Pod blachą/Tom II/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod blachą
Podtytuł Powieść z końca XVIII wieku
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


IV.

Karnawał, chociaż dosyć długi w tym roku, był skończony, nadszedł post, a z nim zabawy mniej głośne u stolików, które pierwsze u siebie zaprowadziła pani hetmanowa.
Zadawano rymy, do których dorabiały się poezje francuskie czasem wcale zręcznie i pisano na kartkach pytania, a ten, komu z losu wypadło, starał się na nie jak najdowcipniej odpowiedzieć. Deklamowano sceny z klasyków francuskich i t. p.
Historja tego karnawału była tajemniczą. Mniej od wielu swych poprzedników zostawił po sobie śladów jawnych i skutków widomych; nie zaręczył się nikt, nikt nie myślał żenić, żaden dawny stosunek intime nie został rozerwany, nawet pani Sewerynowa pozostała przy wiernym, ostatnim adoratorze.
Żadna nowa liaison nie zawiązała się tak jawnie, aby o niej z pewnością mówić można. Szeptano sobie wiele domysłów różnych, ale dowodów na ich poparcie brakło. Twierdzili jedni, przeczyli drudzy, inni ramionami, nic nie mówiąc, ruszali.
Napływ emigrantów francuskich coraz był większy, mówiono nawet, nie oznaczając czasu, o przybyciu królewskiej rodziny do Warszawy.
Pod blachą szło życie zwyczajnym trybem swoim, w niczem się nie zmieniwszy; tylko ze zbliżającą się wiosną przygotowywano wilegjaturę w Jabłonnie, na przyjęcie księcia Józefa i jego dworu. Plenipotent księcia, p. Michałowski, po kilkakroć był wzywany Pod blachę; przyjeżdżał rządca, p. Hofman, oczyszczano i odświeżano już przez zimę zabrukane i zaniedbane pałac i oficyny.
Jak w trybie życia, tak w usposobieniach księcia Józefa widocznej zmiany nie było. Zawsze to był ten sam nieco znudzony i zobojętniały pozornie człowiek, żyjący sam w sobie, nie przywiązujący wagi ani do tego, co się wkoło niego kręciło, ani co się szeptało poza nim i przy nim.
Miał ten talent arystokratyczny książę, iż doskonale umiał nie słyszeć tego, o czem wiedzieć nie chciał, nie widzieć, co mu niewygodnie było zobaczyć.
Niekiedy młodsi i starsi jego przyjaciele próbowali go wprost o czemś zawiadomić, o czem mu się dowiedzieć nie podobało. Książę naówczas tak umiejętnie wyprowadzał ich w pole swą zimną krwią, iż spróbowawszy napróżno, cofali się zawstydzeni.
Jeden może przyjaciel młodości, książę de Ligne, znał lepiej tego człowieka, który dla innych był miłą, wielce dystyngowaną, ale nieprzeniknioną zagadką.
Gdy chciał, nikt mu ani z oczów, ani z twarzy nic nie potrafił wyczytać. Śmiał się wesoło bez ochoty do śmiechu, żartował dowcipnie, bawił się niby, dawał zabawiać, ale można było dostrzec, kto go znał lepiej, że wszystko to, czem się najgoręcej zajmował, było mu zupełnie obojętne. Nic nie powinno było zamącić raz przyjętych, dogodnych form życia.
Książę znał z pewnością wartość ludzi, którzy go otaczali, niektórych z nich niewiele cenił, ale mu byli potrzebni dla jakiejś rozrywki, dla zajęcia miejsca w salonie lub przy stoliku; cierpiał ich, umiejąc uniknąć zbytniej poufałości.
Niektórzy utrzymywali, że delikatna pani de Vauban, tak samo, przez pewien obrachowany indyferentyzm utrzymywała się na raz zdobytem stanowisku.
Z tej budowy życia, obrachowanego na spokój i pozorne odrętwienie, nie można było wyjąć ani cegiełki, boby się reszta nadwerężyła i runęła.
Czasem wspomnienie jakieś lat, w których był czynnym, o których sąd miała wydać przyszłość, jedno go jeszcze poruszało, tak że powłoka lodowa, którą się okrywał, schodziła na chwilę. Spojrzenie na medal Miles Imperatori, leżący na stoliku, obok innych niewkładanych nigdy oznak i pamiątek, wprawiało go w zadumę, wymówione nazwisko jakieś wywoływało żywsze uczucie, malujące się na twarzy, lecz wnet siłą woli poskramiał się książę, kazał sobie zastygnąć i stygnął posłuszny. Dwór poubierany w przyjacielskie mundury bawił go natenczas bajeczkami, których on słuchał z roztargnieniem, gdy mu je do kawy i fajki przynoszono.
Kto chciał w nim pochwycić drgnienie życia wewnętrznego, tak starannie pokrywanego, musiał go zobaczyć, gdy sam na sam w gabinecie rozrywał i czytał przywiezione mu z poczty dzienniki i korespondencje z zagranicy. Nie mówił nigdy publicznie o polityce, udawał dla niej obojętność największą, ale śledził obrót spraw, szczególniej we Francji, z gorączkowym niepokojem. Zdawał się czekać na coś, czegoś spodziewać. Czasem nad gazetami znajdowano go z rozpłomienioną twarzą, z włosem rozrzuconym, lecz zagadnięty o nowiny, mówił o nich z chłodem, z obojętnością największą. Nie zawsze się nawet przyznawał, że coś czytał... Wszystko to było mu li potrzebnem wobec Hoymów i Koehlera, czy dla własnego spokoju? nikt naówczas nie śmiał odgadywać.
Sławny niegdyś jeździec, niem niej dzielny woźnica, co stojąc, czterema młodemi końmi w czwał się puszczał lekkim karyklem przez Warszawę, lubił i teraz wprawdzie piękne konie, ale je rzadko dosiadywał, a liców już nigdy nie brał w rękę, zostawiając je staremu Czerepińskiemu, niegdy stangretowi króla jmci, który go teraz tureckiemi stadnikami na wielkie występy powoził.
W pierwszych dniach po zjawieniu się pięknej Sylwji w Warszawie mówiono wiele, acz pocichu o gwałtownej pasji, jaką w księciu wzbudziła.
Uśmiechano się, szeptając o tem, sądzono różnie, przepowiadano rozmaicie, potem jakoś to zupełnie przebrzmiało.
Panna Sylwja Burzymowska weszła w świat wielki, pozyskała w nim miejsce, bywała Pod blachą i w poufałem towarzystwie pani de Vauban, ale książę, przynajmniej przy obcych ludziach, nie okazywał dla niej szczególnych względów, z pewną nawet obrachowaną ostrożnością jej unikał. Panna nie przemawiała doń tak śmiało, jak w pierwszych dniach, on rzadko odzywał się do niej. Sylwja chłodno i krótko mu odpowiadała. Słowem, zdawało się, że fantazja księcia tak była nietrwałą, jak wiele innych, co ją poprzedziło.
Panna Burzymowska w pierwszych początkach po ukazaniu się swem mająca licznych adoratorów do których rachowano dwóch Francuzów, jednego z panów Grabowskich, jakiegoś jeszcze mniej znanego nazwiska panicza i podżyłego księcia, który afekt posunął był tak daleko, iż o ożenieniu przebąkiwał — umiała się ich wszystkich pozbyć chłodem, surowością i pewną dumą.
Dziwiono się tej nieczułości, a poodprawiani zwrali ją, wedle ówczesnego języka, „La Cruelle“ i znano ją pod tem nazwiskiem.
Uderzającą była zmiana, jakiej uległa, zbliżywszy się do wielkiego świata, ładna, wesoła i śmiała wiejska dzieweczka. Pod wpływem jego straciła swą śmiałość, naiwność, uśmiechy, z jakiemi przybyła do Warszawy, stała się nienaturalnie na swój wiek powaźną, prawie smutną.
Nie odjęło jej to wdzięku, ale zmieniło prawie do niepoznania. W mowie była również pewną siebie i tak śmiałą, jak przedtem, lecz atmosfera tych sfer, do których tak wejść pragnęła, gdy ją raz owionęła, nie czyniła już na niej tego upajającego wrażenia, jak w dniach pierwszych po przybyciu.
Urok nowości rozwiał się prędko. Obracała się wśród tych nowych ludzi, jakby nigdy nie żyła gdzie indziej, jak w świecie sobie właściwym, do którego była stworzoną. Można było sądzić, że po matce odziedziczyła wiedzę, czy instynkt tego towarzystwa, do którego nieboszczka należała.
Wielki rozgłos, jaki miała jej piękność, przebrzmiał powoli, mniej już na nią zwracano uwagi.
Szambelan, który, jak widzieliśmy, miał zrazu tyle obaw i uprzedzeń, najzupełniej był z nich uleczony. Powoli zaczął wchodzić do domów, w których córka jego bywała, znalazł w nich przyjęcie grzeczne, obył się z niemi, spoufalił i pod niebiosa wszystkich wynosił.
Sam się teraz obwiniał, iż dawał ucho głupim plotkom i tak fałszywe miał o najzacniejszych w świecie ludziach i domach wyobrażenie.
— Człowiek się, mocibdzieju, uczy do śmierci — powtarzał zawsze milczącemu Grabskiemu.
— Z jakiemi to ja tu przybyłem pojęciami, a wszystkie w łeb wzięły, gdy się człek zbliżył i rozpatrzył. Narzekałem, że mnie tu Sylwja na karnawał ściągnęła, nalękałem się napróżno, a ta dziewczyna lepszy, niż ja instynkt i nos miała. Nigdy w życiu przyjemniej nie spędzałem czasu i — słowo daję — najmniejszej teraz ochoty nie mam powracać do Burzymowa. — Albo i to moje niesprawiedliwe, parafjańskie uprzedzenie przeciwko tej poczciwej Wobanowej, która dla Sylwji — niech jej tam Pan Bóg płaci — mogę powiedzieć, jest drugą matką. Prawda, że Francuzica wydelikacona i grymaśna i że ma ten nieprzyjemny zwyczaj, że ciągle na jakieś składki dawać każe (bo ze mnie samego, lekko biorąc, jakie pięćdziesiąt czerwonych złotych ściągnęgnęła), ale zresztą kobieta rozumna, przyjemna, z głową i z taktem...
Szambelan był teraz zarazem tego przekonania, iż u poczciwej, czcigodnej, szanownej kasztelanowej połanieckiej panowały śmiertelne nudy, że Sołtykowie źle bardzo robili, iż się boczyli i zimno stawili przeciw Blachy i t. p.
Jedna tylko rzecz zawadzała szambelanowi w tym świecie, to francuszczyzna. Wprawdzie dobrze się przysłuchując, trzy po trzy coś z niej chwytał, ale trafiało się często, gdy sam na dłuższy puścił się frazes, że albo w połowie utknął, albo coś takiego nieudałego sfabrykował, iż go zrozumieć nie było podobna.
Francuzi delektowali się jego mową, nie śmiali się z niej nigdy, — ludzie byli delikatni i obyczajni. Krajowcy tylko czasem zagryzali wargi i dawali znaki podziwienia.
Bywało wśród długiego wieczora, na którym Francuzi liczbą przemagali, że Burzymowski chodził od jednej grupy do drugiej, przysłuchując się — i nic a nic zrozumieć nie mógł.
Zmieniał pozycje — nie pomagało, wreszcie stawał zrezygnowany z rękami wtył założonemi, udawał, że słucha i rozumie, uśmiechał się, widząc drugich uśmiechających, trząsł głową gdzie wypadało i powracał do domu znudzony, ale uratowawszy reputację.
Przed Grabskim poufnie wyraził się, iż ci Francuzi, co do Polski przybywali, rzeczywiście mówili jakimś językiem popsutym, a nie prawdziwą, czystą francuszczyzną. Miał to najmocniejsze przekonanie.
Lubiono go wogóle, należał do wszystkich składek, nie zawadzał nikomu; pito pił, jedzono jadł, humor miał łatwo się akomodujący, a temperament łagodny. Zdolności nikogo nie upokarzały, o ludziach nigdy złego nie mówił, o nic złego ich nie posądzał, owszem, gdy zasłyszał o czemś komu uwłaczającem, uporczywie zawsze bronił i zastawiał się. Miał też powszechną miłość u ludzi.
Mówiono o nim:
— Dobre człeczysko!
On wogóle o wszystkich powiadał:
— Poczciwe ludziska!
Stosunkowo, najwydatniej, po niejakim czasie, zmieniła się może pani wojska Czeżewska.
Po nadzwyczajnym entuzjazmie dni pierwszych dla tego wielkiego odzyskanego świata, który tak kochała, owładnął nią jakiś strach i niesmak razem.
Przyszło to nie nagle ani trwało ciągle; w początkach bywały jeszcze dnie, w których była bardzo ożywioną, potem nagle po nich następowała trwoga i niesmaki. Naostatek zachwyt i uwielbienie znikły gdzieś niepowrotnie, a milczący strach i kwaśny humor je zastąpiły. Chodziła chmurna, niespokojna — i wielka przyjaźń dla majorowej stygnąć zaczęła.
Poznać ją było trudno, tak zesztywniała, zachmurzyła się, stała się milczącą, nieznośną, a gdy usta otworzyła, gderliwą.
Nikomu to się więcej nie przykrzyło jak szambelanowi, który lubił twarze wesołe widzieć koło siebie, a był zmuszony codzień się spotykać z posępną fizjognomją rezydentki i niemniej nasępioną Grabskiego.
Starał się nawracać, ożywiać, lecz nie mógł się pochwalić, aby mu się to udawało.
— Co asińdźka, — mawiał do pani wojskiej — chodzisz jak ze środy na piątek, skrzywiona, znudzona, nieswoja. Dzięki Bogu, wszystkim się nam tu dobrze dzieje, nie trzeba grymasić.
Wojska odpowiadała na to westchnieniami, zawracaniem oczu i wymuszonemi minami, które Burzymowskiego do gorszej jeszcze niecierpliwości doprowadzały.
— Z temi babami, mościbdzieju, jak się to postarzeje, a nikt się już do tego nie umizga, rady niema; krzywią się, stękają, ze wszystkiego niekontente, w ocet się obracają. Jeszcze, która się dewocją ratuje, przynajmniej ma w niej jakąkolwiek konsolację, umizgając się do Pana Boga i imaginując, że jej wzajemnością się odpłaca, ale te inne!! Boże odpuść!
Być bardzo mogło, że wojska czuła się zawiedzioną w nadziejach tej roli, jaką się spodziewała odegrać na wielkim świecie.
W salonach, do których wchodziła jako Chaperon Sylwji, jako rodzaj Duègne (tak ją zwano), rzadko kto chciał ją zabawić i zbliżyć się do niej.
Trudno było długo wytrwać z nią na rozmowie pretensjonalnej a czczej. Siadywała więc osamotniona w kątku i chyba się druga taka ofiara zębów czasu znalazła, natenczas we dwie wzdychały razem i żaliły się na „świat srogi i przewrotny“.
Majorowa, przyjaciółka młodości, szczególniej jej nie dopisywała, ona wiek swój średni nosiła wesoło, malowała się, barwiła, stroiła, wieczorami ludziom obdarzonym krótkim wzrokiem wydawała się jeszcze wcale ładną i niejeden jej prawił dusery; wreszcie, będąc bardzo zajętą, nudzić się i narzekać nie miała czasu.
Stosunki z nią wprawdzie pozostały na stopie bardzo przyjaznej, ale dwie serdeczne przyjaciółki zgodzić się nie mogły z sobą. Wojska zahukana, zagadana osłaniała się dumnem milczeniem.
Była tak nieszczęśliwą, że nigdy a nigdy z panią Habąkowską na swojem nie mogła postawić.
Stosunki jej z ukochaną wychowanicą czasu tego karnawału także się wielce zmieniły.
Wojska Gzeżewska w początkach uradownna na wszystko zezwalała, pomagała do wszystkiego, nie sprzeciwiała się jej nigdy i w niczem. Zwolna obudzał się w niej duch opozycji, poczęła Sylwję powstrzymywać, robić jej uwagi, trwożyć, sprzeczać się z nią.
Piękna panna miała dosyć energji, by jak ojca, tak i wojską pokonać, robić, co chciała i stawić na swojem, ale czasem po całych dniach nie mawiały do siebie.
Sylwja udawała wesołą, Czeżewska siedziała pogrążona w zadumaniu, darła czarne mitenki i wzdychała. Parę razy nawet ośmieliła się wojska ostrożnie zwrócić uwagę szambelana na to, iż Sylwja zbyt sobie śmiało poczynała, zbyt rezolutnie na tak młodziuchną istotą — ale wiary szambelana w córkę zachwiać nic nie mogło.
— Daj bo asińdźka pokój — odpowiadał.
— Ho, ho! wie ona, co czyni, bo ma więcej oleju w główce, niż my z asińdźką razem we dwoje. Na nią z zamkniętemi oczyma zdać się można, że ani omyłki ani głupstwa nie popełni.
W początkach sam się trwożyłem, ale gdym się przypatrzył, jak to tam chodzi, jak gada, jak z nimi swobodna, a het wszystkich zgóry traktuje, dopierom się przekonał, że u niej więcej w małym palcu, niż u mnie tu!
I stukał się palcem w czoło poczciwy Burzymowski, ukazując, jaki to u niej tam dobry zapas był.
Wojska w takich razach, zwyczajem swym, zaciskała usta, siadała boczkiem, podpierała się na łokciu, suchym palcem jednym uciskając zwiędły policzek i oblekała się majestatycznem milczeniem, tem milczeniem wymownem, pełnem znaczenia, upartem, pogardliwem, które tak mocno drażni.
Nie zważano na nią w ostatku, tak że się musiała czuć osamotnioną.
— Na hipochondrję cierpi, — mruczał Burzymowski — ale osoba zacna i pryncypja ma. Radziłem jej pigułki doskonałe, cóż kiedy nie słucha.
Svlwji zmiana nie tak była znaczną, bo się raczej rozwinięciem, niż metamorfozą nazwać mogła.
Zyskała ona z bardzo wielu względów na pewności i wierze w siebie, na śmiałości i dojrzałości. Może nawet posuwała zbyt daleko swobodę ruchów i czynności, więcej, niż młodej panience przystało, ale z tem jej pięknie było i z naturą zgodnie.
Twarz jej i postawa nabyły dystynkcji, powagi, wyraz fizjognomji z wesołego stał się bardziej melancholijnym, wzrok nabrał żywości i blasku. Oczy, które już mówić umiały, gdy tu przybyła, teraz wyręczały usta, nauczywszy się wyrażać wszystko, co dusza uczuła...
Obracała się wśród tego dystyngowanego towarzystwa jak pomiędzy swoimi, jak w domu, nie okazując najmniejszego zakłopotania, mając zawsze wpogotowiu słowo trafne, odpowiedź zręczną.
Kobiety były jej wdzięczne, gdyż nie tylko nie okazywała się zalotną, ale tych, co się jej natrętnie narzucali, odprawiała ostro i stanowczo. Dowcipem mogła czasem walczyć o lepszą ze sławną hrabianką Anetą; obawiano się też jej, bo nie oszczędzała nikogo.
Pomiędzy mężczyznami miała wielu zdała stojących i nienatrętnych wielbicieli, ale wśród pań, co dziwniej, przyjaciółek więcej jeszcze. Bardzo prędko i łatwo potrafiła się wcielić w towarzystwo Pod blachą, a pani Vauban, która uchodziła za tak grymaśną, podobać się tak, że za nią tęskniła.
Gościem też u niej była codziennym prawie, a niekiedy całe dnie do późnego wieczora tam spędzała. Bywało, że porzuciwszy wojską Czeżewską w domu, jechała tam sama, a pani wojska była skazaną na kabały, na ucieczkę do majorowej, która bawić jej nie miała czasu, albo na sprzeczanie się z szambelanem i dąsania się na wychowanicę.
Wesoła, trzpiotowata Sylwja, może skutkiem tej ciszy i melancholji chronicznej, które panowały u pani Vauban, spoważniała bardzo, posmutniała, do zabaw swojemu wiekowi właściwych coraz mniej okazując smaku.
Czytała wiele, Czeżewską parę razy wyszpiegowała ją piszącą, nie mogąc ani dojść, ani odgadnąć, co ona po całych dniach mogła tak troskliwie spisywać. — Było to dla niej drażniącą i niecierpliwiącą zagadką.
— Co ta dziewczyna tam pisze?
Czynione poszukiwania, nawet przy użyciu środków niezupełnie legalnych, nic odkryć nie dozwoliły.
Dla szambelana a może i dla Sylwji trochę Grabski codzień prawne przychodził, czasem tu przesiadywał dłużej, niekiedy się z kuzynką spotkał.
Nie dopuszczała mu jednak nigdy rozpocząć z sobą rozmowy o rzeczach, tyczących się spraw obecnych, odpychała od zbytniej poufałości.
Wejrzenie śmiałe Grabskiego, badawczy wzrok, którym czasem rzucał na nią, mieszały ją i niepokoiły.
Spotkawszy te oczy, które zdawały się czytać w jej duszy, odwracała się natychmiast i znajdowała jakąś pilną czynność, która jej pomieszanie ukryć pomagała.
Nawzajem spoglądała nań ukradkiem, niemal z obawą jakąś, jakby się lękała, aby jej myśli nie odgadł.
Raz czy dwa znaleźli się sam na sam. Grabski chłodny i obserwujący, ona poruszona i niespokojna. — Micio raz ośmielił się jej uczynić uwagę, jak ona mocno się zmieniła od przyjazdu do Warszawy.
— Ja? zmieniłam się? — odparła Sylwja — czysta imaginacia! Ja się nie zmieniam i nie zmienię nigdy, to nie jest w mojej naturze. Jestem czem byłam, nie poczuwam się i nie przyznaję do najmniejszej odmiany.
— Ale dla nas ona jest widoczną — rzekł Grabski.
Sylwja śmiało zbliżyła się do niego, znając moc, jaką nad nim miała, bo ta ją nigdy nie zawiodła i — rzekła:
— Proszę mi powiedzieć, jak i w czem się ja zmieniłam?
— Daje się to lepiej uczuć, niż określić — odparł Grabski. — Towarzystwo, w którem kuzynka teraz całe dnie spędza, podziałało na nią, — rzecz bardzo naturalna. Musiało się to odbić na pannie Sylwji.
— Więc chyba zyskać na tem musiałam, bo to jest niezaprzeczenie towarzystwo najlepsze, jakie być może? — spytała szambelanówna.
— Zapewne, najlepsze, ale nie nasze... — rzekł Grabski. — Przybyłaś tu, kochana kuzynko, wesołą wychowanką wsi naszej, a Pod blachą zrobili z ciebie czarującą Francuzeczkę.
Sylwja potrząsnęła głowią.
— Ja nawzajem kochanemu kuzynowi powiedzieć muszę, — odezwała się — że ty, niestety, nie zmieniłeś się wcale. Jak prawiłeś kazania dawniej, tak i dziś w nich masz upodobanie. Ja zaś, gdy mam ochotę ich słuchać, wolę pójść do kościoła.
Mieczysław ukłonił się i zamilkł.
Ile razy tak przycięła mu i dotknęła go ostrzej Sylwja, wprędce potem żal ją brał, starała mu się to nagrodzić, stawała się milszą, a Grabski nie obrażał się nigdy. On jeden był w domu, do którego zdania przywiązywała jakąś wagę, chociaż go nie słuchała. Zdawała się go obawiać, patrzała nań niespokojna, a gdy milczał uparcie, wyzywała półsłówkami.
Tak się tedy ciągnęło dalej a dalej ku wiośnie, a o wyjeździe z Warszawy wcale jakoś mowy nie było.
Szambelan przypominał tu sobie dawne czasy, wynajdywał coraz dawnych znajomych, bawił się w swojem kółku przedziwnie i według zasad swej polityki, do domu pisując ciągle, iż powraca lada dzień (aby się służba, co chwila spodziewając, nie zaniedbywała), w rzeczy samej nie wiedział, kiedy i jak stąd wyruszy.
Dwa razy już musiał sobie kazać przysyłać pieniędzy, wziętych naprzód z dochodów majątku. Grosz leciał, jak opętany, trzos się wypróżniał, nim się szambelan opatrzył, że zabraknąć w nim może.
Gdy się stawał lżejszym, a w ostatku resztki z niego do sakiewki wysypywać musiał, ruszał ramionami, zaglądał do rejestrzyków i pojąć nie mógł własnej rozrzutności.
Dla córki niesposób było żałować, a wielki świat, na którym się obracała, kosztował ogromnie. Sylwja musiała występować modnie i świeżo, szczególniej na bale, asamble i t. p. suknie dwa razy jedne nie służyły. Burzvmowski wzdychał i płacił, płacił i wydychał. Jego własne utrzymanie oszczędne, ile razy sam był, wyciągało mu wydatki, gdy się znalazł w kompanii rozpasanej młodzieży. Skąpiąc dla siebie, na przyjęcia i postawienie się, jak to dawniej zwano, nie żałował ostatniego grosza. Ba! zdjąłby był koszulę.
Kurczył się, obliczając z groszem, ale, koniec końcem. dla jedynego dziecięcia czego się to nie zrobi! Miał szambelan niepłonną, jak mu się zdawało, nadzieję, że przy takich Sylwii sukcesach, szczęśliwem wejściu w świat wielki, przy jej wdzięku, rozumie, reputacji majętnej jedynaczki, znajdzie konkurenta — co się zowie. Czekał, dowiadywał się, patrzył, dziwił i nie mógł pojąć, dlaczego nie było go — a! nie było! Przechodziło to wszelkie pojęcie Burzymowskiego i plątało jego rachuby. — Miałżeby być zmuszonym powracać z nią do owego odrobinę ułomnego hrabiego?
Jednego dnia, sam na sam znalazłszy się z córką, szambelan postanowił się z nią rozmówić w tym przedmiocie i zasięgnąć języka.
— Wiesz, moja ty najdroższa Sylfido (czasem ją w ten sposób spieszczał), wiesz, że ja obserwuję, przysłuchuję się, patrzę, czekam, a coś konkurenta dla ciebie nie widzę.
Nie najgorzejby było o tem pomyśleć przy takiej dobrej zręczności. A, może tam co napiętego masz? przyznajno się?
Sylwja, zmieszana, ruszyła ramionami, zrobiła minkę niezrozumiałą.
— Ale, niema nic! — rzekła krótko.
— To źle! źle — odparł szambelan. — Koniec końców jakiż cel? trzeba zamąż pójść! Na toście stworzone. Rachowałem na to, że moją Sylfidę tu z jaką mitrą zaswatam. Hę?? Czy nie zanadto jesteś dumna, a za mało angażująca. — Może wybredna? Co? Mów bo ze mną otwarcie, jak z ojcem należy.
— Co to tatko o tem myśli! — odezwała się córka niechętnie — czyż na to nie mamy dość czasu? Co pilnego?
— Zapewne! jużciż mnie się ciebie pozbyć niepilno! — rzekł Burzymowski — ale gdzież na zwierzynę polować, jeśli nie w lesie? (Rozśmiał się sam, rad z trafnego porównania). Gdybyś tu kogo złapała, ja nie byłbym od tego... Na wsi, dokąd wkońcu trzeba będzie kiedyś powrócić (bo trudno całe życie siedzieć w Warszawce), jeden tylko Cetner, co tak niby dla ciebie się kwalifikuje — a tu! jest w czem wybierać!!
— Możnaby doprawdv sądzić, że ja jestem ciężarem i że się mnie tatko chce pozbyć! — smutnie odparła Sylwja.
— Nie plećże! — ofuknął obrażony szambelan. — Chcę twego szczęścia nic więcej.
Córka go w ramię pocałowała.
— Pozwólże mi go szukać sobie samej, — rzekła cicho — a nie naglij! Nie idzie mi tak bardzo o wydanie się zamąż, zawsze się ktoś znajdzie co tę biedną Sylwję weźmie — a swoboda mi droga.
— Hm. Jakby to rozumna taka, jak ty, kobieta — i po ślubie swobody mieć nie mogła. Jużciż, że ty męża za nos będziesz wodziła, to nie ulega wątpliwości.
Rozśmiała się Sylwja, ale smutnie.
— Widzisz, tatku, — odezwała się — takiego, któregobym za nos wodzić mogła, ja nie chcę, a takiego, coby chciał mną rządzić — nie wezmę.
— Otóż widzisz, dilemma, czyli inaczej mówiąc, alternatywa, jaką stawisz — nie do wybrnięcia z niej. Tu sęk! — odpowiedział dobrodusznie Burzymowski. — Jak świat światem republiki w małżeństwie nie bywało nigdy — monarchiczne rządy zawsze, albo król albo królowa.
Wybieraj, kogo chcesz, — ciągnął dalej Burzymowski — mam w tobie wiarę zupełną, że złego wyboru nie zrobisz — byle nie Francuza! obliguję, nie Francuza! Choćby dukiem był, czy markizem, czy jak się tam oni tytułują, ja ich nie chcę... Mówią tylko tym kobylim językiem, którego ja dobrze nie rozumiem, a nadęte to i — finalnie gołe. Koszule im trzeba sprawiać i jeszcze ci pod nos..... Że się prezentują, pięknie, ani słowa, ale co mi z tego na dzień powszedni? kat ich bierz...
— Możesz być tatko spokojny, — uśmiechała się Sylwja — Francuza żadnego podbijać nie myślę.
— Ditto, Niemca, — dodał Burzymowski! — z tymi to już w jednym domu żyć nie można! Quod Deus avertat! Żebyśmy się z nimi bratać mieli, byłby koniec świata.
Sylwja upewniła zkolei ojca, że Niemiec i jej się niemożliwym wydawał. Szambelan dodał jeszcze parę przestróg i ekscepcyj, — na tem się skończyło.
— Dziewczyna dumna, — rzekł sobie w duchu Burzymowski — będzie przebierać jak w ulęgałkach, i powrócimy na wieś do mojego hrabiego... Byle się ten nie zaswatał! Ale — cóż tam już robić, byle jej z tem dobrze było — choćby do trzydziestki zwłóczyła!
Ku końcowi karnawału Czeżewska raz przez dwa dni z rzędu została w domu zapomnianą. Sylwja jeździła i wracała sama, pod różnemi pozorami.
Drugiego dnia ku wieczorowi zniecierpliwiona pieszo pobiegła do majorowej wojska, nie bawiła tam długo, wróciła niezmiernie wzburzona i siadła w salce, sparłszy się melancholicznie na ręku, w nadziei, że Burzymowski nadejdzie.
Stało się, iż w istocie, po obiadku postnym, solo, szambelan, dowiedziawszy się od Zybka, że wojska sama była na górze, przyszedł do niej na gawędę. Bo choć z kobietami nie lubił rozmowy, ale gdy nikogo nie było, oprócz Zybka!
— A cóżto tak asińdźka siedzisz solo basso, osierocona? — zapytał, wchodząc.
— Widzisz pan!! — odrzekła, wstając, głosem pełnym wzruszenia Czeżewska. — Widzisz pan! Do czego to przyszło!! Niech mi pan szambelan daruje, ale co nadto to nadto, swobody pannie dajesz za wiele!
— O! o! o! — powoli począł Burzymowski. — Cóż się to stało nowego? Gniewy jakieś? dąsy? Na miły Bóg! hę?
— Nie wiem, czy się co stało, — odrzekła wojska z przyciskiem, zbliżając się do Burzymowskiego, który się trochę cofnął, gdyż zapachu ambry, którym Czeżewska zawsze była nasyconą, nie cierpiał. — Nie wiem, czy się co stało, ale że się stać może, to pewna! Otóż ja zawczasu zawarowuję sobie, że za nic odpowiedzialną nie jestem i być nie chcę!...
Stanowcza ta, piorunowa protestacja wojskiej tak silnie uderzyła szambelana, że niemal osłupiał.
— Nie rozumiem, — rzekł po chwili — za co pani nie jesteś i nie chcesz być odpowiedzialną?...
Wojska już ochłonąwszy nieco po pierwszym wybuchu, zmieszała się. Poczuła, że zaszła może za daleko.
— Widzi pan, panna Sylwja jeździ sobie sama dokąd chce, nie mówiąc mi nawet miejsca, do którego się udaje, bawi, powraca, robi, co się jej podoba. Pan na to pozwalasz, niechże sobie będzie, co chce... ja ręce umywam! Umywam!...
— Ależ moja pani wojska, zreflektujże się, jakież jej może grozić niebezpieczeństwo? — zapytał Burzymowski — między osobami tak dystyngowanemi?...
Wojska ruszyła ramionami.
— Przepraszani pana szambelana, — poczęła, znowu się nieco zapalając — pan jesteś, doprawdy, dobroduszny i naiwny, jak dziecko. W najdystyngowanszym świecie, na królewskich dworach, trafiają się pannom nieopatrznym nieprzyjemne — wypadki. Mężczyźni nie mają sumienia...
Burzymowski zbladł jak ściana.
— Cóżto? czy pani masz jakie poszlaki? Co to ma znaczyć? — zawołał groźno — mów pani! mów pani!
Czeżewska ulękła się, zmiarkowała, iż już po raz drugi za daleko się posunęła. Wypadało się cofnąć.
— Ja mówię ogólnie o tem, co się na świecie dzieje — poprawiła się. — Panna Sylwja nie jest wyjątkiem, nie ma doświadczenia.
— Przepraszam panią! — zagrzmiał Burzymowski uniesiony — Sylwka jest wyjątkiem... Tak! — powtórzył, głos podnosząc i rozpalając się coraz, — tak! Sylwka jest wyjątkiem!
A, to proszę! — dodał ciągle gniewny, — pani ją tak sądzisz rychtyk jak garderobianę, którą trzeba pilnować, aby nie padła ofiarą kredencerza! Co bo to za wyobrażenie! No proszę! Słowo daję!...
Szambelan zwykle dobry jak baranek — kipiał.
Czeżewskiej nie pozostawało nic, tylko chustkę do oczów przyłożyć i łzy ocierać, których przyjścia lada chwilę się spodziewała.
Wiedziała, iż w takim razie szambelan, rozbrojony, natychmiast przepraszał.
I tym razem chustkę zobaczywszy, pośpieszył z przebłaganiem Burzymowski, biorąc ją za rękę, którą mu wyrywała, i całując.
— Proszę mi wybaczyć, jeślim się za ostro wyraził, — rzekł — nie miałem intencji obrażenia pani. Słowo daję!
— Przecież pan to rozumiesz, — płaczliwie odezwała się Czeżewska — że ja to mówię z przywiązania do Sylwki, przez miłość dla ich domu!
— Ale dobrze, dobrze! rozumiem! nie płacz już asińdźka, — wołał szambelan — dajmy temu pokój... nie mówmy o tem. Dosyć. Sylwki swobody nie mogę ograniczać, widzisz asińdźka, bobym jej okazał nieufność. Nie mam też o nią obawy żadnej! Dziewczyna rozumna, któraby mnie i asińdźkę poprowadziła lepiej, niż my ją we dwoje. Dajmy jej pokój!
Gdy się wojska nieco uspokoiła, Burzymowski dodał cicho.
— Między nami, czy asińdźka masz jakie powody domyślania się, posądzania, że tam — co — jakiś romansik jest, czy co podobnego?...
Wojska długo stała w niepewności, z oczyma spuszczonemi, namyślając się, co ma odpowiedzieć.
— Mów asińdźka otwarcie — dodał Burzymowski.
Czeżewska głową dała znak potakujący i zdziwiła się, gdy ujrzała na twarzy szambelana zamiast gniewu, którego się spodziewała, ukontentowanie.
Zacierał ręce z radości i zbliżył się, o ambrze zapomniawszy.
— Mogę ja wiedzieć, co to jest? — zapytał.
— Ponieważ to są tylko domysły, ze wszech względów nie wypada mi ich wyjawiać — rzekła, cedząc przez zęby, Czeżewska. — Słowo daję, nie mogę nic powiedzieć!
— Ale coś tedy jest! coś jest! a Sylwka przede mną ani pisnęła! — zawołał Burzymowski z miną nadzwyczaj wesołą. — Widać, że pewnego jeszcze niem a nic!... Mniejsza o to — dodał po krótkim namyśle. — Jestem pewny, że jeśli uczyni wybór, to dobry, a sprawę rozpoczętą potrafi poprowadzić. Zatem, moja wojska sza!...
Zdziwiona tem zakończeniem Czeżewska umilkła.
— Asińdźka — mówił dalej szambelan ze spokojem wielkim. — Asińdźka bądź tak pewną jak ja, że ta dziewczyna sobie radę da! Nic jej nie grozi! chyba temu, kto jej w ręce popadnie. To druga nieboszczka matka jej, świeć Panie nad jej duszą, a tę ja znałem dobrze... Kubek w kubek!...
To mówiąc, śmiać się począł raźnie, przeszedł się po salce, podrzucając nogami, zatarł włosy i z rodzajem politowania popatrzał na Czeżewską, która darła już swe mitenki, słowa się nie odzywając.
— Nie chcesz mi asińdźka wyjawić tajemnicy, — dodał wesoło — nie nalegam. Dość mi na tem, że bystre jej oko poszlaki pewne znalazło! Mądrej głowie dość na słowie! Cieszyłbym się, cieszył!
Tak się rozeszli, a Burzymowski na dół do swych izdebek się spuściwszy, w godzinę może doczekał się wiernego Grabskiego. Nie miał nic pilniejszego nad wyspowiadanie mu się ze swej dramatycznej z wojską rozmowy, wyśmiewając, co wlazło, jej obawy nierozsądne.
Pewnym był, że Micio podzielać będzie jego sposób zapatrywania się na postępowanie Sylwji, i zdziwił się trochę, widząc go zasępionym.
— Cóż ty na to? — zapytał.
— Zdaje mi się, — odparł Grabski — że Czeżewska, której ja wcale nie jestem admiratorem, na ten raz miała słuszność.
— Oszalałeś, czy co! — ofuknął go Burzymowski. — Baba obrażona, sama nie wie, co plecie. Ty zaś, poprostu, jesteś chyba zazdrosny. Hę? przyznaj się!
To mówiąc, uściskał go, zanosząc się od śmiechu.
— Ja, ty, Czeżewska! — zawołał, unosząc się, szambelan — co my jesteśmy przy Sylwji!... To rozum, to takt, to mocibdzieju powaga i majestat we wszystkiem! Klękajcie narody! Nieśmiesznież to, abyśmy my, mizeraki jakieś, brali ją w opiekę, ją, któraby nas wszystkich w kaszy zjadła!...
I śmiał a śmiał się serdecznie, Grabski zaś popatrzał nań długo zdumiony, jak Czeżewska, i długo pozostał niemy.
— Szambelanie, — rzekł wkońcu — ja także jestem wielkim Sylwji wielbicielem, o tem ci mówić nie potrzebuję, zważ jednak, że ona nie ma doświadczenia, że, jak każda istota szlachetna, daje wiarę ludziom, na fałszywych sentymentach poznać się nie potrafi — a na wielkim świecie nie sam i aniołowie.
— Kochany mój Miciu! — zawołał, ściskając go, szambelan. — Roją ci się niebezpieczeństwa! Sylwja nie potrzebuje doświadczenia, bo ma instynkt nieomylny, przedziwny. To istota wyższa, jak była jej matka! Dajmy my sobie pokój! my jej po kolana! mocibdzieju! po kolana!
Grabski zagadał już o czem innem, i usiedli do marjasza.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.