirationis dignus navalis miles, do obozu się stawili.
Karabonem, zaprzężonym w czwórkę koni, dotarli panowie do Malborku, gdzie się mieściła kwatera hetmańska.
Pan Haraburda długą godzinę spędził u hetmana, a gdy wychodził, wielki wojownik, pod ramię go trzymając, mówił głośno:
— Ależ, mopanku, ja ci powiadam, masz łeb niepośledni! Ja ci powiadam, wskoczysz wysoko, bo niejeden stary, ja ci powiadam, pozazdrościć mógłby takiej łebskiej mózgownicy! Ufaj mi, mopanku, ja ci powiadam, że sprawy twoje conficere przyrzekam. Z panem wojewodą Sieniawskim, ja ci powiadam,