Pierwsza kula

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Pierwsza kula
Pochodzenie Czarny chleb
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Data wydania 1927
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów, Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


PIERWSZA KULA

Dzień był szary, brudny, mętny, jak może być tylko piąty listopada na chłodnej Litwie. Niebo siwo-bure, gęste, bez śladu słońca, rzucało z siebie w jesiennym darze drobny, przenikający deszczyk, wśród którego gdzieniegdzie mieszała się gwiazdeczka śniegu.
Od dani tej ulice powiatowej mieściny poleskiej zmieniały się w otchłanie błota i swędu, a ludzie wyglądali zbiedzeni, posępni, jakby z nieba nie szedł deszcz i chłód, lecz mizantropja.
Pod soborem, co wśród płaszczyzny błot, bagien i rzek świecił, na kilka mil widzialny zielonemi kopułami, stał i głośno zawodził tłum kobiet wieśniaczek, mieszczanek i dzieci drobnych.
Z soboru, otwartego wyjątkowo w dzień powszedni i w porze popołudniowej, dobywał się gwar i śpiewy; przedsionek zapełniała policja miejska i wiejska, a za nią w głębi świątyni widać było tłum szary, zbity, milczący, zgnębiony zda się wielką uroczystością.
Nareszcie głuchy szmer ucichł, kobiety rzuciły się naprzeciw drzwi, zabiegając drogę wychodzącym.
Wysypali się na plac przed sobór. Była to sama młodzież rosła, zdrowa, bezwąsa jeszcze i szumiała tysiącem głosów.
— Rekruty z przysięgi — zaszwargotali żydzi, zamykając śpiesznie kramiki przed swawolą i gwałtem tej gromady podpiłej, żądnej hulanki i choć chwilowego szału przed pułkową subordynacją.
Policja ukończyła swe czynności i zostawiła im swobodę działania. Ponumerowani już byli, spisani, rozmieszczeni, złożyli przysięgę. Za kilka dni przywdzieją mundury i pójdą na miejsce przeznaczenia. Teraz niech się bawią.
Czuli oni tę swobodę, bo co chwila od tłumu oddzielały się gromadki i szły, roztrącając przechodniów, zuchwałe, wyzywające, ze śpiewką na ustach, szukając awantury, napitku, choćby garści tytoniu. Gdzieniegdzie odzywały się już tony ręcznych harmonijek i co chwila wśród błota więcej rozochoceni zaczynali szalonego kozaka. Kobiety ciągnęły za nimi, trochę z żalu i przywiązania, trochę w nadziei poczęstunku.
Jednym z ostatnich ruszył Marek Niczyporczyk, ale zamiast ku miastu, zawrócił do przystani rzecznej, co u stóp monasteru rozścielała się brudną płachtą błota, przesiąkłego wyziewami ryb, zgniłego siana i rogoży. Za rekrutem nikt nie szedł; odłączył się od reszty i wlókł się ociężale, jak człowiek, który do nikogo i niczego nie śpieszył.
Na tle jesiennem wyglądał, jak plama. Świtę miał szarawo-burą, burą czapkę z podartem dnem i kawałkiem baranka, bure włosy i bure też oczy, bardzo wpadłe pod łukiem ciemnych brwi. Znać było na nim wymizerowanie ciężkie, zapewne rozmyślne, w celu otrzymania ulgi i uwolnienia, choćby zwłoki jednorocznej. Nic nie pomogło. Wzrost miał herkulesowy, arszynowe piersi i plecy, ramiona Centaura; wykarmiła go, wypieściła sobie na chlubę natura wioskowa, pełna karmiących podmuchów i balsamicznych nektarów.
Od chwili, gdy w izbie poborczej posłyszał wyrok: «godny», «przyjęty», chłop zesmutniał, zmalał, zesechł i sczerniał i choć nikt wyroku tego nie przyjął żalem i łzami, jego chwytał za piersi strach i nuda. Na twarzy jego, tak ciemnej, jak ta ziemia, nad którą spędził młodość, nie było żadnego gwałtownego wyrazu, tylko martwota przykra i powaga łagodna. Nie zaczepił nikogo, ani pić szedł, a pozór miał tak uczciwy, że gdy przystanął przed sklepikiem u przewozu, żydówka bez trwogi spytała, czego mu potrzeba.
Wziął tytoniu paczkę i, odwinąwszy połę sukmany i kożuch pod nią, dobył szmatkę płócienną, w której rogu zawiązanych było kilka miedziaków. Zapłacił bez targu i łajania należność i wahająco spojrzał po wnętrzu kramiku. Żydówka, coraz pewniejsza uczciwych zamiarów kundmana, rzuciła mu przed oczy wstążek garść.
— Kupcie, nowobraniec, dla swojej dziewczyny! Po cztery grosze łokieć, taki pański gatunek!
Chłop głową przecząco pokręcił. Wydostał z zanadrza fajkę, napełnił, zapalił i zabierał się do odejścia. Z pod oka spojrzał na wstążki, pomyślał, najczerwieńszą wziął w palce i, niepewny, to ją oglądał, to szmatkę z miedziakami. Nareszcie czworaka położył na desce, obejrzał się, czy go kto nie śledzi, i szybko schował swe kupno za świtę i koszulę na piersi.
Deszcz ściekał mu z długich włosów, szklił się na szorstkiej odzieży, błoto skorupą oblepiło lipowe postoły. Wieczór się zbliżał, w mieście poczynał wzbierać i huczeć gwar rozbawionej młodzieży. Nasz chłop popatrzył w stronę szynku, ale pożałował reszty miedziaków i brnąc w szlamie i wilgoci, zeszedł do czółen, długim rzędem stojących u brzegu. Większość była pusta, w jednem siedział stary kołtunowaty właściciel, zajadając czarny chleb i głowę solonego śledzia. Marek przystanął.
— Czy wy zaraz do domu? — zagadnął.
— Zaraz.
— Zabierzecie mnie?
— Siadaj!
Rekrut wszedł po kolana w wodę, stamtąd w czółno, usiadł w końcu i wziął do rąk wiosło; stary otarł dłonie o kożuch, przeżegnał się i począł spychać łódkę na wodę. Przedtem jeszcze napił się z rzeki brudnej wody i hałaśliwie utarł nos. Ruszyli.
Czółenko wbiegło na wodę i skakało, jak żywe; parła je fala, smagana wichrem jesiennym; sunęło, jak kaczka, wzdłuż brzegu. Naprzeciw sterczały szczątki dawnej grobli, porosłej wierzbami, wśród drzew czerniało mnóstwo wielkich krzyżów. Mijając je, Marek odkrył głowę i trzy razy się przeżegnał. Potem zaczął znowu wiosłować, grobla została wtyle, minęli przystań, wkoło nich rozesłała się dziczyzna tataraków i szuwarów i ponury wieczór listopadowy. Miasto zacierało się we mgle, jak fantasmagorja. Zapanowała cisza.
— Marek, daj tytoniu! — zagaił stary gawędę.
Młody podał kupioną paczkę i milczał.
Po chwili dwa czerwone punkciki zaświeciły na łódce.
— A co? Przyjęli cię?
— Przyjęli.
— Aaa! A kto z tobą był?
— Pawluk.
— To on teraz, jak ciebie nie stanie, w «prystupy» do twojej macochy pójdzie.
— Aha.
— Na twoją gospodarkę?
— A jakże. Pójdzie.
— Aaa! A ty dopuścisz?
— A cóż! Ja pójdę na służbę. Żebym nie poszedł, inna rzecz, a tak, wszystko przepadło.
— Toż wrócisz za cztery lata.
— Jest taki, co wraca, ale nie ja. Nie z mojem szczęściem wracać. Pójdę... ta zginę!...
Fale pluskały i gwizdał wicher. Na skargę młodego, towarzysz nic nie odrzekł, tylko głową pokiwał.
— Toż gadali, że ulgę masz? — zaczął znowu.
— Gadali. Po znachorach ja jeździł i bab się radził; zaklinali się, że nie wezmą. Czort na nich! Dwa miesiące tylko śledzie jadłem i ziela pił paskudne; myślał co noc, że ze słabości zorzy nie zobaczę, i nic. Dola taka! Tak wychudłem, że wiatr z nóg walił, a kość o kość grzechotała — i nic. Jak stanąłem do miary, poczęli naczelnicy i doktory, jak żyd na koszer, jednym głosem krzyczeć: «Do gwardji! Do gwardji!» Myślałem, że mnie choć numer uratuje: cztery setki i trzydzieści cztery; ale jak zaczęli odrzucać jedynaków i z ulgami, tak i dopędzili do mnie. Ostatniego wzięli. Dola taka.
— Aha, dola różna bywa. Jednego karmi, drugiego morzy — westchnął chłop. — Mnie wczoraj byk padł i wnuczka febra trzęsie. Ryb coraz mniej, chleb przyjdzie od kolęd kupować. Ach, ach, ach! Dola! Co tobie narzekać, parobku? Włókę pola masz i chatę, i towaru (bydła) głów ze dwadzieścia! Co tobie za bieda!
— Bieda, dziadku, bieda! Gorsza od tatarskiej moja dola — zamruczał parobczak. — Ni ojca, ni matki, ni żonki. Ot, jak ta łozina, sama sterczy i wiatr ją chyboce na wsze strony, a ludzie to tylko patrzą, jak ją na łyka drzeć. Zdeptali mnie w chacie, jak postoi, a teraz całkiem wyrzucą.
— Durny bo ty, durny, Marku, żeś się tak zahukać dał. Jabym dał macosze i jej dzieciom, oj, dał! Mlełby ja ich mlonem!
— Nieszczęśliwy zawsze u ludzi durny. Mleł ja mlonem, ale chleb, a nie dzieci i babę. Serca takiego nie mam.
— Za to i zginiesz.
— Tak i będzie. Na co ja komu?
Noc zapadła i deszcz się powiększył. Wiatr nim ciskał w oczy płynących. Posuwali się teraz przeciw prądowi, więc wzięli się tężej do wioseł. Trzeba było znać wyśmienicie okolicę, by nie zbłądzić w labiryncie kanałów, strug i zalewów. Umilkli więc, pilne dając baczenie na brzegi. Za drogowskazy służyły ich kocim oczom majaczące we mgle stogi, fantastyczne wiatraki, rzadko kontur małej nadbrzeżnej wioseczki. Posuwali się zwolna, już nie sami teraz, bo ich doganiały inne łodzie, wracające z targu i poboru. Odzywały się nawoływania, powitania, okrzyki; potem przez mgłę przedarła się żartobliwa piosenka, — zapewne uwolnionego parobczaka:

Danyło, Danyło, weźże mą córeczkę;
Dam ci wiano: byczka, wieprzka, jałóweczkę.
Niech cię licho porwie razem z twą córeczką
I z byczkiem i wieprzkiem i z tą jałóweczką!

— Mikita wdowi krzyczy — ozwał się stary — zaraz wesele będzie wyprawiał.
Marek nic nie odrzekł, przyglądał się łódce malutkiej, tak zwanej duszohubce, co jak widmo prześlizgnęła się koło nich. Jeden człowiek w niej stał i wiosłował.
— Zdaje się, pański strażnik z naszego dworu? — spytał zcicha.
— A on sam, czarownik, żeby jego choroba! — zaburczał stary niechętnie. — Miotły i biczyska nie da wziąć, a silny w pięści! Aby się dotknął, kości trzeszczą. Czort jemu pomaga.
— Chleba pilnuje swego. Kto do lasu nie chodzi, tego nie zaczepi. Sprawiedliwy człowiek.
— Ty chodzisz do niego? Pilnuj się, żeby złego się nie nabrać. On zna nieczystą siłę. Tfu!
Chłop splunął i przeżegnał się, a parobczak nad czemś posępnie się zamyślił.
Znowu dogoniła ich łódka, a z niej przeciągły głos zaśpiewał chrapliwie

Oj, ty, dziewczyno, czarowiczeńko,
Przyczarowałaś moja serdeńko,
Przyczarowałaś serce i duszę,
Teraz ja ciebie miłować muszę.

— Upił się Wasyl szewc, oj, oj, oj! — westchnął stary. — Pewnie i moje czoboty w Pińsku zostawił.

Wasyl, choć pijany, posłyszał zdanie, wyjrzał z łódki.
— Aha, ty stara jabiedo! Twoje buty niewarte i kieliszka. Ty sam pijany, ja trzeźwy, oho!
Nieswarliwy Marek, widząc, że się zanosi na kłótnię, kilku silnemi uderzeniami wiosła wyprzedził szewca. Za nimi pogonił chrapliwy głos:

Czoboty, czoboty, wy moje,
Narobiłyście kłopotu wy mnie.

Znowu zostali sami w szarym tumanie mgły, deszczu i wyziewów wodnych.
— Ot i połowa — zauważył stary, spoglądając w prawo na ciemny kontur domostwa. — Zaraz przybijemy. Pogańska pora!
Parę razy uderzył rękoma o boki i znowu sterował. Marek wsunął oddawna zagasłą fajkę do kieszeni i westchnął. Pomyślał, że za trzy dni odbędzie znowu tę wodną drogę może ostatni raz. Powoli, zrazu mrucząc, potem coraz wyraźniej, zaśpiewał żałosną nutę chłopskiej, swojskiej piosenki:

Dolaż moja. dola! Czemuż ty nie taka,
Jak ta dola cudza? Czemu ty nie taka?

Głos przedzierał się z trudnością przez kłęby wilgoci i ginął bez echa urywanym jękiem.

Cudza dola gdzie idzie, tam wszystko skacze!
Moja dola gdzie idzie, tam wszystko płacze!

Przed nimi, jak widziadło, wystąpiła nagle ciemna gromada chat i stodół, przypartych do brzegu rzeki. Ujrzeli swą osadę tuż dopiero wtedy, gdy otarli się prawie o pierwszą ścianę. Cicho było i głucho, jak zwykle bywa we wsi poleskiej nocą i jesienią; w oknach błyszczały nieruchome czerwone punkciki, żółtą ławicą piasku zbiegał ku wodzie wodopój trzody i przystań zarazem. Wkoło ani żywego ducha nigdzie.
— Dzięki Bogu — odsapnął stary, wpychając łódkę na piasek i biorąc wiosło na ramię.
I Marek zrobił to samo. Ruszyli razem w ulicę. Na wstępie stała karczma, chłop cmoknął.
— Wartoby wstąpić i wypić kieliszek — zauważył. — Jutro szuchta (febra) opadnie. Nu sołdat, postaw, sokołyku, czarkę staremu za fatygę, na rozstanie!
Marek głową skinął. Weszli. Żyd drzemał w kącie, rachując przez sen i kiwając się z nawyknienia. Rozbudził się na brzęk monety i podał skwapliwie blaszaną miarkę wódki. Zaczął się wypytywać o nowiny i ceny targowe, ale Marek nie był pochopny do gawędy. Zapłacił, zapalił fajkę i wyszedł, zostawiając starego w ożywionej dyskusji.
Zbliżywszy się do jednej z ostatnich chat, wszedł na podwórze, otworzył drewniany skobel u drzwi i przez czarne sionki trafił do izby nareszcie. W izbie przy łuczywie kobieta przędła, spało pstrokate prosię i plótł postoły chłopak wyrostek: w głębi widać było kilkoro jeszcze dzieci na ziemi, nad miską pieczonych kartofli. Na skrzyp drzwi podnieśli wszyscy oczy. Niepokój zaświecił na twarzach, podnieśli się na nogi.
— Puścili cię? — zawołała tonem zawodu kobieta.
On chwilę nie odpowiadał i rozbierał się powoli z przemokłej odzieży.
— Puścili! Jeszczeby! — odparł wreszcie. — Wasze znachory lepsze od moich. Czegoście się tak przelękli? Pójdę, pójdę!
Stał już w bieliźnie szarej i grubej i zawijał pas swój wełniany, czerwony, na koszuli, z pod której rysowały się muskuły atlety i przeglądała pierś ciemna, ozdobiona mosiężnym krzyżykiem.
— To dlaczegóż wróciłeś? — spytała kobieta niechętnie.
Chłop milczał.
— A gdzie Pawluk? — dodała po chwili.
— Pawluk? Został się — odburknął.
— Dlaczego się został?
— Pierścienie białe kupuje dla was.
Kobieta gniewnie rzuciła ramionami i przędła dalej. Chłop zajrzał do stępy i jakby nigdy nic nie zaszło, wziął tłok drewniany i zaczął nim uderzać w takt, to podnosząc, to opuszczając ruchem automatycznym żylaste swe ramiona. Robotę przerwano mu wezwaniem do poboru, wrócił do niej machinalnie z nawyknienia lat długich.
W chacie zapanowała posępna cisza, wszyscy z pod brwi rzucali mu wilcze spojrzenia, ale mówić nie śmieli, a on, jakby ich nie widział, patrzył przed siebie w próżnię i rozmyślał. Całe życie tak robił: pracował i rozmyślał; nad czem, niewiadomo. Ludzie mówili, że na starość znachorem będzie, bo i ojciec jego «coś znał», co go nie obroniło przecie od nagłej śmierci na flisach pod Pińskiem, gdzie Marek postawił na pamiątkę wysoki krzyż za własne trzy ruble.
Łuczywo smolne tlało nieregularnie; upłynęła może godzina, gdy nagle parobek roboty zaprzestał, otarł czoło z potu i wyszedł do komory, świecąc sobie drzazgą. Świąteczna odzież wisiała na ścianach; odział się w najnowszą świtę, włożył buty, świeży pas, drzazgę nogą zadeptał i nie zachodząc do chaty, wyszedł na ulicę. Wokoło ciemność panowała nieprzebita, ale chłop znał wybornie drogę do starej, darniną okrytej kuzienki, co stała na końcu wsi, trochę opodal chat, za wrotami, na torfiastej łące. Szedł tam szukać rozwiązania swych rozmyślań.
Kowalicha cyganka przyjęła go sama. Kowal o zmroku wyszedł, niewiadomo gdzie, zapewne kraść konie i przemycać wódkę, co mu się lepiej opłacało, niż rzemiosło we wsi zarzecznej, gdzie ludziska żelazo uważają za zbytek i głupi wymysł niemiecki. To też na miejscu kowalskiego ogniska, wiedźma, krzywa jak stara wierzba, skwarzyła wieczorny posiłek, a na wierzchu miecha drzemał rudy kot, jedyny dobytek małżonków.
— Aha, a co? Wzięli cię? — zagrzechotała baba głosem tykwy suchej, napełnionej grochem.
— Wzięli. Skąd wiecie?
— Oj, oj, sokołyku, ja wszystko wiem.
Przestała obracać garnek, pięścią podparła brodę i wlepiła w parobczaka kolące oczka żmii.
— Wszystko wiem — powtórzyła. — Wzięli ciebie, taj pójdziesz daleko, aż strach, jak daleko!
— Pójdę, jakbyś słyszała, do Ochocka. Tyś była w Ochocku? Musi to wiele mil od nas.
— I mil tych się nie doliczysz! Hoże! Co mil, co mil! Zajdziesz tam, sokołyku, ale nie powrócisz. Dalibóg nie powrócisz.
— A czemu nie wrócić? Chłopcy nasze wracają.
— Aha! Inne wracają, ale ty nie. Oj, nie! Mógłbyś ty wrócić, ale musi nie wrócisz.
— A jak mógłby? — badał chłop.
Gorączkowy niepokój ożywił jego martwe dotąd rysy, wydzierał, zda się, wyrazy z ust wróżbiarki.
— Taki, co wraca, synku, inaczej odchodzi, niż ty. Łzami go pokropią od złych oczu, rękoma obejmą od choroby, zawodzić będą i wzdychać, aż Boga wzruszą, obudzą. — Pan Bóg zajrzy wdół i każe takiemu, co sołdatów strzeże: pilnuj, sługo, tego żołnierzyka, bo on musi na świecie potrzebny i dobry, że za nim tak mi dokuczają i proszą. A sługa boży pójdzie za sołdacikiem krok w krok, z miejsca na miejsce i pod namiotem z nim spać będzie i na wojnie go nie odstąpi. I taki wróci, sokołyku, choćby mu służyć kazali i czterdzieści lat, choćby i dziesięć wojen odbył w szeregu, sługa boży odprowadzi go z powrotem aż do samej chaty. Dalibóg!
Chłop zamilkł, opuściwszy głowę. Długie włosy opadły mu na twarz.
— A ja co? — spytał nareszcie.
— Na ciebie czeka pierwsza kula.
— Pierwsza... kula?... — powtórzył przeciągle. — Czemu?...
— Tak sądzono. Przypomnisz sobie moje słowo, sokołyku. Pierwsza kula leci i szuka pustej piersi, pustej duszy, pustego człowieka. Leci i szuka, leci i szuka. A jeden jej mówi: nie bierz brata, a drugi: zostaw męża, a trzeci: mam siostrę sierotę, a czwarty: oszczędź, kulo, mojej dziewczyny. A sługa boży za każdym stoi i nie daje. Taj kula idzie, idzie i gra do śmierci, aż wynajdzie takiego, co milczy i tego bije, bo on niczyj, tylko jej. Aha, jej rodzony! A ty czyj?
— Niczyj — potwierdził Marek spokojnie.
— Nu, to tak i będzie. Pamiętaj!
— Ja tak sobie i myślałem, bo to i sprawiedliwie. Ale to musi ciężko boli umierać od kuli.
— Boli, sokołyku, boli!
Chłop usiadł na pniu, co służył za ławkę, zwiesił ręce i głowę, rozmyślał.
— To już mnie od tej pierwszej kuli nic nie uratuje? Naprawdę nic? To ona jak wilk, czeka na mnie?
— Czeka, oj, oj, czeka.
— I między tysiącami chłopców mnie pozna i znajdzie?
— Znajdzie. Prosto, jak jaskółka, przyleci.
— I zabije?
— Zabije, że i «Boże» nie krzykniesz.
— Czemuż to mnie koniecznie, kowalicho?... Toż na świecie różni ludzie są. Zaco ja najgorszy?...
— Kto gada, że ty najgorszy? Broń Boże! Gładki i obrotny, «gdzie rzucisz, to kozak»...
— Nu, to zacóż mnie taki nędzny koniec ma czekać?
— Boś ty niczyj. Masz ojca?
— Niema, babo.
— Ni matki?
— Niema. I nie pamiętam.
— Ni brata, ni siostry?
— Byli, lecz pomarli.
— A dziewczyny?
Chłopak tylko ramionami ruszył przecząco.
— Nu, dlatego i zginiesz pierwszy.
W tej chwili kot zgłodniały żałośnie zajęczał. Marek podskoczył z miejsca i mimowoli przeżegnał się parę razy.
— Dziękuję wam, kowalicho, za proroctwo. Nieinaczej ja sam w sobie myślałem, alem pewności nie miał. Teraz prawdę całą wiem. Doloż moja! To pocóż mnie iść tak daleko, żeby marnie przepaść?
Czuj, Marko, a chciałbyś ty wrócić?
— To i co, jakbym chciał, dola inna?
— Ja tobie radę dam.
— Żeby żywym ostać?
— Aha!
— Nu, gadajcie!
— Kiedy to nie gadanie, ale taki sekret, co drogo kosztuje — odparła tajemniczo.
— Ile? — badał Marek, sięgając w zanadrze.
— Daj białego rubla.
Chłop cofnął rękę, zaprzeczył ruchem głowy.
— Nu, to bywaj zdrów!
— Dam papierek! Gadaj!
Papierek przeszedł w kościste szpony czarownicy.
— Nuże! — naglił rekrut.
Cyganka zniknęła na chwilę w czarnej jamie za kominem i wyniosła stamtąd garść jakiejś suszonej trawy, korzonków, wśród których bielały kosteczki drobnego ptaszka, czy nietoperza. Chłop ciekawie zajrzał w jej dłoń, zebrał czary skrzętnie w róg chustki i schował na piersi, a ona, pochylona, szeptała tajemniczo:
— Pilnuj, sokołyku, bo na to ceny niema! Raz na sto lat takie ziele wyrasta, a korzenie z pod góry sto lat trzeba kopać. Pilnuj, pilnuj, nieboże!
— To nosić trzeba od tej kuli? — spytał.
— Ej nie! To trzeba dać takiemu, coby ciebie więcej kochał, niż siebie. Rozumiesz? Ty dasz i powiesz, żeby ciebie okurzyli trzy razy, a wtedy z ciebie los się zdejmie, a na tamtego przejdzie. Jak chłopiec, to on za ciebie się powiesi, jak dziewczyna, to za ciebie się utopi, jak stara baba — to wilkiem będzie chodziła! Słyszysz? Wilkiem — i wyć będzie! A ty staniesz się czysty i szczęśliwy!
— Tfu! — splunął cldop, czerwieniejąc. — Czy ty się blekotu objadła, wiedźmo? Gdzież ja znajdę takiego? Tfu! Toż ja ci mówił, że nikogo ja nie mam, a ty mi głowę zawracasz. Idź do djabła z tem zielem i radą! Oddaj rubla! Nie chcę takiego ratunku. Panie Boże! Duszę cudzą wezmę, żeby swoją ratować? Idź do czarta! Nie chcę!
Rzucił chustkę z czarami na ziemię i chwycił babę za ramię.
— Oddawaj rubla! — powtórzył groźniej.
— Marko, sokołyku! Nie gniewaj się! Posłuchaj! Macosze daj wypić.
Chłop zastanowił się sekundę, ale i to go nie skusiło.
— Nie chcę! Niechaj ją Bóg karze, nie ja. Oddawaj rubla, babo!
— Och, och, och! Jaki ty sierdzisty! Oddam, oddam! Puście mnie! Za kominem zatknęłam.
Marek zdjął z jej ramienia ciężką prawicę. Jak kuna wślizgnęła się w jakąś szczelinę — i znikła. Parobczak czekał chwilę, zawołał raz i drugi, wreszcie ruszył za nią. Na wstępie potknął się i upadł na jakiś ruchomy przedmiot. Rozbił sobie nos i potłukł kolana. Wstał, klnąc. Omackiem obejrzał przyczynę swego upadku: była to spora baryłka, roztaczająca wokoło siebie woń alkoholu.
— Kradziona wódka — pomyślał. — Cyganka gotowa zawołać ludzi i wmówić, że to ja złodziej. Niech ją choroba ciśnie! W ścianie dziura. Uciekła i przepadła wiedźma niechrzczona. Tfu, rubla jej nikt nie odbierze. Oj, dureń ze mnie, dureń!
Zawrócił i już był we drzwiach, gdy się znowu rozmyślił. Schylił się, podjął czary z ziemi, chciał potłuc garnek z jedzeniem, ale się powstrzymał.
— Jeszcze mi co za to uczyni — zamruczał i wyszedł.
Na drodze stanął. Myśl jego strapiona chwilowo utratą rubla i oszukaństwem wiedźmy, wróciła do głównej troski. Proroctwo o pierwszej kuli głęboko wwierciło mu się w mózg.
— To czegóż iść tak daleko! Głodu zaznać i męki tyle, żeby śmierć znaleźć? Och, doloż moja! Niechaj ten idzie, kto wróci, a ja nie pójdę. Dalibóg nie pójdę. Tu się zostanę.
Zamiast do chaty, poszedł dalej, pod bór. Rozmotał pas i, trzymając go w ręku, przyśpieszał kroku, szamocąc się z wichrem, co mu odchylał poły sukmany, zabijał oddech, przejmował chłodem pierś odkrytą, rzucał w oczy tumany drobnego deszczu. Chłop nie dbał o nic, z gorączkową determinacją dążył do celu.
Pod borem stało domostwo strażnika pod opieką czarnych jodeł i olszyny. Świeciło się w chacie. Marek dostrzegł to, zatrzymał się, odetchnął głęboko. Pomimo chłodu, potem był zlany i tchu mu brakło. Wiatr odbijał się o gałęzie jodeł i wył bezsilny. Na głowę parobczaka otrząsały gałęzie strumienie wody, to mu przypomniało cel wędrówki. Podniósł oczy i począł przypatrywać się jedlinie. Nie odpowiadała jego zamiarom, bo, odpocząwszy nieco, ruszył dalej. Za domem w rogu ogrodzenia stał dąb stuletni, na pół już z liści odarty, resztki zżółkłe i sczerniałe osypywały się ze smutnym szelestem.
Marek stanął, podskoczył, ręką uchwycił najniższą gałąź, po chwili siedział już na niej i motał pas swój czerwony. Zdawało się, że przyrządza huśtawkę. Gdy już umocował, związał, odmierzał wysokość, odsapnął z zadowoleniem, ulokował się wygodnie na gałęzi i dobywszy kapciuch z tytoniem, jął sobie najspokojniej nabijać fajkę. Potem skrzesał ognia, zapalił i zaciągając się ulubionym dymem, na końcu pasa zasunął ściąganą pętlę. Spróbował, wsunął w nią głowę, jeszcze raz pociągnął tytoniu, potem z fajką w zębach, z szyją w pętli, zsunął się nadół.
Żal mu było nie życia, ale tej garstki machorki, bo, wpół wisząc, utrzymywał się jeszcze na jednem ramieniu o kilka stóp nad ziemią i palił zawzięcie. Palce jego, utrzymujące całe ciało, naprężały się, jak stalowe. Przed oczami miał podwórze domostwa, o krok od niego czerniał żóraw studni.
Drzwi chaty ktoś otworzył. Marek przestał palić, wytężył wzrok i słuch, ale nie widział, tylko usłyszał szczekanie psa i kroki ludzkie.
— Strażnik, czy ona? — zamruczał.
Ramię jego słabło i stygło w naprężeniu. Bał się ruszyć, by nie zdradzić swej obecności. W tej chwili nie chciał umierać: zaciekawiały go te kroki.
— Ona! — szepnął po chwili mozolnego badania ciemności.
«Ona» bielała coraz bliżej. Szła z wiadrem po wodę. Rekrut tamował oddech, znieruchomiał w swej okropnej pozycji, nie czuł mdlejącego ramienia. Żóraw zaskrzypiał przeciągle. Niesilne były ręce, co się z nim mocowały; słychać było ciężkie stękanie, pręt z wiadrem umykał nieposłuszny.
— Gadzina strażnik! Dziecinę pędzać po wodę! — pomyślał wisielec. — Piersi zerwie, ręce pokręci. Żebym ja taką miał, oj żeby!
Ramię odmawiało posłuszeństwa, ale zamiast opuścić się w próżnię, dźwignął się do góry i przykucnął na gałęzi. Zrobił się ruch i szelest, pies rzucił się w tę stronę, ujadając. To dodało sił kobiecie. Dobyła wody nareszcie, ruszyła z powrotem. Marek westchnął.
— Zazuloż ty moja, zazulo! Kto ciebie weźmie? Kto ciebie dostanie? Żebyż ci dał Jezus panowanie dobre! Już ja ciebie nie zobaczę...
Wtem nagle się opamiętał.
— Czy mnie tu szatan przyniósł? Toż ona jutro ze strachu zasłabnie, jak mnie na drzewie zobaczy. Boże! Jeszcze ludzie ogadają biedną... Tfu! Zohydzę im sadybę! Trza głębiej w bór iść! Tutaj nie godzi się...
Prędko zdjął pas z gałęzi i zsunął się na ziemię. Pies strażniczy czatował tylko na to, rzucił się zajadle do niego. Przyparty do płotu, oganiał się od niego, bojąc się odezwać.
— Kto tam? — zawołano z podwórza.
Milczał, chciał uciekać chyłkiem.
— Huź go, huź, Łyska! — ozwało się znowu od chaty, już bliżej.
Psu zbliżał się sukurs. Uzuchwalony tem i nieśmiałością parobczaka, rzucił się obces na niego, szarpnął świtę, chwycił za ramię.
— Żeby ciebie wilki zjadły! — wyrwało się z ust chłopu.
— Kto tam? To wy, Marku? Na tu, Łyska! Na tu! Czemu się nie odzywacie? Myślałam, że złodziej, a tatunia niema!
On wciąż milczał ogłupiały, a ona stanęła u płotu, zdyszana, z wielką pałką w dłoni. Strażnika dziecko nie bało się nocy i łotrów.
— Skąd wy tu się wzięli o tej porze? — pytała dalej wesoło, widocznie rada ze spotkania.
— Przechodziłem mimo, taj pies opadł.
— To dziwo! Łyska was nie poznał. Musi wy coś złego myśleli? — zagadnęła żywo, wlepiając w niego iskrzące się oczy.
Zatrząsł się pod tym wzrokiem i pytaniem. Stał przed nią w rozpiętej i podartej świcie, z pasem w ręku, musiał wyglądać niezwyczajnie, bo powtórzyła drugi raz:
— Co wam takiego?
— Nic — odparł zcicha. — Pies napadł, przeląkłem się...
— Wy psa? Toż wam wstyd!
— I ukąsił nawet.
— Ukąsił! Nie może być! Gdzie? Pokażcie no!
Rzuciła kij, pochyliła się naprzód. On odwinął rękaw i pokazał ramię, rozdarte zębami. Trochę krwi sączyło się z ranki, obojętnie otarł ją dłonią.
— Głupstwo — rzekł, ruszając ramionami.
— Ach, Boże, całkiem okaleczył! Chodźcie do chaty, to was opatrzę! — zawołała dziewczyna.
— Ej, czy warto? Żalu waszego szkoda. Bywajcie zdrowi. Noc głucha i taki chłód. Jeszcze was febra opadnie...
— Oho, mnie! Jeszcze ja nigdy nie chorowała. Chodźcie żywo!
Wzięła mu z ręki koniec pasa i pociągnęła za sobą. Przeskoczył plot i dał się prowadzić.
— A gdzie wasz ojciec? — spytał.
— Poszedł do dworu. Wczoraj podsłuchał, jak żyd z kowalem gadali o pańskich koniach. Nic nie mówiąc, poszedł wartować.
— Dobry wasz ojciec dla pana.
— Oho, tak jak trzeba. «Na sprawiedliwość patrz, a o ludzi złych nie dbaj» — powiada.
— A jak jego te złodzieje zabiją? Dalibóg straszno! Ja mu skoczę na pomoc — rzucił się żywo parobczak.
Stali naprzeciw siebie w chacie, ona spojrzała na niego z radością.
— Dziękuję wam za ofiarę! Wziął z sobą stróża i leśnika. Zdrów wróci! Pokażcie ramię!
W milczeniu odbył się opatrunek. Nie bolała chłopa rana i wcale o niej nie myślał. Strażnika córka nieładna była, wedle gustu chłopskiego, bo szczupła bardzo i smutna. Siły wielkiej nie znać w niej było, a twarz miała bladą i śniada, bez rumieńca i kwitnących policzków. I ruchy miała lekkie i żywe, nie takie, jak wioskowe dziewczęta. Jak kotka zwinna biegała po chacie, nie potrącając niczego, bez hałasu i stuku. Takiej nie było w wiosce — ani jednej.
Dla kontrastu zapewne ten wielki, ciężki chłop pożerał ją oczami, zachwycony, zdumiały. Gdy mu obwiązała ramię, zapomniał podziękować i nie ruszył się z miejsca.
Spojrzała nań, nie poznawała go.
— Co wam dzisiaj? — zagadnęła znowu. — Duru wam ktoś zadał, czy co?
Westchnął głęboko i głowę zwiesił.
— Jeszcze ja was takim nigdy nie widziała! Po nocy chodzicie po borze i oczy macie krzywe. I Łyska was nie poznał! Coś u was w głowie złego postało!
— Dobrego we mnie nigdy nie było, tylko żem cierpiał cicho — taj hody! A teraz tak przyszło, że i oczy zasnuło, niby mgłą.
— Co wam takiego?
— A co? Do wojska wzięli!...
— Moja doleńka — jęknęła dziewczyna żałośnie, opuszczając ręce. — Do wojska wzięli! Ach, Boże!... Taj pójdziecie?
— Za cztery dni stawić się kazali i popędzą do pułku na skraj ziemi. Już się tam i zostaną moje kości. Nie zobaczą już nikogo z tutejszych moje oczy. Pójdę, taj zginę.
— Co wy gadacie! Czego macie ginąć?
— Taka dola. Pierwszego mnie kula ubije. Bo ja niczyj. Od nikogo nie odchodzę, do nikogo nie mam wracać. Za to i nie wrócę.
— Ach, Boże mój, Boże! Któż to wam mówił?
— Ja i sam wiem. Hodowała mnie dla siebie zła dola rękami macochy. Ni ja kiedy co miał, ni ja kiedy co uweselił. Ot, sam nie wiem, poco żył i pracował. — Dla tej pierwszej kuli, żeby się w ciepłej krwi wykąpała.
— Przestańcie, bo słuchać niemożna! Kto wam głowę zadurzył?
— Kowalicha gadała, a ona zna.
— Co gadała? — spytała niespokojnie.
On oparł się o róg komina i monotonnym głosem jął opowiadać proroctwo. Ona stanęła naprzeciw niego, założyła ręce na piersi i słuchała z natężeniem. Kilka razy pobladła i zcicha westchnęła, pod koniec ogniem zapałały jej czarne oczy, a nozdrza rozdęte dyszały podnieceniem.
— A gdzież te czary? — spytała.
— Ot, są tutaj w łatce (szmatka).
— Dajcie mnie!
— Nie dam.
— Czemu?
— Jeszcze z nich na was złe przejdzie.
— To co? Dajcie! Nie lękam się.
— Nie dam! Na co one wam?
— Ja was okurzę... Dajcie prędzej.
Chłop cofnął się o krok. Wielkiemi oczami popatrzył na mówiącą; myślał, że się upiła. Ale ona wyciągnęła rękę i mówiła coraz gwałtowniej:
— Dajcie, taj hody! Poco takie zawracanie głowy? Cyganka bresze, jak rudy pies. A jej skąd wiadomo, że wy niczyj? Kto jej gadał? W czyje serce zaglądała? Tfu, z takiem proroctwem! Pierwsza kula niech bierze złodziei i szelmów. I bajka jej krzywa! Na dobrego człowieka Pan Bóg sam patrzy i ma go w pamięci, choć po nim nikt nie płacze. Tatusio mój sierotą był i srogie wojny odbywał i różne złe dole go obsiadały, a ostał się przeto, że prawy chodził i śmiałe oko przed światem miał. I wyście nie kradli, Marku, i nie obmawiali, ani pomstowali, choć się wam krzywda działa. Mutnia (oszukaństwo) taka wróżba, mutnia, że wy niczyj! Bóg wie jeden, kto za wami zapłacze, Bóg wie, do kogo wam wrócić trzeba. Taj wrócicie, ja wam mówię, że wrócicie. Ni pierwsza kula was weźmie, ni ostatnia.
Parobkowi zaczęły drżeć ręce i gorącość występować na lica. Żar bił z komina, a z oczu dziewczyny sypały się żużle. Stal otumaniony kompletnie.
— Kto wam mówił? — zagadnął niedowierzająco.
— Kto wam mówił? — powtórzyła powoli innym już głosem i tonem. — Mówiły mi te węgle na długich wieczornicach zimą, mówiły mi gwiazdeczki jasne latem, kukała mi zuzula. Przyjdziecie za pięć lat o tej porze zdrów i cały, bo jest taka moc, co was śmierci nie da, oj, nie da!
— Naprawdę przyjdę?...
— Przyjdziecie! Tak samo wiatr będzie chodził między jodłami i deszcz padał. Głodno wam będzie i chłodno i tęskno...
— Jeżeli wróżyć umiecie, to powiedzcie, gdzież ja zajdę najpierwej? Czy do chaty?
— Nie, przyjdziecie do nas. Staniecie w progu zmoknięty, zdrożony żołnierz w szynelu i postrzyżony. Taj pozdrowicie po swojemu: Niech będzie pochwalony!
— A któż mnie odpowie? — przerwał chłop, tamując oddech.
— A któż? Tatusio i ja!
— Nieprawda! Was już nie będzie. U męża będziecie...
— Nieprawda! Ja wam odpowiem: Na wieki wieków!
Umilkli naraz oboje, niewiadomo dlaczego. Dziewczyna cofnęła się nieco w cień i sięgnęła po kądziel, — chłop skubał końce pasa, onieśmielony.
— Joheniu! — zagadnął nagle, podnosząc głowę.
— Czego chcecie?
— Jaby wam coś powiedział.
— To gadajcie!
— Na Jordan cztery lata będzie, jak ja was zobaczył w cerkwi.
— No, to co?
— I pokochał...
Fala krwi rzuciła się im jednocześnie do twarzy i znowu, po dość długim przestanku, chłop podjął:
— Prawią ludzie, co wy z lachów! Prawda?
— Prawda.
— Nu, to wy mnie nie zechcecie. Dumał ja tak i milczał... Teraz pójdę, taj zginę!
— Durny ty! — odparła lakonicznie i dobitnie.
Żywość jej gniewała nieśmiałość taka i niedomyślność. On zniósł to spokojnie, ale o krok postąpił jednak.
— Joheniu!... — zagaił znowu.
— No czego?
— Jabym wam coś powiedział...
— No, toż słucham.
— Żeby wy poczekali na mnie.
— Czego?
— Możeby ja czego się dosłużył, porozumiał między ludźmi. Jabym wam chciał panowanie dać. Ja prosty cham, ale ja was tak miłuję, że bez was całkiem zeschnę i takby was uważał, jak obrazek święty! Jaby was na rękach całe życie nosił. Strach, jak ja was miłuję!
— A nacóż wy czekali cztery lata?
— Śmiałości nie miałem. Za nic nie odważył się. A dzisiaj...
Zająknął się i urwał.
— Cóż dzisiaj?
— Żebyście po wodę nie wyszli, tobym już nie żył...
— Czemu?
— Bom już wisiał na waszym dębie.
— Matko cudowna! — krzyknęła dziewczyna, obejmując wzrokiem jego potarganą świtę i zbrukany pas.
Chłop najspokojniej ciągnął dalej:
— Mówiła cyganka: zginiesz; więc myślę sobie: poco czekać tej kuli i iść tak daleko po nią? Nóg szkoda! Więc zaszedłem pod dąb, popatrzyłem w wasze okna, taj pas założyłem na gałąź. A wyście przyszli przed studnię. Myślę: popatrzę trochę; a potem myślę: straszno wam będzie trupa, chciałem dalej iść. Aż tu pies wypadł i wyście się odezwali. Tak i zapomniałem...
Dziewczyna była biała jak kreda, oparła się o ścianę i zajęczała, załkała okropnym płaczem. Marek urwał przerażony.
— Czego wy płaczecie? — zagadnął.
Wówczas i jego jakiś niepojęty żal ogarnął.
— Joheniu, zuzulo! — rzekł łagodnie. — Poczekajcie na mnie, aż wrócę...
— A cóż ja będę robić! — odparła niewyraźnie.
— Nie pójdziecie za nikogo?
— Za nikogo!...
— Ni za lacha, ni za pana?...
— Za nikogo.
— By i kniaź przyszedł?...
— Nie pójdę... Tylko się wróć!
— To i lubisz mnie, hołubko?...
— Już cztery lata wyglądam co dnia! Panie Boże! Dziś mnie tak coś trapiło! Jakby palec boski. Czemuś ty czekał? Czemuś ty nie przyszedł?
— Bałem się! Żebym ja wiedział!
— Jakiś ty głupi, Marku! Głupszego na świecie niema.
Ale chłop wracał uparcie do jednego pytania:
— Poczekasz na mnie sierotę? Zastanę ciebie?
— Zastaniesz.
— Nie dasz mnie wziąć tej pierwszej kuli?
— Nie dam. Oczy wypłaczę, a nie dam!
— Daj tobie, Boże, za to złotą dolę, zoreńko ty moja jasna!
Wziął ją za ręce i pociągnął ku sobie.
— Jabym na ciebie patrzył i patrzył ciągle!
Na piersi jej błyszczał krzyżyk posrebrzany i drgały szklane perły pod szybkim oddechem.
— Daj mi ten krzyżyk! — poprosił, sięgając w zanadrze i dobywając nieśmiało jaskrawą wstążkę.
— Jam ci to kupił. Weźmiesz?... — spytał prosząco.
— Dziękuję — odparła z uśmiechem, zdejmując krzyżyk z szyi.
Gdy mu zawiązywała, uzuchwalił się do tego stopnia, że ją wpół objął i ogniście pocałował. Jednocześnie na dworze rozległy się szybkie kroki i wesołe gwizdanie. Łyska, śpiący pod ławą, wypadł, radośnie skomląc, a młodzi odskoczyli od siebie. We drzwiach stanął człek barczysty, żylasty, prostej postawy. Borsuczą torbę miał przez ramię, strzelbę na plecach, w ręku kij okrutny.
— Niech będzie pochwalony! — pozdrowił i bynajmniej niezdziwiony obecnością parobka, ciągnął dalej prędkim i urywanym tonem:
— Zachodziłem do twojej chaty. Niema, powiedzieli. Dobrześ zrobił, żeś przyszedł. A co? Wzięli? Wiedziałem, że wezmą! Na dobre tobie wyjdzie służba. Chłopczysko z ciebie poczciwe, ale nieobrotne i zahukane. Ho, ho, jak wrócisz, inny będzie rezon! Dońku, daj wieczerzę! Zmachałem się okrutnie.
Zdjął z siebie torbę, strzelbę, pas z blachą, otarł połą twarz i włosy i siadł za stołem.
— A cóż, tatusiu, byli złodzieje? — zagadnęła dziewczyna, podając mu misę kapusty i bochen chleba.
— Byli. Dostał się cygan tylnemi drzwiami od rzeki do stajni, żyd zdala czekał. Ja pod ścianą leżałem i wpuściłem go do stajni a potem wypuściłem.
— Wypuściliście złodzieja? — dziwił się Marek.
Strażnik zaśmiał się swobodnie.
— Wypuściłem, a on mnie naco! Drzwi otworzył, klacz wierzchową pana prowadził na uździenicy. Ja jedną ręką za uzdę, drugą za jego czuprynę i potrząsnąłem, jak gruszą. Puścił cugle ze strachu, klacz wróciła do żłobu, a ja jego buch... w rzekę! I koniec, nie było co więcej wartować, więc poszedłem do domu.
— Aaa! — podziwiał Marek.
Strażnik podniósł do ust łyżkę strawy.
— A jego nakarmiłaś? — spytał córki.
— Nie, tatusiu. Zapomniałam...
— O czemże myślałaś! Dawno przyszedł?
— Niedawno, będzie godzina.
— Aha, to niedawno? Cóżeście robili tyle czasu, że głodu nie czuli? Siadaj, Marku, i jedz.
Parobczak posłuszny i snać tęgo głodny, nie dał sobie dwa razy zaproszenia powtarzać. Johenia też usiadła między nimi i tak we troje jedli z jednej misy, obyczajem chłopskim, milczący i skupieni. Marek, co mu się nigdy nie zdarzało, zagaił pierwszy rozmowę.
— Jaby was poprosił o łaskę.
— Aby ta łaska nie była z pańskiego lasu, to gadaj śmiało.
— Naco mnie pański las! O wasze własne prosić będę. Żebyście córki nikomu nie dawali, aż ja wrócę.
— Oh, a jak ona będzie się napierała?
— Nie będzie, ona poczeka... Ja wam nierówny może, ale my przystali do siebie. Włókę pola mam, towaru piętnaście i klaczy parę...
— Aha, to wy i o tem gadali. No, co tam gadać? Chcecie, to czekajcie. Ja nie łakomy na twój dostatek, ale na twoją uczciwość i spokojność. Dobry z ciebie chłopiec, a jak ona ci sprzyja, to i owszem. Johenia, prawda?
— On mnie ze wszystkich najlepszy.
— No, to dajcie sobie ręce i dotrzymajcie! Chwała Bogu! Dobry dzień. Rano Huczka złapałem, jak łozę kradł i coś tam mu żeber nadłamałem, potem w Pińsku tchórza sprzedałem za trzy ruble, cygana wykąpałem i córkę zaswatałem! Hej, hej, dobry kawał roboty! Teraz spać pójdę, bo kości bolą. Wy, jak macie co gadać, to gadajcie; ja wszystko powiedziałem już, co trzeba.
Wstał, pogładził córkę po głowie, parobczaka obejmującego mu kolana uścisnął, że aż ten poczerwieniał, wgramolił się na piec i rozbierając się, mruczał pacierze.
Zostawił młodym swobodę zupełną, z wiarą, że jej nie nadużyją, i w niespełna pięć minut już spał na laurach po trudach całodziennych.
Młodych sen nie brał. Johenia zaświeciła na kominie i przędła, parobek usiadł naprzeciw i gwarzyli zcicha. Oboje byli więcej do marzeń skłonni, niż do szału, mało czasu mieli przed sobą do rozstania i smutno im było na sercach.
Po chwili strażnik poruszył się i przecknął.
— Marko! — zawołał.
— Słucham, ojcze.
— W kuble łyka mokną. Spleć mi, synku, postoły. Całkiem zapomniałem.
I znowu zasnął.
Parobczak wziął się do roboty ochoczo. Dziewczyna dorzuciła drzazg kilka na ogień i zcicha zanuciła:

Pójdę ja, pójdę w lasy bujne,
Przyjdą na mnie czasy trudne.

A Marek zcicha również zawtórował:

Pójdę ja, pójdę jeszcze w bujniejsze,
Przyjdą i na mnie czasy trudniejsze...

I tak im noc zeszła. Kury piały raz i drugi, a przy trzecich rekrut wstał z westchnieniem.
— Pójdę już, by mnie kto nie zobaczył. Broń Boże złe języki cię zaczepią, zuzulo, serdeńko! Bywaj zdrowa!
Uścisnęli się na pożegnanie i patrzyli na się długą chwilę. On się uśmiechnął:
— Wiesz co? Taki cyganka prawdę powiedziała. To ty, Joheniu, pierwsza kula w sercu. To ciche było, a teraz skacze i boli i, zda się, krwią płynie. Wzięła ty mnie, wzięła, aż do śmierci!
Sokołyku mój! — szepnęła, garnąc się do niego.
Kur znowu zapiał i drzwi skrzypnęły. Ku wsi szedł chłop wyprostowany, szukając na niebie wschodu. Z oczu mu otucha patrzyła. Szedł i dalej ciągnął zaczętą pieśń dziewczyny:

Oj ty, dziewczyno, czarowiczeńko,
Przyczarowałaś moje serdeńko,
Przyczarowałaś serce i duszę,
Teraz ja ciebie miłować muszę!

Dochodził do kuźni, gdy mu drogę zastąpiła cyganka.
Czuj, Marko, nie spotkałeś gdzie kowala?
— Waszego?
— Aha! Powiedz, jeśli wiesz!
— Daj rubla, to powiem.
— Nie dam, bo nie wiesz.
— Nie dawaj, pożałujesz!
Ruszył dalej. Dopędziła go we wrotach chaty.
— Marko, powiedz, dam tobie lubczyku.
— Ja i sam wiem, gdzie on rośnie. Idź do czarta!
Cyganka, coś mrucząc, odeszła. Wolała rubla, niż męża. Zdała go na Opatrzność.
Z ulicy już zaczęła pluć i machać rękoma; ale Marek czem innem zajęty, ani się obejrzał.
Na wschodzie jaśniało. Wsunął się do stodoły i pogodzony z losem i dolą, twardo zasnął.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Za Bałkanami w Turcji pułk ochocki szedł do ataku. Prażyły go kule jak grad. Co chwila ktoś się odrywał od szeregu, kładł na ziemi, zdawał broń. Luka się zapełniała, następni szli z zapałem po trupach dalej, nie widząc nic wokoło, objęci tumanem dymu i ognia. Za nimi zostawał pomost z ludzi. Piersiami do ziemi, rozkrzyżowany leżał żołnierz. Zdeptali go i poszli, a on długo się nie ruszał. Nareszcie porwał się na klęczki. Miał czarną plamę na piersi, pod nią strumień ciepły i czerwony. Szeroko otworzył oczy i w niebo je podniósł. Widział w nich podziw niemy, żal i smutne pytanie.
Rękoma rozdarł mundur. Z pod niego błysnął krzyżyk biały na czerwonej tasiemce. Krew biegła i biegła, a on ją palcami zbierał, zatamować chciał, lała się przez palce. Znowu spojrzał wgórę bez jęku, tylko z tem osłupiałem zdziwieniem i trwogą niemą. Potem osunął się na bok i cisnąc ranę, ułożył się spokojnie, jak do snu, i oczy przymknął.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

W straży poleskiej czekano na niego. Niewiadomo, czy wrócił.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.