Pod blachą/Tom II/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod blachą
Podtytuł Powieść z końca XVIII wieku
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


V.

Przed dawnym pałacem Teppera przy Miodowej ulicy, jednego z ostatnich wieczorów karnawału, paliły się dwie latarki z knotami obrosłemi. Tłum chłopaków i ciekawej gawiedzi oblegał drzwi, powozy zajeżdżały co chwilę, muzykę słychać było na górze.
Dnia tego dawny metr tańców i baletmistrz królewski, jwpan Ledoux ogłosił Cassino.
Wieczór w kasynie p. Ledoux nie był w niczem podobny do innych zgromadzeń po domach prywatnych. Tu najwyższe towarzystwo — socjeta — miało przyjemność ocierać się i przypatrywać klasie średniej, mieszczaństwu i wogóle wszelkiemu stworzeniu, które miało sześć złotych do wydania i strój na salę przyzwoity.
Zwało się to w salonach z francuska s’encanailler an peu.
Pan Ledoux o misji swojego kasyna mający wysokie przekonanie, powtarzał to często i głośno, że dwa tylko wielkie domy otwarte miała Warszawa — Blachę i kasyno Ledoux!
Kasyno łączyło w sobie wszystkie ówczesne zaludniające Warszawę narodowości, bo tu nawet Niemców spotykać było można, którzy jedyną prawie mieli sposobność przypatrzenia się na niem polsko-francuskiej społeczności.
Niedaleko od wnijścia na salę można było, kupując bilety, mieć szczęście oglądać samego baletmistrza, który wart był istotnie, aby go za biletami pokazywano.
Jak wielu innych cudzoziemców, przybył on niegdyś do Polski przejęty ważnością swej misji cywilizatorskiej. Wiedział, że jedzie do barbarzyńskiej ziemi, kędy taniec był bez metody, nogi bez wykształcenia, skok wielkiej szkoły ignorowany — czuł, że wiezie z sobą smak, piękność, przyszłych pokoleń grację i że mu należy pewny rodzaj panowania w Rzeczypospolitej, której być miał dobroczyńcą.
Długie lata upłynęły od tej chwili, zacny Ledoux zachował statecznie przekonanie, iż położył tu pierwsze fundamenta lepszej przyszłości.
Z jego szkoły wyszły te panie, które z nieporównanym wdziękiem tańczyły wśród ogólnych oklasków tamburyno, szal, menueta i tym podobne popisowe sztuki.
Sumienie mówiło mu, iż miał znakomite w kraju zasługi.
Malowało się to poszanowanie siebie dobitnie w całej już zestarzałego baletmistrza postaci.
Stał teraz na uboczu wystrojony, w peruczce utrefionej starannie, z żabotem fantastycznym na piersiach, nogi w pierwszej pozycji, ze złotej tabakiereczki czerpiąc delikatnie hiszpankę i rękom nawet chudym nadając wdzięk, bo każdy palec inaczej był zaokrąglony.
Patrzał na cisnącą się publikę triumfująco. — Kasyno było dziełem jego!
Na twarzy wygolonej do włoska, szerokiemi fałdami poprzecinanej, widać było spokojne sumienie człowieka, którego misja duchowa pogodzić się dała ze sprawą kieszeni, czującego, że obowiązki swe spełnił, a kabzę ma nabitą.
Niekiedy ktoś z wchodzących skinieniem głowy pozdrawiał pana Ledoux, naówczas Francuz, który tu wszystkich znał, a położenie każdego ocenić umiał, mierzył odpowiedź swą na powitanie wedle stopnia wartości człowieka. Niektórym z uśmiechem wdzięcznym kłaniał się do ziemi, rękę spuszczając; innych pozdrawiał grzecznie, ale niezbyt uniżenie, niektórych witał skinieniem głowy, a na wielu udawał nawet, że nie patrzy, aby się ich znajomością nie kompromitować.
Dnia tego spodziewał się pan Ledoux wielkiego napływu ze wszystkich obozów, bo wybrał szczęśliwą datą, gdy ani Pod blachą, ani Na górze, ani Pod filarami, ani nigdzie indziej przyjęcia nie było; Bogusławski zaś i pani Delicati, nie śmiejąc się z nim mierzyć, musieli mu ustąpić...
Kasyno dla wszystkich było miłe i pociągające, każdy rad się tu przypatrywał, jak też inne warstwy społeczeństwa wyglądają. — Napływ sześciozłotówek był pożądany, kasa się napełniała, powozy turkotały nieustannie i w salach robiło się coraz gwarniej.
Oprócz sali do tańców, gabinetów dla spoczynku, bufetów nieodzownych dla wielkiej zawsze ilości spragnionych i głodnych, w jednym pokoju przygotowane były stoliki do gry, gdyż namiętność do niej, tak nadzwyczajna za Stanisława Augusta, wcale nie była ostygła, zdawała się wyrastać jeszcze.
Grywano wszędzie, ciągniono bank u księcia Pod blachą i w Jabłonnie. Lubiła bardzo grać pani Tyszkiewiczowa i inne damy, całe wieczory niekiedy schodziły na tej kosztownej rozrywce. I przy kasynie, gdzie tyle osób tańcować nie mogło, bez kart się nie obchodziło.
Widok główniej sali, mimo dumy pana Ledoux, który się urządzeniem tego przyjęcia szczycił, wcale nie był wspaniały, ani zachwycający. Prawdę rzekłszy, oświecały ją świece łojowe, rurkowe, po dwie pooprawiane przy rodzaju lusterek umieszczonych na ścianach. Dokoła stojące ławki i krzesła dosyć już wytartym, zmiętym i poplamionym kazimirkiem były pookrywane. Wieczorem barwa tego okrycia nie dawała się już ściśle oznaczyć.
Nigdzie też zbytku ani elegancji dostrzec nie było można, chyba w strojach pięknych dam, które nawet na kasyno występowały bardzo elegancko.
Zbierało się na ścisk wielki, bo choć jeszcze dość było wcześnie, sale się już wypełniały i przybyli grupowali się wedle rozmaitych praw powinowactwa.
Zaszczycił na chwilę bytnością swą kasyno pan gubernator Koehler, około którego bliżej i dalej dosyć się już osób, mężczyzn i dam ustawiało. Była to postać sympatyczna, jeden z tych dobrodusznych Niemców starego pokroju, który człowiekiem być umiał i pojął swe posłannictwo w kraju — jako zesłany dla łagodzenia i przejednania.
Jeden on ze wszystkich urzędników zostawił po sobie imię szanowane, pamięć zacności charakteru i dobroci.
Widać też było z obejścia się podchodzących ku niemu osób różnego stanu i wieku, iż wszystkim był miły i dla wszystkich uprzejmym być umiał. Witano go z uśmiechem, nie sztywniał nikt na widok jego, nie zawadzał nikomu.
Francuskie i polskie towarzystwo napływało coraz gromadniej; panie w sukniach jasnych z krótkiemi stanikami, panowie w pończochach i trzewikach, długich frakach, z krótko poostrzyganemi włosami lub w peruczkach fryzowanych, z kapelusikami pod pachą.
Kilku pruskich wojskowych stało na uboczu, kilka kontuszów polskich tuliło się po kątach. Dam w podeszłym wieku było mało, a kwitnących młodością i wdziękami nieprzeliczone mnóstwo. — Poufalszy, swobodniejszy ton panował w kasynie, niż na innych zebraniach w domach prywatnych, młodzież zwijała się ochoczo, przygotowując do tańca, a choć i tu dzieliły się od siebie warstwy społeczeństwa, samo ocieranie się ich i swobodne rozglądanie dodawało im życia.
W chwili, gdy osób już było dosyć wiele, we drzwiach ukazała się postać dziewczęcia w lekkiej sukni przejrzystej, narzuconej na drugą, cięższą, z włosami misternie utrefionemi, wachlarzem w ręku i szalem...
Była to Sylwja, na której widok damy się zaczęły uśmiechać, a mężczyźni szeptać między sobą. Niektórzy zdawali się zapytywać o nią, a drudzy im ją ukazując, opowiadali żywo i wesoło...
Zajęcie nią było powszechne, oczów mnóstwo śledziło jej ruchy.
Szła poważna, zamyślona, obojętna, z pańskim jakimś majestatem i lekceważeniem tłumu, nie racząc prawie podnieść nań pięknych oczów, jakąś mgłą smutku czy szczęścia przysłonionych. Za nią postępowała wyfiokowana nadzwyczajnie, wonią ambry jak atmosferą otoczona, pani wojska Czeżewska, wykrygowana, usznurowana, z oczyma nieco przymrużonemi, na głowie niosąc włosy chyba nie swoje, w których tkwiły najrozmaitsze ozdoby, świecidła i pióra.
Wślad za panią Czeżewską postępował w całej chwale swej, w garniturze paradnym, odświeżonym i z plam oczyszczonym szambelan. Ale tego zaraz od progu pochwycili znajomi, i z jednych objęć przyjacielskich podając w drugie, natychmiast go od Sylwji z jej towarzyszką oderwali. Cieszyło go, iż tylu dla siebie znalazł życzliwych. Wyciągały się doń dłonie, dolatywały go zdała wyrazy, a szambelan rozpromieniony odpowiadał, urozmaicając formuły:
— Do nóg upadam.
— Do nóżek się ścielę!
— Stopki całuję.
— Uniżony...
— Servus i t. p.
Był tego dnia w usposobieniu różowem, jak rzadko, widział, iż całą sobie podbił Warszawę, i w czasie stosunkowo krótkiego pobytu mógł się już uważać jak w domu.
Sylwja znikła zaraz w bukiecie pięknych pań, które na nią czekały i otoczyły. Burzymowski od jednego do drugiego przechodząc, łapany, odwoływany, zatrzymywany, zupełnie się obłąkał.
Nie dostrzegł nawet opodal nieco stojącego pod oknami Grabskiego, który osobno przybył wprzódy, niż oni, choć zwykle na kasynach nie bywał.
Można było posądzić, że go tu wiodła chęć widzenia choć zdała pięknej Sylwji. Stał w cieniu i od wnijścia jej na salę oczów od niej nie odrywał.
Sylwja wcale go nawet nie postrzegła, on śledził z zajęciem widocznem każdy jej ruch, uśmiech każdy, wejrzenie, mieniący się dziwnie, a zawsze smętny wyraz jej twarzyczki. Zdawało się, że chciał odgadnąć, co się działo w jej duszy, jakie myśli krążyły pod tem czołem białem — czy była szczęśliwą? czy?
Mówił w sobie Mieczysław:
— Biedna istota! Przyleciała tu, szukając szczęścia, a na czole jej widzę obłok, który nie schodzi nigdy. — Osłania się tajemnicą! zmieniona! niespokojna! Co dla niej gotuje przyszłość?
I myślał potem, jak ją wyrwać z tych prądów, z tego wiru, który ją unosił na skały. — Środka nie widział.
Kochać tak zdaleka, — patrzeć bezsilnemu na niebezpieczeństwo tego, co się miłuje, nie móc ust otworzyć, podać ręki! co za męka!
Sylwja nie wiedziała może o nim, ale obiegając salę oczyma roztargnionem i, nie postrzegła go i teraz — nie szukała. Obojętnie tak parę razy wzrok jej pobłądził po sali, prawie się nie zatrzymując na nikim i wrócił do bliższych osób. Stała, nie zdając się ani bawić, ani ciekawić w tym tłoku, choć inne panie szeptały, śmiały się, pokazywały sobie różne przesuwające się postacie.
Czeżewska przyglądała się przez szkiełka publice, chcąc jej dać poznać nadewszystko, że przecież była czemś lepszem nad nią.
Ponieważ tańce się już zaczynać miały, panie, które nie życzyły sobie brać w nich udziału, chyba później, ustąpiły ku ławkom i krzesłom, miejsca na nich zajmując. Sylwja znalazła się przy samych drzwiach po drugiej sali, zasłonięta niemi. Na progu stali mężczyźni, których widzieć nie mogła, ani oni jej... Nim muzyka grać zaczęła, mimowolnie posłyszała rozmowę panów stojących w progu. Nie domyślali się oni, że mogą być podsłuchanymi, albo to sobie lekceważyli.
Była to młodzież ochocza, hulaszcza, która o tej dnia „godzinie nigdy w złym humorze nie bywała — a tym razem w stawała właśnie od zbyt przedłużonego szampanem, który w modę wchodził, i burgundem, który był w modzie, obiadu.
— Słuchaj, Władek, — mówił jeden — patrzajno tam, w lewo, pod trzeciem oknem, suknia biała, we włosach granat ponsowy, na szyjce kanak złoty. Widzisz ty ją? Co to za twarzyczka śliczniuchna! co za oczy pałające, jaka postawa pieszczotliwa i do pieszczot stworzona!
— Któż to taki?
— Nie znasz jej?
— Pierwszy raz widzę...
— Toć przecie dziś pani koniuszynaowa... nie pomnę już nazwiska. Wydano ją, czy wydała się za kogoś majętnego. Mąż, nie wiem co za jeden, ale o to mniejsza. Ona zaś, jakto żebyś nie znał, nie widział, nie słyszał? przecie to owa sławna Handzia, w której się książę Józef szalenie kochał przez trzy lata całe. Mieszkała wówczas we dworku, który książę dla niej kupił umyślnie. Mówią, że to była prosta sobie dziewczyna, ani czytać, ni pisać nieumiejąca, ale cud piękności, a nawet naturalnego dowcipu i sprytu... Książę szalał za nią i kochał się jak w wielkiej pani. Nim się nauczyła ręce umywać dla niego, całował brudne paluszki. Ile razy wynosił się do Jabłonny, jechała za nim. — Ale — znasz kochanego Pepi naszego, o ile zapalczywy w miłości, o tyle bałamut. — Zaczęła go wówczas kokietować ta Czo.... i Handzię dla niej zaniedbał. Szczęściem jeszcze, że o jej losie pamiętał, a dobrze wydał zamąż. Córeczkę ma śliczną jak aniołek — ba! ale i sama jeszcze ładna! a! ładna bestyjka! Co przy niej wszystkie nasze panie wymokłe, uwiędłe, namaszczone i umalowane...
— Ale, ba! Książę bo ma gust dobry, co się zowie, — rzekł drugi — teraźniejsza jego pasja piękna, jak królowa. — Widziałeś przecie Burzymowską?
— A któż jej nie widział! — odparł pierwszy. — Tylko ta różnica podobno w tej pasji księcia od innych, że więcej się Burzymowska w nim, niżeli on w niej kocha. Powiadają, że unika.
— Książę uczciwym i szlachetnym jest, — przerwał głos drugi — choć mu się narzuca, choć rzeczywiście bardzo nią zajęty — ale...
Tu muzyka zagrała... słychać było szmer tylko niewyraźny. Mężczyźni stojący pode drzwiami śmiali się i szeptali... Kiedy niekiedy pochwycić było można dobitniej wymówione nazwiska majorowej Habąkowskiej, pani Vauban i t. p. W przestanku jakimś jeden z rozmawiających odezwał się.
— Skończy się to tak, jak zwykle podobne romanse! Znajdą dla niej Francuza utytułowanego, albo poczciwego szlachcica... i — co było a nie jest, nie pisze się w regestr!
Muzyka znowu zabrzmiała głośniej, nic już nad nią nie było słychać. Czeżewska siedząca przy Sylwji, a ciągle zajęta salą, spojrzała w tej chwili przypadkiem na swą pupilkę i zerwała się przerażona. — Sylwja, z głową o drzwi opartą i o ścianę, leżała blada i zemdlona, wachlarz wypadł jej z ręki, oczy miała zamknięte — lice było trupie i zimne...
Nikt oprócz wojskiej nie spostrzegł wypadku. Czeżewska, która bez flakonów nie wychodziła nigdy, co prędzej dobyła jeden z nich z kieszeni i zaczęła cucić nieszczęśliwą Sylwję, która nierychło otw
arła oczy, podniosła się przestraszona, chwytając ręce wojskiej, drżąca, blada jeszcze, jakby nie wiedziała, gdzie się znajduje i co się z nią dzieje. — Gorąco w sali! Tyś taka zmęczona! Może wody.
— Wody! wody! — poczęła wołać Czeżewska — i zaraz ktoś usłużny pobiegł po nią.
Wpośród zgiełku i przewijających się osób nikt nie spostrzegł tego nieszczęśliwego omdlenia.
Młodzi ludzie, którzy we drzwiach prowadzili rozmowę, śmiejąc się, w głąb cofnęli. Sylwja oprzytomniawszy, zwróciła oczy na ową Handzię i długo oderwać ich od niej nie mogła. Pani koniuszyna... owa w istocie była jeszcze bardzo piękną, a młodzież koło niej się roiła. Ona obchodziła się z nią dosyć pogardliwie a butnie. Śmiano się w kątku koło niej, i piękna Handzia czasem też pokazywała ząbki białe, dając się skusić do śmiechu, choć minkę robiła nadąsaną.
Grabski, który w początku ciągle tylko na Sylwję patrzał, szukał jej i teraz wzrokiem, gdy usiadła, ale mu ją drzwi zasłaniały, tak że się jej domyślał w kątku tym i całej sceny nie postrzegł.
Woda nieco szambelanównę orzeźwiła. Czeżewska nie domyślając się przyczyny omdlenia, a posądzając, że gorąco wielkiej sali spowodowało mdłości, rozmaite czyniła wnioski. Gotową była nawet poświęcić się dla wychowanicy i powrócić z nią do domu, jeżeliby się bardzo czuła osłabioną.
Sylwja odmówiła; ale twarz jej była tak zmienioną, że wojska ciągle się nowego obawiała omdlenia. Szczęściem pan de Beaumont, wielbiciel odepchnięty szambelanówny, która się go bardzo zimno pozbywała, co Francuza nie zrażało, zbliżył się, korzystając z tego, że ją zobaczył samą.
Był to średnich lat, piękny mężczyzna, który lepiejby się może wydawał, gdyby mniej o swej piękności pamiętał. Petit maitre w całem znaczeniu wyrazu, miał w sobie coś niewieściego, co go zapewne kobietom czynić m usiało wstrętliwym...
— Piękna pani! — odezwał się głosem wystudjowanym — dziś na jej licu uwielbienia godnem (adorable) znać niezwykłe znużenie, — czy pani nie słaba?
— W istocie czuję się dziś niebardzo dobrze, — odparła Sylwja — ale to przejdzie.
— A! niechże nas pani swem cierpieniem nie przeraża — dodał Francuz. — Za jej zdrowie każdyby dał życie!
Sylwja uśmiechnęła się z rodzajem szyderskiego politowania. Francuz nie odchodził, stał w pozycji jak do tańca, z ręką założoną za kamizelkę, szukał wejrzenia pięknej panny i — jak Francuzi powiadają — czynił się sam pięknym. Byłby nawet nim może, gdyby nie tak bardzo przypominał komedjanta na scenie.
— Szczęściem dla mnie, dziś pani osamotniona, — mówił dalej — mogę jej ofiarować służby moje?
Czeżewska, widząc Sylwję zmęczoną i pomieszaną, wtrąciła się do rozmowy.
— Pan baron mógłbyś w istocie pannie Sylwji — nam, uczynić wielką łaskę. Gorąco jej zaszkodziło, szklanka limonjady możeby otrzeźwiła.
Zakręcił się Francuz i pognał szukać limonjady. Sylwja oczyma smutnemi toczyła po sali.
— Najlepiejby podobno było powrócić do domu, czuję się słabą.
— Ale — możeby to przeszło!... — odpowiedziała nieświadoma przyczyny wojska — trzeba się trochę przezwyciężyć! szkoda wieczora!
Szambelanówna nic już jej nie odpowiadała, spuściła głowę, zadumała się.
Baron, przyniósłszy własnoręcznie limonjadę, czuł się przez to upoważnionym stanąć na straży i zabawiać Sylwję swym dowcipem. Ten, zawsze prawie w jednem obracając się kółku, był już jej dobrze znanym, bo go się dawniej nasłuchała.
Grabski ze swego miejsca nie mogąc widzieć kuzynki, a dla niej tylko tu przyszedłszy, szukał w początku innego stanowiska, ale gdy postrzegł przy Sylwji stojącego Francuza na straży, z którym o lepsze się ubijać nie myślał, znudzony powlókł się dalej.
W drugiej salce tańcowano także, posługując się tą samą muzyką, którą tu dobrze słychać było. W trzeciej zgromadziła się kupka starych na poufną jakąś rozmowę, a dalej przeze drzwi pół otwarte widać było stolik suknem zielonem okryty i na nim kupkę złota.
Mężczyzna średnich lat, ubrany bardzo wytwornie, we fraku aksamitnym, cały obwieszany łańcuchami złotemi, z mnóstwem pierścieni błyszczących na palcach, pudrem woniejący zdaleka, z niezmierną żywością, wykrzyknikami dowcipnemi i hałasem, wśród śmiechów i wrzawy, trzymał bank faraona.
Dokoła stało, siedziało, wciskało się z kartami, zwieszało przez ramiona otaczających stolik mnóstwo młodzieży, wywołując stawki i karty, sprzeczając się i podżartowując z siebie.
Niektórzy, stojąc nad stołem i pilnując kart swoich, pili z kielichów, które w rękach trzymali.
Co chwila słychać było nawoływanie do bankiera, którego nazywano to po imieniu, to tytułem jakimś...
Nielitościwie obchodził się ze swymi poniteram i, gdyż nie tylko ich ogrywał, ale z nich szydził sobie w sposób najdotkliwszy.
Sypał konceptami nie przebranemi na wszystkie strony, a pieniądze zgarniał na kupę, która coraz poważniejsze przybierała rozmiary.
Wtem znienacka ukazał się wchodzący drzwiami drugiemi, incognito, książę Józef, który, jak się zdawało, nie miał wcale zamiaru odwiedzać sal kasynowych: — wpadł tu tylko, aby coś lub kogoś zobaczyć.
Znany był wszystkim sposób grania księcia. Nie bawiła go gra, nie siadał do niej nigdy, czasami tylko, przechodząc, zobaczywszy złoto na stole, rzucał pierwszą lepszą kartę, wołając:
Va banque!
Potem, czy przegrała, czy wygrała, więcej już nie stawił.
Wszedłszy tu, książę powiódł oczyma, jakby kogoś szukał, szepnął coś do stojącego przy sobie mężczyzny, zaczęto szukać pomiędzy tłumem wkoło, nie mogąc znaleźć tego, kogo potrzebował.
Ciągnący bank dowcipny i wesoły pan, postrzegłszy księcia, zmieszał się i pobladł.
Wesołość nagle go opuściła — udawał, że przybywającego nie widzi i patrzał w inną stronę.
Książę, który nie znalazłszy jednego ze swoich dworaków, już się miał nazad temi samemi drzwiczkami wyśliznąć, raz jeszcze rzucił okiem na stół gry, coś go pociągnęło ku niemu, schylił się, zdjął kartę z podłogi, szybko się przysunął do stolika, położył ją na rogu i zawołał swoim zwyczajem.
Va banque!
Bankier, trzymający karty w ręku, podniósł ku niemu twarz wykrzywioną wymuszonym śmiechem.
— Mości książę! — zawołał — na co się to księciu zdało — biednych ludzi „dewalizować“?
— Trzymasz? — zapytał książę Józef.
Bankier ruszył ramionami.
— Muszę, jeśli książę każesz...
Va banque! — powtórzył niecierpliwie stojący przy stole. — Nie mam czasu, — ciągnij!
Milczenie zaległo pokoik przed chwilą tak wrzawliwy, oczy wszystkich zwróciły się na talję kart, którą trzymał w trochę drgających rękach wyelegantowany bankier, z uczuciem jakiejś obawy czy niepewności rozpoczynający ciągnienie.
Książę ręką kartę swą cisnąc, patrzał na przechodzących, jakby go los jej mało obchodził.
Nagle szmer powstał, kilku wykrzyknęło coś niewyraźnie, książę spojrzał. Wygrywał.
— Mój drogi, — rzekł do stojącego przy sobie Kameneckiego — uczyńże mi tę łaskę i napakuj sobie kieszenie.
Bien bonjour!
Odwrócił się i wyszedł.
Towarzysz księcia zapakowywał bank, śmiejąc się, zsunął dukaty, zsypał je garścią i, nie rzekłszy słowa, pośpieszył za swoim wodzem.
Na twarzy bankiera, który z kartami opuszczonemi na kolana siedział chwilę zadumany, widać było gniew hamowany, jakby chętkę pomszczenia się i złośliwość, która się wyraziła uśmiechem szatańskim.
Westchnął głęboko.
— Cóż robić! A la guerre comme à la guerre! Pocieszajmy się tem, że kto szczęśliwy w kartach, w miłości szczęścia nie ma!
To mówiąc, dobył kilka rulonów dukatów z kieszeni, trzymanych w zapasie i, łamiąc je, na zielonem suknie rozsypał. Dodać potrzeba dla zrozumienia tego, co następuje, iż gracze, nie wyjmując bankiera, należeli wszyscy do najzajadlejszej opozycji przeciwko Blasze i księciu.
Gdy pułkownik puścił swój dowcip o szczęściu w grze i w miłości, jeden ze stojących nad stolikiem, rozśmiawszy się, rzekł półgłosem.
— Przysłowie chyba kłamać musi, boć nie może się nazwać nieszczęśliwym, kto pozyskał serduszko takie, jak panny szambelanówny!
— Serduszko! ba! ba! — przerwał drugi — czy tylko nie więcej, niż serduszko?
Mówiący zaczęli się bacznie oglądać, czy ich kto z przyjaciół księcia nie słucha, lecz nie dostrzegłszy żadnej ze znajomych twarzy dworu, głośniej i śmielej ciągnęli dalej:
— Pleciesz! — odezwał się jeden — to są zazdrosnych pań bałamutne wymysły...
— Ba! ba! — odparł ten, który mówił wprzódy — w mieście się nic nie utai. Dziewczynie zawrócił głowę. Nie dosyć, że Vauban ją do siebie wabi, aby księciu romans ułatwić, będąc nader wyrozumiałą i litościwą, oprócz tego, wiemy gdzie miewają czułe schadzki we cztery oczy i kto im je ułatwia...
Ostatni wyraz dodał półgłosem.
— O jakiejże to szambelanównie mówicie? — przerwał im inny.
— Jaka to znowu szambelanówna? nic nie wiem, bom dopiero od trzech dni powrócił, a pół roku mnie tu nie było.
— I nic dotąd nie słyszałeś? — wtrącił pierwszy — a toś chyba nie chciał słuchać. Całe miasto o tem bębni — jest to sekret poliszynela.
— Cha! cha! śliczna, jak różyczka świeżo z pączka rozkwitła, szambelanówna przybyła tu z poczciwym, ślepym tatulem, Polonusem z za kordonu, jm. panem Je Burzymowskim, a imię jej Sylwja!!
Jeszcze ostatniego wyrazu nie dokończył, gdy ode drzwi poskoczył ku niemu Grabski, rzucił mu rękawiczkę w twarz i krzyknął głosem wielkim:
— Kłamiesz! jesteś oszczercą!
Blady, straszny stał z pięściami zaciśniętemi.
Około stołu ruszyło się wszystko, ludzie zbili się w kupę, otaczając dwu przeciwników.
Ten, który dostał w twarz rękawiczką, niejaki Odrzyński, młody, płochy człek, bełkotał tak zmieszany, że go zrozumieć było niepodobna.
Przyjaciele jego zaczęli na Grabskiego napadać.
— Kto waćpan jesteś? jakie masz prawo mieszać się do tej sprawy?
Hałas się stał wielki, drzwi zamknięto od sali.
— Jestem bliskim krewnym panny szambelanówny Burzymowskiej, — zawołał Grabski — zowię się Mieczysław Grabski — mam prawo stanąć w obronie pokrzywdzonej potwarzą nikczemną i lekkomyślną kobiety. Gdybym zaś innego nie miał prawa i powodu nad oburzenie przeciwko niecnemu kłamstwu — to starczy.
Wśród wrzawy i gwaru, jedni zaczęli stawać po stronie Odrzyńskiego, drudzy się za Grabskim ujmowali.
— Panowie, — odezwał się, głos podnosząc, bankier, który tymczasem z bardzo zimną krwią karty swe przetasowywał umiejętnie i gotował się ciągnąć bank znowu. — Panowie! Wszystko to bardzo jest pięknem, dobrem, rycerskiem, ale tu ani miejsce ni czas do paladynowania!
Umówcie się sobie na jutro do szopki w Łazienkach, na Wolę, do Bielan, a niech my ludzie niewinni, co stajem do walki z losem, nie cierpimy za cudzą sprawę...
Bank gotowy! (Pstryknął kartami). Kto stawi? Czekam!
Nie zaczepiany już przez nikogo Grabski, rozmówiwszy się krótko z przeciwnikiem, blady i poruszony wyszedł z pokoju gry.
Zaledwie się za nim drzwi zamknęły, gdy gwar ogromny wybuchnął na nowo.
— Kto bo widział, — krzyknął jeden — w publicznem miejscu prawić takie rzeczy? —
— Jakie rzeczy? Cóżto! tajemnice są! Całe miasto o nich wie! Wróble na dachach śpiewają.
— Wróblom wolno, bo one rozumu nie mają — wtrącił drugi.
— Pojedynek, nic! — przebąknął bankier — ale jutro, choćbyśmy tu wszyscy sobie dali najświętsze słowo honoru, że będziemy milczeli — rozniesie się to po mieście... Będziemy z tego mieli niezliczone nieprzyjemności.
— Waćpan panie... — podchwycił jeden z poniterujących — mówisz sobie, że pojedynek, nic... Widać, że nie znasz Grabskiego. Jest to dawny wojskowy, posądzam go mocno, że się w pannie, kuzynce swej, kocha, a chłopak z charakterem i zacięty. Z nim sprawa nie na żart. Na lada zadraśnięciu i przeproszeniu się nie skończy.
Bankier już cały był zajęty kartami, po za nim i koło niego, chociaż gra się zbliżała, rozprawiano o wypadku bardzo żywo.
Jedni znowu brali stronę Grabskiego, drudzy starali się uniewinnić nieopatrznego paplę Odrzyńskiego, który stał blady, a chcąc się niby okazać niestrwożonym, postawił dziesięć dukatów na kartę.
Bankier ciągnął, a że miał w swem rzemiośle wprawę wielką, razem pochylony do jednego ze swych przyjaciół, siedzących obok, mówił:
— Wszystko to najfatalniejsze jest dla mnie, najniewinniej wplątany jestem w tę historję, a i tak w nienajlepszym jestem u księcia odorze. Stanę mu się jeszcze bardziej wstrętnym, stracę prawo pociągnięcia czasem banczku u niego, gdzie baby grają, u których się zawsze wygrywa...
Odrzyński, który przegrał, tłumaczył się ze swej nierozwagi.
— Teraz wy wszyscy na mnie, — odezwał się — a czyż to ja jeden tylko o tem publicznie gadałem. Wszyscy głośno powtarzali toż samo, tylko mnie za wszystkich przyszło pokutować.
Dobierano już sekundantów na jutro.
Pojedynek zresztą w owych czasach był rzeczą tak pospolitą, a tak najczęściej nie grożącą niczem oprócz kosztownego śniadania i pijatyki, że wyzwanie nie liczyło się do nadzwyczajnych wypadków.
Pojedynkowano się za lada słowo przy butelce, za spojrzenie, za potrącenie.
Krew kipiała w próżnującej młodzieży, potrzebowała ją sobie upuszczać, choćby pod najbłahszemi pozorami.
Na ten raz jednak domyślano się, że z Grabskim walka nie przejdzie płazem i nie może się skończyć na niczem. Znano go zdaleka, liczył się do poważniejszych ludzi, którzy płocho nic nie poczynali i nie dawali się zbyć lekko.
Mieczysław ustąpiwszy z pokoju gry, dopiero wypocząwszy nieco, odzyskał przytomność i krew zimną. Potrzebował czas jakiś stać na osobności, ażeby ochłonąć ze wzruszenia i obmyśleć, co mu czynić należało.
Chciał, korzystając z kasyna, wyszukać sobie dwóch przyjaciół, którzyby się nazajutrz rano umówili o warunki. To właśnie było dlań najtrudniejszem. Miał wiele znajomości między starszymi, mało wśród młodzieży, od której unikał. Szukał w myśli tych, którychby mógł wezwać na pomoc, gdy uczuł się pochwyconym za rękę i uśmiechnięta, pogodna, jasna twarz szambelana Burzymowskiego stanęła nagle przed nim.
— Co ja widzę!... a to cud! Micio! Micio na kasynie! Ty!... A to już chyba i kapucyni zaczną na redutach bywać! Jakżeś ty się tu znalazł?
I nie czekając na odpowiedź, zaczął go ściskać serdecznie.
— Wiedziałem, że wy tu będziecie, — przyszedłem umyślnie — odezwał się Grabski, nie mogąc z twarzy zetrzeć wyrazu frasobliwego, który się na niej wypiętnował.
— I nawet na kasyno nie wziąłeś asińdziej weselszego oblicza? a młody jesteś! — wołał Burzymowski. — Wstydźże bo się. Poważnym być, dobra rzecz, ale kwasić się niezdrowo. Co z ciebie będzie na starość? Człowiecze!
Niezgrabnie Miecio się spróbował uśmiechnąć.
— Ale to moja natura! — odparł.
— To ją rzuć w kąt taką niedorzeczną i nienaturalną naturę — zawołał szambelan. — Patrz na mnie!
Com tu ja przebył! com przeżył! co przecierpiałem! A czy znać na mnie? hę? Patrz!
I okręcił się żwawo na pięcie, wziąwszy pod boki.
Grabski patrzał nań z wyrazem politowania.
— Przepraszam kochanego szambelana, — rzekł mu na ucho — przyznam się, że mam na kasynie mały interesik do załatwienia. Darujesz mi, że mu towarzystwa nie dotrzymuję.
— O! rozumiem! romansik gdzieś jakiś z ładną kupcową, albo z mieszczaneczką, co to do szlachty i paniczów lgną! Patrzaj tylko, żebyś mi się nie dał złapać i nie wprowadził ladajakiej krwi do starego szlacheckiego rodu... Boć, jesteście w Paprockim! Hulaj, bratku, to ci pójdzie na zdrowie, ale nie żeń się, chyba z równą!
Pogroził mu na nosie.
Grabski wolał być już posądzonym niesłusznie o płochość, niż zdradzić swą tajemnicę, uśmiechnął się dwuznacznie i oddalił szybko.
Po drodze, jakby szczęśliwem losu zrządzeniem, spotkał dwóch dawnych wojskowych, znajomych dobrze, odciągnął ich na stronę i, nie mówiąc o kogo poszło, objaśnił, co się stało, w krótkich słowach.
Choć nie z wielką ochotą, oba mu przyrzekli, że za przyjaciół służyć będą.
Nieradzi oni byli narazić się rządowi pruskiemu, który choć do zbytku surowości nie posuwał, w razie śmierci jednego z pojedynkujących się do odpowiedzialności towarzyszów pozywał. Uciekać więc było potrzeba, a dwaj wojskowi ani środków nie mieli po temu, ani ochoty.
Nie mogli jednakże odmówić prośbie usilnej.
Nic już nie mając do czynienia na kasynie, Grabski przesunął się wśród par tańcujących, oczów już nawet nie podnosząc i dążył wprost ku miejscu, gdy we drzwiach spotkał wychodzącą Czeżewską, która pod rękę Sylwję podtrzymywała.
Zbliżył się ku nim niespokojny, nie pojmując, co mogło być przyczyną tak wczesnego usunięcia się ich z balu, ale twarz Sylwji, którą ujrzał w tej chwili, wszystko mu wytłumaczyła.
Szła blada, zmieniona, chwiejąc się. Wejrzenie czarnych jej oczów obłąkane jakieś podniosło się na Grabskiego.
— Kuzynko! Co ci jest? na Boga!
— Mdłości dostała z gorąca... Chora! — odparła śpiesznie Czeżewską. — W sali było nieznośnie duszno, przejdzie to na świeżem powietrzu.
Sylwja milczała, ale wejrzenie jej smutne nie schodziło z Grabskiego.
— To nic, — rzekła wreszcie, pokaszlując — to przejdzie... Słabo mi się zrobiło!
— Nieznośny tłok! towarzystwo najokropniejsze — prędko mówiła Czeżewską, nachylając się ku Grabskiemu. — Daję słowo, że na moje oczy widziałam córkę kupca z Senatorskiej ulicy, która często w sklepie siaduje. Nazywają ją piękną Leonildą! A jaka wyfiokowana! Co za dziw! Ich to nic nie kosztuje!
Francuz, który nie był przy paniach, gdy wychodziły, napędził je w sieniach dopiero, i we dwóch z Grabskim pomogli im wsiąść do powozu, który przed czasem potoczył się na Miodową.
Szambelana w chwili odjazdu niesposób wyszukać było, musiano go więc zostawić na kasynie, za co się nie gniewał, gdyż spotkawszy obywatela z za kordonu, schwycił go, kazał na dwie osoby postawić kapłona i burgunda i przegawędził z nim o owsie i pszenicy do północy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.