Pod blachą/Tom II/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod blachą
Podtytuł Powieść z końca XVIII wieku
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


VI.

Historyczna szopka, inaczej stajnia czy wozownia przy Łazienkach, w której się najwięcej pojedynków odbywało, była teatrem tylu dla księcia Józefa nieprzyjemnych, krwawych wypadków, iż, jakeśmy już wspominali, uprosił był u gubernatora Koehlera, aby koło niej pruski żołnierz stał na warcie.
Obecność tego reprezentanta władzy przez parę miesięcy wstrzymywała zapędy młodzieży, która musiała jeździć do Młocin, na Bielany, na Wolę, i biła się sobie nieszkodliwie po różnych kątach. Wkońcu do wozowni nikt już nie zaglądał, wyszła z mody, zamknięto ją na kłódkę, a żołnierza pocichu ściągnięto z nieprzyjemnego stanowiska, na którem się nudził.
Wiedziano już o tem w mieście, a że zimą mało kto i rzadko w Łazienkach gościł, sekundanci Odrzyńskiego wskazali znaną wozownię jako miejsce do rozprawy najstosowniejsze.
Nazajutrz rano warunki pomiędzy przyjaciółmi z obu stron były umówione, Grabski jednak swoim oświadczył, iż na żart bić się nie myśli, innej umowy, jak na pistolety, nie przyjmie, do pierwszej krwi lub... co Bóg da.
Starano się przynajmniej uczynić spotkanie mniej niebezpiecznem, naznaczając dystans o kroków trzydzieści. Szopa właśnie na tyle starczyła.
Odrzyński, zwany pospolicie Trawką, dlatego, że z powodu jakiegoś zakładu raz, długo bardzo zieloną trawię nosił w dziurce od fraka! był sobie dobrym, lekkomyślnym chłopakiem. Jedynak u rodziców, majętny, niekoniecznie rad był ginąć.
Wpadłszy w rozhulaną młodzież, usiłował jej we wszystkiem dotrzymywać placu i hulał ogniście. Nie szło to u niego może z temperamentu, ale miłość własna podbudzała go do odznaczenia się w jakikolwiek sposób, a że inaczej nie umiał, odznaczał się przy kieliszku, u kart i w innych tego rodzaju młodzieńczych zapasach.
Do pojedynku na serjo nie miał Trawka tak bardzo wielkiej ochoty, lecz trzeba było męstwo i zimną krew okazać.
Koszycki i Kwiński, sławni pojedynkowicze i rębacze, służyli mu za sekundantów.
W duszy przeklinał Odrzyński swój długi język i znalezienie się niedorzeczne, lecz ani odwoływać, ni przepraszać nie było podobna — trzeba się było bić.
Nadomiar biedy słyszał Trawka, iż Grabski strzelał doskonale, on zaś na pistolety, kulami... nie miał najmniejszej wprawy. Do tego się nawet przyznawał przed Kwińskim, który mu odpowiedział:
— Głupstwo! W pojedynku na pistolety umiejętność nic nie znaczy. Ten, co nigdy nie strzelał, trafi, a co na gwoździe sadzi kule, chybia. Byle jeden z was drugiego drasnął, bić się więcej nie damy...
Godzina była wyznaczona pod wieczór. Grabski ze swymi dwoma przyjaciółmi, ludźmi skromnymi i milczącymi, stawił się pierwszy.
Przy szopie straży nie było, ale się koło niej przechadzał w kożuchem podbitej opończy, z rękami w kieszeniach, w kapuzie na głowie stary niegdyś berejter królewski, dziś na łaskawym chlebie siedzący w Łazienkach i dozorujący budowle w większej części puste.
Stary, postrzegłszy przybywających, łatwo się domyślił, co ich tu sprowadzało, popatrzał na nich i odezwał się do jednego z sekundantów, ręką pokazując ku miastu:
— Wiem ja czem to tu pachnie! Możecie panowie powracać sobie zdrowi, skąd przybyliście, bo ja tu nikogo nie puszczę.
A wyczekawszy chwilę na odpowiedź, której mu nie dano, palcem pokazał ogromną kłódkę, do wrót szopy przywieszoną. Był to jednak manewr zwykły dla wyzyskania pojedynkowiczów, którzy się staremu opłacać musieli. Grabski, który już o tem wiedział, wcisnął eks-berejterowi parę czerwonych, a ten, po krótkim namyśle, nieco uchyliwszy kapuzy, poważnym krokiem zawrócił się w inną stronę, mrucząc:
— Ja tam o niczem wiedzieć nie chcę, o niczem nie wiem. Róbcie jak wam lepiej. Nie moja rzecz.
Kłódka niezbyt mocno przytwierdzona, którą dawniej już ten sam los spotykał, natychmiast oderwana została, i przybyli wtargnęli do wielkiej wozowni.
Nie było w niej nic, oprócz starego złamanego karyklu i zielonej dryndulki, której trzech kół brakowało. Leżała w najniewygodniejszej pozycji w świecie, oczekując jakiegoś końca.
Szopa była wygodna; ślady dawnych odbytych tu bojów pozostały na podziurawionych jej ścianach. Gdzie niegdzie widać było napisy węglem, nazwiska i daty, a wesoły jakiś kawaler imię swe i rodziny zapisawszy, dodał:
— N. N. ręką i krwią własną.
Rana nie musiała być niebezpieczną, bo mu humoru nie odjęła.
Przybyli zaledwie mieli czas rozpatrzeć się trochę, zacząwszy plac rozmierzać krokami, gdy we wrotach postrzegli Trawkę z Kwińskim i Koszyckim.
Odrzyński nadrabiał fantazją, lecz twarz miał bladą, a ruchy gorączkowe zdradzały wzruszenie. Zato Kwiński żartował i śmiał się nadto głośno, a Koszycki wąsa kręcąc, nadymał się.
Grabski, pozdrowiwszy lekkiem skinieniem głowy przybyłych, stanął zboku i czekał spokojnie, aby miejsce wyznaczono.
Nabijanie, wybór stanowisk, rozmaite drobne szczegóły, o które się umawiać musiano, zabrały trochę czasu, a tuż powoli ściemniać się już zaczynało.
Kwiński począł wołać:
— Nie mamy czasu do stracenia! Na miejsca! Na miejsca!
Sekundanci je wskazywali.
Ponieważ pora chłodną była, nie rozbierał się nikt, stanęli jak byli poubierani naprzeciwko siebie. Odrzyński, nauczony widać, ubrał się całkiem czarno, nie biorąc nic ani błyszczącego, ani białego, coby za cel służyć mogło. Grabski o tej ostrożności nie pomyślał.
Strzelać miano na komenderówkę, która powierzoną była panu Koszyckiemu.
Raz — dwa — trzy!
Za trzecim padły razem dwa wystrzały, ale obaj przeciwnicy zostali nietknięci.
Kula Grabskiego świsnęła około samego Trawki, który się aż do ziemi przygiął, i uwięzła w ścianie. Mimowolnemu drgnieniu winien był życie.
Strzał był nadzwyczaj celny.
Kuli Odrzyńskiego, która poleciała gdzieś na poddasze do wróblów, odszukać nawet nie było podobna. Kwiński spróbował wnieść, ażeby na tem poprzestać można, i podać sobie ręce, ale Grabski nie chciał ani słuchać. Nabijano pistolety po raz drugi. Trawka już znękany pierwszem wrażeniem, stał blady i drżący, Grabski chodził ręce pod frak włożywszy, czekając, aż mu pistolet podadzą. Nabijanie trwało dosyć długo, które tylko uderzanie stempli przerywało.
Stanęli na miejscach swych po raz drugi, a Koszycki umyślnie, nie dając czasu do celowania, pośpiesznie zawołał:
— Raz — dwa — trzy.
Strzelili. Grabski, stojący niedaleko zielonej dryndulki, za nogę się pochwycił i pochylił.
Odrzyńskiemu kula przeciwnika oddarła zboku kawał sukna i dała mu silną kontuzję, ale w pierwszej chwili przestraszony obalił się, wołając, że jest zabity.
Poskoczyli ku niemu sekundanci i przekonawszy się o prawdziwym stanie boku, na którym znać tylko było, jakby silne bizunem uderzenie — śmiać się poczęli. Dopomogli mu wstać trochę skonfundowanemu.
Rana Grabskiego była nierównie groźniejszą, gdyż nogę miał przestrzeloną, krew uchodziła silnie i można się było lękać, czy arterja nie została przerwaną.
O lekarzu zapomnieli jakoś wszyscy, lecz dwaj starzy wojskowi rzucili się natychmiast do bandażowania.
Rzecz była szczęśliwie skończoną, pozostawało podanie sobie rąk, lecz Grabski pod pozorem, iż miał ją zbroczoną, skłonił się tylko zdaleka, nic nie mówiąc.
Koszycki i Kwiński krzątali się około rannego razem z jego sekundantami, mimowoli podziwiając jego męstwo i żelazną wytrwałość, bo, mimo wielkiego cierpienia, nie wydał głosu.
Mrok już padał, gdy jeden z wojskowych pobiegł po powóz, zostawiony w alejach i sprowadził go pod szopę.
Trawka, który się ciągle za bok porażony trzymał, bo jak powiadał Kwiński, kiełbasa mu na nim narosła, pozostał ze swymi, a Grabski do domu odjechał.
Dnia tego i na Miodowej ulicy chodzili wszyscy zakłopotani i strwożeni. Sylwja, która, powróciwszy z kasyna, czuła się niedobrze, z gorączką położyła się do łóżka, a w nocy musiano wezwać doktora.
Szambelan, który, przyśpiewując, powracał do domu, o mało nie padł rażony apopleksją, gdy się o słabości córki dowiedział.
Chciał zaraz zwołać wszystkich z całego miasta doktorów.
Pobiegł do łóżka córki, która go się starała uspokoić, i na jednym lekarzu Francuzie się skończyło. Burzymowski tylko spać się już nie kładł.
Całą noc, co chwila się zrywając, przedrzemał w krzesełku. Nazajutrz, chociaż zaręczano, że nie było najmniejszego niebezpieczeństwa, Sylwja jednak z łóżka wstać nie mogła.
Nakazano spoczynek...
Czeżewska niezmiernie czynna, kręciła się, rozkazywała i była w swoim żywiole, gdyż mogła się rozporządzać i słuchać jej musiano.
Napisała zaraz z rana do majorowej, donosząc o wypadku, a szambelan chciał posłać po Micia, który mu teraz był potrzebniejszym niż kiedykolwiek; zreflektował się jednak, że Grabski codzień sam przychodził i musiał lada moment nadejść bez posłańca, o którego było trudno.
Tymczasem Grabskiego z rana nie było, nie było go po obiedzie, nie przyszedł i wieczorem, a jeden z wojskowych, z polecenia jego o mroku zjawił się, oznajmując szambelanowi, iż Grabski bardzo przeprasza, że służyć nie może — bo — jest w pojedynku ranny.
Wypadek ten tak się zdawał do prawdy niepodobnym Burzymowskiemu, że uszom nie wierzył...
Chwycił za rękę kapitana Rozpędzińskiego i krzyknął:
— Grabski! Micio ranny! Ale to nie może być!!
Dopytywany o przyczynę zajścia kapitan nic powiedzieć nie umiał, bo sam nie wiedział, tylko że się na kasynie posprzeczali. Dosyć było na nogę nastąpić wówczas, aby do pojedynku przyszło.
Szambelanowi łzy się z oczów puściły. W chwili gdy najwięcej na pomoc Micia rachował, gdy ten mu był najpotrzebniejszym, zawistny los mu go odbierał.
Gniewał się i na los i na Micia, że śmiał w taki czas pojedynkować się i zostać rannym, kiedy tu prawie się bez niego obejść nie było podobna.
— Proszę asińdzieja, — odezwał się do kapitana, ręce załamując — czy nie jestże to istna kara Boża jakaś na mnie!
Tu mi właśnie córka zachorowała, ja z nią głowę tracę, a ten mi w taką porę utrapioną daje się postrzelić i kładnie! Prawdziwe to przysłowie, że jedna bieda nigdy nie dokuczy.
Miałem zaraz wczoraj na kasynie jakieś brzydkie przeczucie, gdy mi powiedział odchodząc szparko, że ma jakiś pilny interes. A ja to znam te ich pilne interesa! Nic innego być nie mogło, tylko jakiś głupi romansik, i musieli się z rywalem o ladaco zadrzeć. — Ależ takiej płochości, takiej lekkomyślności po nim, co mi się wydawał statecznym, nigdy w świecie nie byłbym się spodziewał!
Komu tu wierzyć! Otóż ta teraźniejsza młodzież! Za lada, z pozwoleniem, małpę życie stawi.
Kapitan ani tłumaczył, ani uniewinniał, krótko zabawiwszy, pożegnał się i wyszedł.
Szambelan jak zawsze gadatliwy, nic nie miał nadto pilniejszego, by natychmiast wcisnąć się do pokoju córki i bez ogródki poskarżyć się przed nią, że Grabski „za jakąś dziewczynę“ (był tego najpewniejszym) pojedynkował się i został ranny.
O owej dziewczynie, czupiradle, małpie, przeklinając ją, rozpowiadał, jakby ją widział. Sylwja, leżąca jeszcze w gorączce, podniosła się nieco, posłyszawszy to, i zapytała:
— Niebezpiecznie ranny?
— Kto go wie! — odparł szambelan — nogę ma na wylot przestrzeloną — a ja wiem co to noga! Rychlej człek ranę w łeb wytrzyma, niż gdy dostanie po tebinkach!
Smutnie ściągnęły się brwi Sylwji i opadła na poduszki...
Burzymowski chodził po pokojach, łajał i krzyczał na służbę, narzekał na losy, modlił się, popłakiwał, siadał, wstawał i nierychło zdecydował się pojechać odwiedzić Grabskiego, aby go porządnie zbesztać.
Objawił to postanowienie Czeżewskiej, zaręczając, że niedługo zabawi, posłał Zybka po dryndę i pojechał.
Lekarz i felczer właśnie opatrywali nogę rannemu, gdy szambelan wszedł niecierpliwy, od progu poczynając perorę, do której się czuł w sumieniu obowiązanym.
— A co? a nie mówiłem wczoraj? gdyś mi wspomniał o bardzo pilnym interesie? Przysięgnę, że poszło o jaką małpę, o lada trzpiota, mieszczankę! Otóż mi z pana sensat, oto mi stateczny młodzieniec, który wszystkich krytykował!! Masz tobie!!
Grabski blady podał mu rękę milcząc, uśmiech dziwny błądził po jego ustach.
— A cóż ta rana? — zapytał Burzymowski ciszej lekarza.
— Kuli niema, kość zdaje się mało co draśnięta, muskuły tylko poszarpane... Niebezpieczeństwa, dzięki Rogu, niema, zdaje się, żadnego, no — a przecierpieć i kawęczyć trzeba będzie długo.
A na ucho szepnął szambelanowi.
— Być może, iż trochę nakuliwać będzie! Być może!
— A! toś mi się spisał — począł Burzymowski, siadając przy łóżku. — Właśnie dla mnie w porę Sylwja wczoraj od tego szelmowskiego gorąca w sali zachorowała i także dziś leży. Ona nie wstaje a tu i ty się położyłeś, pono na długo... kiedy ja sobie rady dać nie mogę.
A bodaj ciebie z tą twoją, z pozwoleniem, klempą!... Masz tobie warszawskie rozkosze! — dodał, wzdychając — oto tobie karnawał!
— Ale Sylwja przecie nie jest w żadnem niebezpieczeństwie? Choroba jej nie grozi?
— Nie! Niechże Pan Bóg uchowa! — zawołał prędko ojciec — gorączki ma tylko trochę. Doktór przykazał spoczynek, dał jakąś miksturę śmierdzącą... a póki ona wydobrzeje, ja się zamęczę.
Bo to z tą waszą Czeżewską, choć baba się kręci, wierci, niby coś ciągle robi, służy, ale z niej pociechy niema. Zwyczajnie pani stara, co zszyje to rozpara! Beze mnie one tam sobie rady nie dadzą, logiki u nich za grosz niema!
Pomimo tego zapewnienia, które zdawało się rychły odwrót zapowiadać, Burzymowski pozostał przy łóżku chorego, narzekając, rozpytując i ciekawym będąc dowiedzieć się koniecznie, o co właściwie poszło.
Grabski mu stanowczo odpowiedział, że tego wyjawić nie może.
— No, to mi dość, że ty gadać nie chcesz! — rzekł stary. — Gdyby awantura była, do której się przyznać godzi przed bliskim krewnym i przyjacielem, który ci niemal ojcem był, pewniebyś się nie wahał powiedzieć coś jak było. Zatem już ja się reszty domyślę. Podwika! podwika, nie co innego. Gdzie djabeł nie może, tam babę pośle. Jejmościanka koso może spojrzała!
Ranny się nie chciał tłumaczyć.
Nagderawszy dużo, z pełnego serca, Burzymowski pożegnał go i do domu powrócił.
Tu zastał gościa.
Po salonie chodziła mocno zirytowana wojska i oznajmiła mu, że u Syłwji była — majorowa. Mówiła o tem z jakimś przekąsem, z urazą, dając do zrozumienia, że przecie zasługiwała na to, aby przed nią nie czyniono tajemnic i nie zamykano się. Bolało ją strasznie, iż Habąkowska prosiła ją, aby z Sylwją sam na sam mogła pozostać chwilę.
Gdyby nie pewne obawy i względy, zdaje się, że byłaby pod wrażeniem wyrządzonej sobie krzywdy wyspowiadała się przed starym z powziętych teraz przekonań i opinji o pani majorowej. Musiała sobie jednak wczas przypomnieć, że ją sama ściągnęła do domu i zawiązała te stosunki, które teraz taką ją napełniały goryczą.
— Proszę pana szambelana, — odezwała się, ciągle patrząc na drzwi, które prowadziły do pokoju Sylwji — co mogą mieć za tajemnice, do których ja niegodną jestem, abym przypuszczoną była? Miała konferencja trwać pięć minut. Patrzę na zegarek, już tam z sobą są od pół godziny i słyszę jak żwawą prowadzą rozmowę. Chorą osobę zmęczy, gorączka się powiększy i tyle z tego całego pożytku. Jakem poczciwa!
— Ale, jeśli Sylwja sam a sobie tego życzyła?! — zapytał szambelan. — Chorej się nie można sprzeciwiać. Może ją to rozerwie, gdy się wypaplą.
Wojska ruszyła ramionami, podeszła pode drzwi, przyłożyła do nich ucho i cofnęła się zniecierpliwiona.
Wkrótce potem wybiegła pani majorowa Habąkowska z twarzą dosyć ożywioną i wesołą.
Nie spojrzała nawet na przyjaciółkę Czeżewską, która natychmiast pędem wleciała do pokoju chorej, zwracając się z wielkiem nadskakiwaniem i grzecznością ku szambelanowi.
Burzymowski majorowej od owej pierwszej chwili, gdy ją wziął za wielką panią i odprowadzał do karety.
nie lubił wcale. Była mu zanadto fertyczną, wściubską, nazywał ją bałamutką, pędziwiatrem i domyślał się w niej burzliwej przeszłości. W Czeżewskiej cenił pryncypja, a tu w nie nie wierzył. Być może, iż Habąkowska domyślała się co o niej trzymał Burzymowski, bo takie żwawe a dowcipne istoty miewają trafne przeczucia sentymentów, jakie obudzają. Dlatego zapewne tem mocniej pragnęła pozyskać sobie szambelana.
— Kochany panie szambelanie dobrodzieju! — odezwała się, tak podchodząc do niego, iż wanilja od niej doleciała biedaka. Burzymowski zaś ani ambry, ani wanilji, ani goździków, któremi się perfumowano, znosić nie mógł i otwarcie mawiał, że woli zapach kwaszonej kapusty. Cofnął się więc.
— Kochany panie, — rzekła — nie trwóż się o twoją ukochaną, a nam drogą jedynaczkę... Ja się na naszych kobiecych słabościach dobrze znam, jutro będzie zdrowa. To są nerwy, przejdzie rychło.
Burzymowski obie ręce podniósł do góry.
— Oby się słowa asanbdziki sprawdziły! — zawołał wzdychając. — Trzeba wiedzieć, że Sylwka moja od zębów a potem szkarlatyny, którą szczęśliwie przebyła, nigdy nie chorowała. Nigdy! a nerwów też nie miała, jako żywo! Skądże, proszę asińdźki, te modne nerwy znowu?
— Wczoraj na sali w kasynie było gorąco jak w piekle, — zawołała Habąkowska — a przestrzegałam tego nieznośnego Ledoux, żeby przepalać nie kazał.
— O, że gorąco było to gorąco! — odezwał się Burzymowski, głową potrząsając. — Wszak oto, najspokojniejszy z ludzi, kuzyn nasz, poczciwy Micio Grabski, z gorąca tego leży dziś z nogą przestrzeloną.
Majorowa, której powołaniem było wiedzieć wszystko co się w stolicy działo, mianowicie w sprawach miłosnych i pojedynkowych, posłyszawszy o strzale, przyskoczyła do szambelana.
— Zlituj się pan! Ja nic o tem nie wiem! Kto? Grabski? postrzelony? Któż go postrzelił? z jakiego powodu?
— Proszę asińdźki, — odparł gospodarz — jak tylko mężczyźni się strzelają, to — o co? o kobietę! Jakaś tam dziewczyna...
— Ale jakaż? która? zmiłuj się! Józia? Terenia? — poczęła gwałtownie Habąkowska nalegając. — Pan musisz wiedzieć! Z kimże się bił? mów mi pan, ja zgadnę o kogo!
Burzymowski się w czoło stuknął.
— A! jakże bo się zowie! Na śmierć zapomniałem! — zawołał. — Wiem tylko, że go Trawką przezwano.
— No, to już wiem — wtrąciła Habąkowska. — Trawka? Co to może być?...
Potrząsała głową.
— Mówże pan, — nalegała, znowu z wanilją mu się przysuwając — mów, szambelanie, co tylko wiesz! Jak ranny? Dokąd się strzelać jeździli, bo szopka zamknięta. Któż sekundował? Kiedy się to stało? Czy Trawka uszedł cało?
Na ten potok zapytań przyparty do kąta zapachem wanilji szambelan odpowiadał jak mógł, ale zawsze niedostatecznie. Habąkowskiej niepodobieństwem teraz oddalić się było, nie wyczerpawszy tego źródła plotki do dna, gdy szczęśliwie na nie trafiła.
Nie wątpiła, iż o pojedynku w mieście mówić będą wkrótce i że ona, dzięki szembelanowi. jak zwykle, przysłuży się ciekawym najświeższemi, najobfitszem i szczegółami z pierwszej ręki.
Burzymowski upewnił ją stanowczo, że rzecz poszła o jakąś dziewczynę niewiele wartą, że rana nie była śmiertelną, ale mogła grozić okulawieniem młodemu chłopcu. Dodał i to, że Trawka dostał porządnie po boku.
Pilno już teraz było majorowej jechać Pod blachę 1 zawieźć, tam tę nowalję. A że i inne miała do pośpiechu powody, pożegnała wiec jak najczulej gospodarza, wahającego się czy ją miał przeprowadzać do powozu czy nie — i znikła.
Nim się szambelan namyślił nad tem, czy prejudykat przy pierwszej wizycie wiąże go tak, iż powinien ją sprowadzić — Habąkowskiej karetka już się toczyła po bruku. Zdało mu się, że nie zgrzeszył ani uchybił, mając chorą córkę jako wymówkę.
Gdy po chwili zapukawszy nieśmiało do pokoju Sylwji, wszedł do niej, znalazł ją w istocie, jak przepowiedziała majorowa, z wielką dla siebie pociechą znacznie zdrowszą i uspokojoną.
Siedziała na łóżku blada trochę, piękniejsza może niż była, uśmiechnięta smutnie, a mikstura doktora, nie tknięta jeszcze, pomóc nie mogła.
— Co to jest młoda natura! siły młode! — odezwał się szambelan — choroba się przed niemi cofa zwyciężona i napastować nie śmie.
Czeżewska w duchu przypisywała to nie naturze, ale tej majorowej, którą teraz nienawidziła, bo po wyjściu jej wszedłszy do Sylwji, znalazła ją już siedzącą, uśmiechniętą, postrzegłszy tylko, że papierek jakiś szybko schowała pod poduszkę.
Miała myśl wojska, później poprawiając troskliwie posłanie, wyjąć z pod poduszek ten bilecik tajemniczy, ale ją nadzieja zawiodła, bo sięgnąwszy ręką bardzo zręcznie, już go tam nie znalazła.
Sylwja widocznie lepiej się miała, lekarz, który przybył wieczorem, znalazł zmianę bardzo szczęśliwą, puls uspokojony, nerwy mniej podrażnione, stan nad wszelkie spodziewanie pomyślniejszy, wróżący rychłe uzdrowienie.
Szambelan uradowany sowicie mu za to zapłacił.
Później niż domowy ordynarjusz przysłany z Pod blachy doktór Witaczek przybył się dowiedzieć o stan panny szambelanówny, co nadzwyczaj Burzymowskiego rozrzewniło, dowodząc jak się żywo jego dziecięciem interesowano.
Wprawiło go to i coraz widoczniejsze polepszenie zdrowia córki ku wieczorowi w humor weselszy, tak że nie mając go na czem i na kim spędzić, żartował z Micia nielitościwie, z jego pojedynku i rany, puszczając się w dziwaczne domysły o owej mitycznej dziewczynie, która być powodem walki musiała.
W mieście się długo nigdy nie utrzyma tajemnica. Kłótnia acz bardzo krótka w pokoju gry nie uszła oka i ucha ciekawych. Tłumaczono ją sobie bardzo rozmaicie. Młodzież, która była jej świadkiem, milczała, gdy bardzo wielu słuchaczów, ale każdy z nich pojedyńczo, na ucho sobie wszyscy opowiadali, ze szczegółami, jak to było.
W rozmaitych wersjach, z rozlicznemi warjantami krążyło opowiadanie aż do wieczora dnia następnego. Pojedynek usta rozwiązywać zaczął.
Niektóre z pań bywających Pod blachą, nie ważąc się powtarzać, jak to było, cedziły półgębkiem, że miało pójść o szambelanównę, o której jeden z młodzieży z lekceważeniem się wyraził, za co krewny jej Grabski się ujął.
Ciekawość była podniecona, wyprawiono na zwiady, piękne panie rozesłały swych faworytów dla zasięgnięcia języka, i wieczorem wiedziano już, jeżeli nie wszystko, to główne motywy całego dramatu.
Rzadko pomiędzy pięknemi paniami, które się zawsze czują rywalkami, tyle jest miłości i przyjaźni, by z nieszczęścia współzawodniczek nie cieszono się choć troszeczkę.
Sądy na ucho komunikowane były bardzo rozmaite. Nie wszystkie pewnie życzliwe dla pięknej Sylwji, której chorobę przypisywano naturalnie świadomości tego, co zaszło.
W opinji ogólnej Grabski, dotąd mało znany, zyskał najwięcej.
Z opowiadania samych sekundantów Trawki wnosić było można, iż nie znalazł się ani rycersko, ni zbyt nawet mężnie.
Potwarz rzucić na kobietę, a choćby plotkę o niej powtórzyć, już w oczach niewiast czyni człowieka pogardy godnym, a gdy się do tego przyłączy brak odwagi, zgubionym jest na sławie.
Dwaj sekundanci, śmiejąc się, opowiadali zabawnie, jak Trawka krzyknął, że jest zabity, nie będąc nawet rannym, i jak Grabski nie jęknął nawet, choć kula mu nawylot nogę przeszyła.
Piękne panie, które zdała tylko widywały mężnego obrońcę honoru niewieściego, czuły dlań sympatję wielką.
Kilka osób zupełnie nieznanych posłało się dowiadywać o jego zdrowie. Trawka, który chciał wyjść na bohatera, spotykał wszędzie uśmiechy szyderskie i drwiny.
Tegoż wieczora Pod blachą u pani Vauban, en petit comité, opowiadano sobie historję całą, chociaż z pewnemi przemilczeniami (réticences).
Gdy książę wszedł do salonu w towarzystwie kilku mundurowych przyjaciół, Kameneckiego, Rautenstraucha, Pokutyńskiego, oczy pięknych pań siedzących u stolika z ciekawością się zwróciły ku niemu, jakby chciały wybadać wrażenie, które wypadek znany mu (jak się wszystkim zdawało) mógł na nim uczynić.
Książę dnia tego był trochę blady, może niespokojny, ale swą zwykłą obojętność i chłód umiał zachować dla oczów ludzkich. Czuć było tylko na nim rozdrażnienie nerwowe, które tego dnia czyniło go tak drażliwym na najmniejszy stuk i głośniejszy wykrzyknik, jak zwykle pani Vauban bywała. Uśmiechał się jednak, mówił o rzeczach obojętnych, prawił chłodne komplementa pięknym paniom i nie zmienił w niczem wieczornego swego obyczaju.
Późno już, gdy nadszedł doktór Witaczek, który był posyłany do Burzymowskich, książę, zobaczywszy go, nieznacznie kołując, zbliżył się ku niemu.
— Byłeś u szambelana, doktorze?
— Właśnie stamtąd powracam — odpowiedział Witaczek.
— Jakże się ma chora?
— Lepiej, niema nic niebezpiecznego, proste rozdrażnienie nerwowe, ale u kobiet ono i ostrzejsze czasem formy przybiera, a może się nawet stać groźnem. Jest lepiej, mości książę.
109 Nie chcąc, aby mowa z doktorem zwróciła uwagę, książę się natychmiast od niego oddalił, przechodząc do Pokutyńskiego, który uczył się roli Nathana do projektowanej sceny z Athalji, mając w niej na jakimś wieczorze występować.
— Szanowny Nathanie, — odezwał się do niego — nie masz ochoty się przejść ze mną? Słówko tylko.
— Służę w. ks. mości — rzekł Pokutyński.
— Dawno widziałeś się z kolegą swoim p. Burzymowskim? — zagadnął po chwili.
— Spotykamy się z nim ciągle; lecz, jeśli mam prawdę powiedzieć, poczciwy Je na dłuższy czas trochę jest nudny. Używam go pomiernie.
— Dzisiaj się z nim nie widziałeś? — dodał książę.
— Nie — odparł szambelan.
— Radbym wiedział, — rzekł książę z pewnem wahaniem — co tam się z nim dzieje. Rozmaitego rodzaju niedorzeczeństwa plotą po mieście.
Godzina jest za późna do wizyty, — dodał, spoglądając na zegarek — ale gdybyś był łaskaw zobaczyć się z nim i wyrozumieć, czy do starego nie doszło co — głupiego... byłbym ci wdzięczen.
— Jutro? — zapytał Pokutyński.
Godzina była dosyć późna, książę głową potrząsnął.
— A zatem, jutro, mój Pokutynsiu — dodał, oddalając się.
W chwili, gdy się to działo, Vauban zdała dawała mu znak, że z nim chce mówić. Książę z pośpiechem grzecznym podszedł ku niej. Francuzka miała na ustach uśmiech szyderski.
— W gabinecie u mnie siedzi Jutka, której się zdaje, że możebyś ją chciał spytać o co.
Na wspomnienie majorowej książę się zmarszczył.
— Ma pasję mieszać się do wszystkiego — rzekł kwaśno. — Merci. — Zawrócił się i pośpieszył do gabinetu.
Habąkowska w salonie wieczorem, en petit comité, rzadko się pokazywała. Nie będąc wyłączoną z towarzystwa, równie jak panny Julja Fabre, Sztauman i Nagle, majorowa czuła, że nie przez wszystkich była tu widzianą mile. Z taktem sobie właściwym występowała tylko, gdy szło o utrzymanie się przy prawie, o pokazanie się.
Tego wieczora pod pozorem, że jej było bardzo pilno, czekała na księcia w gabinecie pani Vauban, w którym było gorąco, jak w łaźni, wachlując się przed zwierciadłem i poprawiając fryzurkę.
Książę wszedł z wyrazem twarzy posępnym; spojrzał na nią. Uśmiechała się, zalecając, i widocznie rada z siebie.
Cher prince — poczęła słodziuchno i poufale przysuwając się do księcia.
— Zdawało mi się, że sobie zasłużę na łaskę księcia, gdy mu pewną wiadomość przyniosę.
Książę stał nierozchmurzony i rzekł zimno.
— Cóż to takiego?
— Pewnie się książę domyślasz?
— Nic a nic — rzekł zapytany.
Urażona trochę majorowa, zagryzła usta.
— Od niejakiego czasu — odezwała się — nie mam zaufania u w. ks. mości.
— Przepraszam, — przerwał gospodarz — są sprawy, w których bardzo chętnie powierzam się łaskawej opiece pani, ale są inne, których wolałbym, żebyś nie tykała...
Habąkowska zarumieniła się urażona.
— Bardzo żałuję — rzekła — ale co się stało, jest rzeczą nieodwołaną. Byłam pewna, że się książę zafrasujesz o szambelanównę.
— O! gdybyś się nią opiekować przestała! — wybuchnął książę.
Pomimo bielidła i różu majorowa zarumieniła się mocno.
— Nie rozumiem! — przebąknęła.
— A powinnabyś, szanowna piękna Jutko, — żywo dodał książę z mieszaniną złego humoru i żartobliwości — powinnabyś to zrozumieć łatwo. Sylwja nie jest dla mnie pospolitą istotą, jakich tysiące w życiu pomija się, choć na chwilę zwróciły oczy i serce do nich zabiło. Jest to niewinne dziewczę, które ja kocham, ale które szanuję i o które się lękam...
— A więc mnie do tego bóstwa się zbliżyć nie wolno, abym go moim zatrutym oddechem nie pokalała! zawołała szydersko majorowa.
Książę nic nie odpowiadając, głowę podniósł, ręce rozstawił, milczenie było wymowne.
— Nie mogę przecież uciekać i zamykać się przed nią, gdy ona lgnie do mnie i chce mnie mieć za pośredniczkę między ideałem swym... a sobą.
Książę się wstrząsnął.
— Majorowa powinnaś — powinnaś jej to mówić, co — co ja możebym jej powiedział, gdybym mógł.
Habąkowska przerwała.
— Czemu książę nie powiesz lepiej: „to co ja jej sto razy mówiłem“?
Książę zamilkł i przeszedł się po gabinecie.
— Niechże w. ks. mość raczy dokończyć! — odezwała się majorowa.
Pepi się odwrócił ku niej.
— Kocham ją, — rzekł, zapominając się — gdybym mógł, wiesz, ożeniłbym się.
Majorowa parsknęła głośnym śmiechem, książę się zmarszczył.
— Dajmy już temu pokój! nie zrozumiemy się — dodał. — Lecz cóż mi chciałaś powiedzieć?
— Dowiedziałam się o przyczynie jej choroby — mówiła żywo majorowa, jakby urazy zapomniała. — O pojedynku ona nic nie wie. Podsłuchała na kasynie rozmowę dwóch ichmościów, którzy sobie Handzię koniuszynę pokazywali, nie wiedzieć co pletli i mówiąc o niej, coś o szambelanównie wspomnieli.
— To nikczemnie! — krzyknął książę — to podle! Kto byli ci panowie?
— Ona ich nie widziała i nie zna...
A! c’est jouer du malheur! — zawołał książę chmurno — na jeden wieczór dwa takie wypadki. Ta biedna Sylwja!
— Już przychodzi do siebie, bo, — dodała poufnie i cicho Habąkowska — przejęłam na drodze pewien liścik i samam go jej oddała... ten poskutkował lepiej, niż lekarstwo.
Książę drgnął z niecierpliwości.
— Prosiłbym — rzekł sucho — abyś tego pośrednictwa zaniechała.
— Będę na przyszłość posłuszną, — udając wesołą, ciągnęła dalej majorowa — nawet, gdybym na drodze znalazła! Tymczasem co się stało, zmienić nie mogę. A! la pauvre enfant! Ona tak kocha, całą duszą, sercem całem, że byle o miłości swojego bohatera nie wątpiła, byle jej i serca była pewną, gotową jest znieść wszystko.
Zamyślił się książę, piękna Jutka przypatrywała mu się.
— Ponieważ, jak widzę, — odezwał się — jesteś już wtajemniczoną, proszęż cię, użyj wpływu, jaki mieć możesz na to, abyś — uspokoiła ją. Mojego serca — rzekł z powagą, jaką rzadko przybierał — mojego serca może być pewną... ale ja — nie należę do siebie. Myśleć o jakimkolwiek trwałym związku nie mogę, mam przed sobą inny cel... a Sylwję, powiadam ci, szanuję i nie chcę, aby swoje dziecięce marzenia opłaciła łzami...
Habąkowska ramionami ruszyła.
— Pierwszy raz widzę księcia tak — bardzo sumiennym.
— Bo po raz pierwszy trafiłem na serce czyste, na miłość prawdziwą i może — kocham raz pierwszy.
Dusząc się od śmiechu, majorowa odstąpiła kroków parę i dygnęła. Książę ruszył ramionami i począł chodzić niespokojny.
— Bardzo mi żal księcia — poczęła, popatrzywszy nań, majorowa. — To doprawdy smutny i nudny romans, na któryby trzeba poszukać lekarstwa... Wybierz sobie książę coś innego, z innej sfery, gdzieby było mniej szacunku a więcej namiętności...
— Wybierz! — powtórzył książę. — Dobra jesteś! alboż to się wybiera?
— A! to prawda! — żywo podchwyciła Habąkowska — ale bo książę byłeś nieostrożny — niech mi to będzie powiedzieć wolno. Régle générale, bardzo wielkie panie z miłości i miłostek robią sobie zabawkę, z temi on a beau jeu, nie prowadzi to za sobą żadnych konsekwencyj, pocieszają się łatwo.
Ładne dziewczątka ubogie klas niższych — wyposaża się. Rzecz skończona... Tylko z temi szlachciankami, jak szambelanówna, zaraz to grozi, cela devient sérieux! Taka Sylwja kocha się szczerze, na życie i na śmierć, i robi się z tego smutna tragedja!
— To prawda, — odparł książę — ale tamto są zabawki — a to — to jest miłość!
— Miłość!! — szydersko a patetycznie powtórzyła majorowa. — Mi — łość!!!
Nie uważając na to szyderstwo, książę zwrócił się z zapytaniem:
— Widziałaś ojca?
— A! jakże! Ten poczciwy, dobry szambelan, — poczęła Habąkowska — mówiąc po polsku, jest jak tabaka w rogu. O niego nie masz się co książę troszczyć.
Pepi ramionami ruszył, Habąkowska chciała mu się z czemś narzucić koniecznie.
— Wie książę co, — szepnęła — niema tu innego wyjścia, potrzeba, abyś ją wydał zamąż.
— Bardzobym rad, — odrzekł książę żywo — tylko nie w tym celu, jak myślisz...En tout bien, tout honneur, radbym znaleźć uczciwego człowieka.
Ale ona!... ona za nikogo wyjść nie zechce!
Majorowa uśmiechała się złośliwie. Zamilkli. Książę gryzł papier w ustach i rzucał niecierpliwie poszarpane jego kawałki. Myślami zdawał się błądzić gdzie indziej. Majorowa czekała.
— A więc o pojedynku nic nie wie? — zapytał Pepi.
— O nim wie, ale przyczyny jego się nie domyśla ani ojciec, ani ona. Szambelan wymyślił sobie i najmocniej jest o tem przekonany, że Grabski się bił za jakąś dziewczynę.
— To doskonale! — zawołał książę.
— Stary jest nieoszacowany! Grabski, znam go, est un trop galant homme, żeby się jej miał przyznać do prawdy... Byle która z łaskawych przyjaciółek się nie wypaplała.
Jutka złożyła ręce na piersiach.
— M. książę! — odparła — ja tylko za siebie ręczę!
Pepi zwrócił się ku drzwiom i wziął za klamkę.
— Tysiąc podziękowań — rzekł — i dobranoc.
Majorowa podbiegła ku niemu.
— O mężu, o mężu niech książę myśli, to najpilniejsze... Ja...
Chciała coś mówić jeszcze, ale nim dokończyła, księcia już nie było. Oddalił się szybko.
— Tacy oni są wszyscy! — westchnęła. — Rozpoczną romans, nie myśląc o następstwach, a potem, gdy biedne stworzenie oszaleje z miłości dla nich, cofają się, mówiąc o sumieniu!
I pięść złożoną wyciągnąwszy ku drzwiom, któremi książę wyszedł, dodała pocichu:
Minotaury!...

KONIEC TOMU DRUGIEGO


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.