Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nałożył go był król, aby bronił go od zarazy, jaką, mniemał, nieśli ze sobą odszczepieńcy luterscy i kalwińscy, z którymi w Gdańsku przebywać był zmuszony.
Najjaśniejszy pan miał przystrzyżone, już siwizną przyprószone włosy, krótką z boków, wydłużoną do przodu, a równo od dołu przyciętą brodę, dobrotliwe i uprzejme, nieco ogorzałe na wiosennym wietrze oblicze, które śmiało się wydętemi wargami i wesołemi oczami.
Król prowadził urodziwą panią Wandę i przyglądał się jej z wielkiem zadowoleniem.
— Waszmość pani jako bogini jakowaś! Venus, nie — Artemis prawdziwa! — mówił, ściskając dłoń nadobnej tancerki.
— Wasza królewska mość łaskaw dla mnie! — odpowiedziała pani Haraburdzina, rumieniąc się i pokrywając modre oczy ciemnemi rzęsami.
Pani Wanda była nad podziw piękną tego wieczoru. Nawet gdańskie patrycjuszki zniemczone i elblągskie prusaczki nie mogły oczu od niej oderwać, czując jak zawiść szybko zamyka swoją szczerzącą kły i wysuwającą jadowite żądło paszczę. Szlachcianki polskie nawet nie porywały się na zawiść.
— Sieniawska to! — szeptały. — Cóż chcecie? Z domu królewiąt możnych. Takie to najpiękniejsze i najdostojniejsze bywają z pomiędzy białogłów!
Pani Haraburdzina szła lekkim krokiem, a strój jej szczeropolski jeszcze bardziej podnosił kształtność wiotkiej kibici, słodycz i piękność twarzy, łagodność i powagę oczu i postawę pańską o ruchach spokojnych i wyniosłych.
W białym kołpaczku, z opuszką kunią i czaplem