Starzec (Rodziewiczówna, 1927)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Starzec
Pochodzenie Czarny chleb
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Data wydania 1927
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów, Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


STARZEC

— Bywajcie zdrowi!
Nikt nie odpowiedział. Młynarz pykał fajkę pod piecem, młynarka szyła przy lampce, troje dzieci popatrzało na mówiącego, szturchnęli się łokciami i złe uśmiechy przeleciały im po ustach. Starsi mieli twarze zacięte, zimne, udawali, że nie słyszą.
Objął to wzrokiem Antoni Żórawel i wyszedł z chaty na podwórze. Dzień był jesienny, chmurny i słotny, krajobraz płaski i pusty. Ze wzgórka, na którym wiatrak stał, widać było wielką wieś o staję, szeroki gościniec piaszczysty i bór na widnokręgu. Pola były szare, głuche, po rżyskach zdeptanych wałęsały się gęsi, lub zapadały, kracząc, chmary wron. Od wsi z wiatrem zalatywał dym i przeciągłe, smętne porykiwanie bydła.
Antoni długą chwilę zgasłemi oczami wodził wkoło, wreszcie zdecydowany ostatecznie, wziął kij z drwalni, odmotał kawał sznura od śmigi wiatraka, podpasał się nim i ruszył na drogę. Szedł bardzo wolno i utykał na lewą nogę. Odzież jego szarą i nędzną czuć było stęchlizną i karbolem, pamiątka szpitala, z którego niedawno wrócił, barwę twarzy miał jakby zaśniedziałą, rysy tępe, oczy jasno-siwe, o wejrzeniu nieśmiałem i jakby wylękłem; wiek trudno było określić. Był jak miedziana moneta, prędko starta użyciem. Może miał trzydzieści lat, a może czterdzieści kilka.
Szedł i szedł ścieżką pobok gościńca, zamyślony, patrząc pod nogi. Napędził go wóz z workami. Chłop szedł w piachu, żeby ulżyć koniowi.
— To ty, Antoni? Nie poznałem zdala. Myślę, jakiś cudzy włóczęga. Toś już ze szpitala wrócił?
— A onegdaj.
— Nowiny we młynie zastałeś — zaśmiał się chłop.
— Aha! Kobiecie bez mężczyzny nijak żyć.
— Teraz sobie tęgiego dobrała. Nie bardzo się tobą ucieszyli — na zimę.
— No, wiadomo. Robić nie mogę! Do czego się wezmę, to za chwilę z rąk leci, a w oczach świat się kręci. Musiałbym leżeć i żreć tylko z miesiąc. Nie można tak, rozumie się.
— To co myślisz robić? Starcować idziesz?
— Niedaleko zawędruję. Noga przecie krzywo się zrosła i do chodzenia się nie zdała.
— No, to chyba nie przebędziesz zimy.
— Pewnie, że nie.
— Młynarka powinna ci była zapłacić. Tyle lat przebyłeś.
— A kiedy słowa nie rzekła.
— Głupiś! Albo jest taki, coby z dobrej woli dał? Na sąd podaj!
— Nie chce się. Tyle lat karmiła, opierała, oszywała. Wstydno mi.
— A toć za jej pierwszego w ostrogu odsiedziałeś. Dała ci co za to?
— Nie. Mało strachu było i kosztu, a takoż nieborak zmarł, a w tej bitwie tom też tłukł.
— Ale zagon przecie oni utrzymali.
— Jużci, bo ichny był.
— No, jak ci oni takie dobrodzieje, to ci nie bieda.
Piasek się skończył, więc chłop na furę siadł i ruszył żywiej i na pustej drodze został tylko wolno idący, bezduszny, chory człek. Czasami od ziemi odrywał oczy, patrzał na niebo, zachód był blisko, patrzał ku borom, były dalekie. I znowu szedł, kijem sobie pomagając i wsiąkał w szarość pól, chmur, mgieł i pustki, aż zniknął w mrokach.
Gdy doszedł lasu, był już zupełny zmierzch. Tedy skręcił z drogi między drzewa, oczy podniósł i począł konary oglądać. Bór piękny był, sosny gładkie i śmigłe, pod nogami miękkie mchy, w górze widać gdzieniegdzie jeszcze była jasność nieba. Antoni czegoś szukał, pamiętał, że między temi chojarami była olcha gruba i rosochata w nizince, gdzie jesienią, gdy pasał krowy, znajdował rydze. Po nocy trudno było trafić, ale, powałęsawszy się tu i tam, znalazł przecie. Popatrzał na olchę, dotknął pnia i spróbował, czy wdrapie się do pierwszej gałęzi. Ale ramiona go nie utrzymały, spadł na ziemię. Znowu patrzał na rosochę, medytował, wreszcie rozwiązał sznur, którym był opasany i próbował go przez rosochę przerzucić.
Ale tego nie zdołał, usiadł więc pod drzewem i pomyślał: trzeba spocząć, nabiorę mocy. Nie miał w sobie żadnego wahania lub buntu, żadnego strachu, niepokoju, żalu, czy goryczy. Był do roboty niezdatny, nikomu niepotrzebny, więc poco tak żyć?
Tymczasem, gdy się tak skulił pod drzewem, odczuł jeszcze większe osłabienie i wyczerpanie. Ogarnęła go cisza i odrętwienie, morzyła senność. Jakiś szum powolny, głuchy, szedł górą po borze i otrząsał z igieł krople wilgoci. Zmęczonego ciągnęło do ziemi, ciemność uczyniła się tak gęsta, że ostatnią pamięcią pomyślał, że i rosochy nie dojrzy, by sznur zarzucić, i zasnął.
Ocknął się, jakby targnięty za ramię. Zdało mu się, że zasnął, pasąc konie, że go budzi polowy stróż, że konie wpadły na koniczynę. Zerwał się i chwilę nie mógł oprzytomnieć. Gdzieś się podziały chmury i słota. W borze było jasno, miesięcznie. Powoli Antoni wszystko przypomniał. Spojrzał ku górze, rosochę widać było wyraźnie, czekała. Ale siedział, zdrętwiały chłodem, przejęty wilgocią, patrząc w srebrny miesiąc.
Wreszcie wstał, sięgnął po sznur i cisnął go do góry. Trafił dobrze, węzeł zamotał, przycisnął, spróbował, począł robić pętlę.
Nagle wzdrygnął się, krew mu uderzyła grozą w serce; usłyszał ludzki głos, tuż, o kilka kroków. Głos żałosny, proszący.
— Ktoś tam jest! Poratuj!
— Kto woła? Gdzie? — wybełkotał.
— Tu jestem. Poratuj!
Tedy dostrzegł Antoni opodal, pod drzewem szarą postać i poszedł. Starzec siedział na ziemi, starzec, żebrak z sakwami, z kijem.
— Co ty tu robisz, dziadu? Poco wołasz? — spytał uspokojony.
— Zbłądziłem z drogi. Ślepy jestem!
— Ach, biednyż ty! Nie masz przewodnika?
— Nie, po drodze wszędy trafię. A jak zbłądzę, Bóg kogo przyśle, jako ciebie teraz.
— A dokąd idziesz, na jaką drogę ciebie wyprowadzić?
— Do miasteczka muszę. Tam mnie w jednej chacie czekają.
— To chodźmy!
— Oj, synku! Odpocząć muszę. Upadłem parę razy, zmęczyłem się. Toć noc teraz?
— A noc.
— Zimno, deszcz przejął do kości. Żebyś się ulitował, ogienieczek rozniecił. Zajdziemy na porę, na dobrą.
Antoni usłuchał, nie rozważając, poco to robi. Tak całe życie czynił. Spełniał polecenia, komuś służył. Zebrał suchych liści i igliwia, dziad mu podał krzesiwo i hubkę, płomyk błysnął, podsycił go większemi gałęźmi i siadł obok dziada, który, pogrzebawszy w torbie, dał mu kawał chleba, cebulę i sam jeść począł. Chwilę jedli w milczeniu, ciepło ognia sprawiało życie i spokój, i Antoni przemówił:
— Dziw, że was nie znam, dziadu! Nasz wiatrak przy gościńcu stoi, każdego przechodnia znam.
— Toś młynarz?
— Nie. Nieboszczka młynarka mnie znalazła raz w rowie i wychowali. Nie zgłosił się po mnie nikt, a że to jesienią mnie rzucili, jak żórawie ciągną, Żórawlem mnie przezwali i Antonim ochrzcili, że to od zguby patron.
— I takeś do młynarzów przystał?
— Aha! Dzieci nie mieli, dopiero potem urodziła się córka, ale przecie mnie nie odegnali. Hodowałem się. Pasałem gęsi, a potem niańczyłem Magdusię, potem do koni wioskowych za pastucha poszedłem, a potem, że młynarz zestarzał, tom i gospodarkę i młyn utrzymywał. Za syna byłem, ale, żem przecie znajda cudzy był, to do wojska wzięli, jak lata przyszły.
Antoni umilkł, przyrzucił gałęzi do ognia, w żar się zapatrzał.
— A jakeś odsłużył, toś, jak żóraw, na stare miejsce wrócił? — rzekł dziad.
— A cóż! Myślałem: hodowali, do nich należę! Ale przez te lata wszystko się zmieniło. Nie zastałem starego młynarza, ale młodego, męża Magdusi. Stary pomarł, stara niedomagała, a roboty było huk. Przyjęli mnie, jak swego, nie szczędzili mi odzieży, ani jadła i radzi byli, że siła przybyła. Ach, siłę ja miałem! Hej! Byłoby wszystko dobrze, ino że Kacper, mąż Magdusin, w sprawę o zagon z krewniakiem się zadał i tych kosztów było bez liku i czasu straty i złości. I ot raz do bitki doszło na tym zagonie. Sieczkęm rzezał, aż Magdusia wpada i krzyczy:
— Antek, ratuj Kacpra! Ubiją go!
Poleciałem, kół porwawszy. Kacper był jednego już przytłukł, ale dwóch go powaliło, i bili. Dopadłem — i po nich. Popadali, jak gruszki, a tu ludzie nadbiegli — i na mnie. Broniłem się, com mógł, nie dałem rady.
No i z tego sprawa się zrobiła. Kacper chodził, krwią pluł, dzieci były drobne, płacz w izbie. Myślę, jemu nijak w kryminale gnić. Kobiety zaczęły modlić: zlituj się, winę na siebie weź, nie gub ojca dzieciom! Jakże on będzie aresztantem! Całej familji hańba! No i prawda. Tak tedy na mnie wszystko złożyli. Dostałem ośm miesięcy więzienia.
— Ciężko było? — spytał dziad.
Antoni chwilę pomyślał.
— Z początku ciężko. Bez roboty, duszno, brud. Dokuczali inni. Potem przestali, służyłem im i za każdego służyłem, byle nie próżnować. Moc jeszcze była zdrowia. Tylko męka była z robactwem i tak, czegoś, w gromadzie byłem, a zdawało się pusto. Ni z kim pomówić, ni kogo posłuchać, jakoś cudzo. Ale powiedzieć, że ciężko nie do wytrzymania było, to nie. Moc była, człowiek w siebie ufał. Myślał: bieda minie, wróci do swoich, właśnie w sianokos, na robotę gorącą, ucieszą mu się. I ucieszyli się, jakby mnie Bóg im odesłał.
Kacper nijakiej mocy nie miał. Żółty był, chudy, kaszlał. Zagon wywojował, ale nawet popatrzeć nań nie mógł, bo daleko mu było zajść tam. Pilnował chaty, a najwięcej leżał. Kobiety niby to młyn narządzały, ale robota to była, że pożal się, Boże.
Wtedym rękawy zakasał i poszedł ruch. Dałem rady i roli i inwentarzowi i mlewu. Pot nigdy nie wysychał i sen nie brał, nie było czasu, a ochota i moc, zda się, przybywała. Jesienią baby poczęły mnie zagabywać: swatać. Powiedziałem o tem naszej starej, jako matce. Rozfukała się: Co to? Niema tu chleba, żebyś na cudzy szedł? Nie obszytyś, nie obmyty, bez pościeli? Wyhodowałam ciebie sobie, nie ludziom!
Za serce mnie wzięła tem słowem, jako matka. Przepędziłem precz swachy.
A Kacper na jesieni, jak legł, tak i nie wstał, a w adwencie pochowaliśmy go. I jednego chleba biedak nie spożył z tego zagona.
— Bezrozumny był — rzekł dziad.
— Oho, wcale! Uczony był, piśmienny. Z każdym do rzeczy pogadać mógł.
— No i co z tej nauki mu przyszło? Kto go teraz wspomina, żałuje? Kto pacierz zmówi?
Antoni umilkł, zamyślił się. Stary, jakby wiedział, co potem przyszło, co teraz było we młynie.
Po chwili znowu opowiadać jął. Rad był mówić tak wszystko pokolei takiemu, co rad słuchał. We wsi ludzie te dzieje znali i ktoby tam słuchał historji Antka Żórawla, młynarskiego parobka. Mieli dość swoich spraw i kłopotów.
— Pochówek miał Kacper bogaty i płaczu po nim było i matczynego i żoninego. Dzieci jeszcze małe, głupie, to ich to nie obchodziło. Potrochu żal przeszedł. Chorzał tyli czas, to i kłopotu było z nim niemało, a w robocie znaku nie było, że pomarł. Dawałem wszystkiemu rady. Aż i na mnie bez pory koniec przyszedł. W marcu we młynie robota była, wicher ostry, stałem u kosza, sypałem ziarno, wtem raptem jak coś zatrzeszczy, jak się coś na mnie zwali, i już nie wiem, co się dalej stało. Wiatr się odwrócił raptem, śmiga trzasła, wiązanie we środku pękło i wzięło mnie pod siebie.
Wydobyli mnie nieprędko, w kawałkach. Noga była złamana w biodrze, rozduszone piersi, rozkwaszona głowa, nic nie ostało całego. Żebyż mi dali w spokoju ducha wtedy wyzionąć, nie ratowali, nie wozili, nie cucili! A to tyle męki przecierpiałem i tyle było ze mną fatygi i taki koszt!
— Boś snać potrzebny był komuś.
— A właśnie, że już nie. Całe lato wyleżałem w szpitalu. O Jezu, co za męka była, a przecie nic się ze mnie dawnego nie ostało, ni mocy, ni zdrowia i nikomu już z ludzi na nic się nie zdam.
— Mniemasz, że słabszych niema nad ciebie?
— Skądby? Nie może być!
— I nieszczęśliwszych i biedniejszych?
— Nie.
— A ja ci powiadam, że jeszcze dobrodziejem będziesz i tramem czyjegoś domu.
Antoni popatrzał na dziada. Siedział, cały jasny w blasku ogniska, i swemi ślepemi oczami kędyś patrzał w górę. Zdało się Antoniemu, że widzi przez polankę sznur na olchowej rososze.
— Nie, dziadu, nie będę już robił i służby innej szukał. Dość służyłem, dość się nażyłem. Onegdaj wróciłem ze szpitala. Stara młynarka w grobie, a u Magdusi drugi mąż. A ja niepotrzebny, bo bez mocy, a teraz zima idzie, żórawiom gniazd niema, ni żeru. Trzeba ciągnąć silnym za morze, a słabym ostać w borze. Ot, jako w pieśni śpiewają.
Umilkł, zgarbił się, rękami objął kolana i w żar się zapatrzył. Wtem stary się poruszył, przechylił głowę, nasłuchiwał.
— Co słyszycie? — zagadnął Antoni.
Dziad powstał.
— Słyszę dziecinny płacz sierocy. Iść nam trzeba. Chodź, a zabierz, co twoje.
— Moje? Nic nie mam.
— Myślałem, z młyna co wziąłeś!
— Ale. Sznura kęs.
— Zbierz nieco gałęzi suchych, uwiąż weń, ile zdążysz unieść. Tam trzeba!
Antoni znowu usłuchał rozkazu. Gdy brzemię zarzucił na plecy, stary ujął go za rękę i poszli. Księżyc świecił i Antoni myślał tylko, by dziad się nie potknął, nie zaczepił o gałęzie i tak wyszli na drogę do miasteczka.
— Nie głodnyś, synku? — spytał dziad.
— Gdzie zaś! Smaczny wasz chleb, syty. Do miasteczka chcecie? Macie tam swoich?
— Mam. Zawiedziesz mnie do rynku, a potem uliczką ku cmentarzowi, pod górkę, aż do chałupy, przy której stoi wysoka kominiarska drabina. Tam moi mieszkają.
Teraz droga widna była od miesiąca, brzozami objęta. Szli równo. Antoni nie czuł swej chorej nogi, a ślepiec, zamiast mu ciążyć, zda się, wspierał. Dłoń w dłoń szli, pobok.
— Musiało wam być ciężko zaniewidzieć. Jasność oczu stracić, niedola to nad niedole.
— Można otwarte mieć i widzące, a bez jasności i ślepym być. W człowieku wszystko dwojakie jest. Jedno pilnować trzeba, a o drugie nie stać.
— Nie rozumiem was.
— Nie rozumiejąc, mądrześ czynił dotychczas. Ręce są, co garną i co dają, nogi są drogi świadome i błędne, oczy są z duszy i w duszę patrzące, i takie, co ino widzą, do czego dotknąć można. I wszystko porzucić tu trzeba i te ręce, co garną, i nogi obłąkane, i oczy, szukające korzyści. Wszystko to nie nasze, więc stracić trzeba. Ale nie mogą stracić ręce, co dają, ani ustać nogi, co wiedzą, kędy idą, ani oślepnąć oczy, co duszę mają za jasność. I nie jest moja niedola, żem ślepy, bo widzę, nie patrzący, i idę, kędym posłany. A wiesz ty, kto z nas dziś ślepy był? A wiesz ty, kto kogo prowadzi? A wiesz ty, kto komu posłany był, by na drogę wyprowadził, ścieżkę odszukał?
— Co wy, dziadu, prawicie? Powiedzcie, słyszeliście o mnie? Znacie? Nie może być! Nie widziałem was nigdy.
— A ja wiem o tobie.
— Dziadów ja różnych znałem. Raz, kiedym jeszcze gęsi pasał, a młynarz mnie ciężko zbił, żem je w owies wpuścił, tom umyślnie je zapędził w chaszcze, żeby je lis podusił i zasnąłem pod krzakiem. To wtedy dziad przyszedł, siadł przy mnie i plecionkę słomianą plótł, na gęsi naglądał, a jakem się obudził, chleba z serem mi dał, plecionkę podarował i tak mi coś powiadał, że to Bóg nad sierotą, żem sam sobie powinien strażą być, dla Jego opieki. Już i nie pomnę, co mówił, alem się spłakał, słuchając i młynarzam przeprosił, tak jakoś, że potem już mnie nie tknął.
— Znajomek mój ten dziad — rzekł stary.
— I w wojskum jednego znał. Przychodził do koszar. Powiedział mi o naszych stronach, pacierzy umiał wiele i śpiewów, po naszemu mówił, a co historji znał, żem godzinami go słuchał.
A jeden jeszcze w szpitalu ze mną leżał. Rany miał straszne na nogach i chodzić nie mógł. Ten ci też śpiewał; słuchając, tom wstydził się narzekać. Wszelka desperacja od tego śpiewu jakby się spokoiła we mnie. Pamiętam tamtych, ale was nie znam.
— Nie cięży ci brzemię gałęzi?
— Nie baczę. Ot i miasteczko. Dobrze wam. Macie swoich. Odpoczniecie.
Ślepiec kroku przyśpieszył i szedł, jak widzący. Minęli rynek, weszli w uliczkę. Psy do nich wypadły, doskoczyły. Antoni opędzić się chciał, ale, jakby znały dziada, łasiły mu się i, pogłaskane, wracały na swe podwórza. I tak doszli, nikogo nie spotkawszy, do chałupy starej, w ziemię wrośniętej, jednej z ostatnich w uliczce, wiodącej do cmentarza.
Wewnątrz płakało żałośnie dziecko. Dziad, świadomy obejścia, otworzył wrotka, potem drzwi sieni, i weszli na lewo, do izby. Wionął na nich zaduch, piwniczny chłód i wilgoć. Antoni stał w ciemności, aż błysnęło światełko. To dziad zatlił lampkę, stojącą na okapie komina. Wtedy się Antoni rozejrzał, gdzie był.
Izba była bez podłogi, niska, ciemna, okolona ławami. Na środku od belki, na sznurach wisiała kołyska wierzbowa i z niej rozlegał się płacz słaby bardzo głodnego dziecka. Do niej skierował się dziad, pochylił. Płacz ustał. Antoni zrzucił z ramion gałęzie, dotknął pieca; zimny był, zdawna wystygły.
A wtem z ławy podniosła się głowa ludzka, rozczochrana głowa dziewczynki, dziewięciolatki. Wlepiła w światło oczy wielkie, przerażone, potem je przeniosła na dziada i zawołała:
— Babo, ludzie jakieś w chacie!
Z za pieca rozległo się ciężkie stękanie i wyjrzała twarz wychudła, czarna i takież same oczy, gorączką rozszerzone.
— Wody! — wyjąkały drżące, spieczone usta.
— Oj, jeść! — załkała dziewczynka.
— Przynieś wody, synku — rzekł dziad. — Do wiadra sznur swój uczep, bo przy studni niema żórawia.
Antoni wyszedł na podwórze i wyciągając wodę, pomyślał, że sznur jego służy inaczej, niż on zamierzał, ze młyna go biorąc. Gdy wrócił z wodą, dziad już dziewczynkę nakarmił, stara chciwie wypiła, zapatrzyła się w nich i poczęła szeptać urywki pacierza, coraz wolniej, wolniej, aż usnęła. W kołysce spało dziecko. Antoni już bez rozkazu zapalił w piecu.
— A gdzież gospodarze tej chaty? — spytał.
— Pomarli na tyfus. On już miesiąc temu, kobieta onegdaj. Stara i dziewczynka też tyfus mają. Zaraźliwa gorączka, ludzie boją się tu wejść.
— Któż ich dogląda?
— Ja. A ty się nie boisz?
— Czego? Śmierć ino raz przyjdzie, kiedy pora. Ale, jak to troje nie pomrze, to jak będzie żyć? Toć żadne do roboty.
— Ulituje się kto. Bóg przyśle dobrodzieja. Znajdą się dla nich ręce, co dają, popatrzą na nich oczy, co z duszy jasność mają, ogarnie ich opieka silniejszego, niż ich niedołęstwo.
W piecu się paliło. Usiedli na ławie, wprost ognia. Antoni popatrzał po śpiących.
— Nieboractwo! Tak to śpi, ufne sobie, ani się troska, ni trwoży — szepnął do siebie.
Wzrok jego przeszedł na ściany, na półkę, z której wyzierały różne narzędzia.
— Gospodarz majster był?
— Na ciesielce się znał, wszelki sprzęt narządził, bednarkę umiał.
— Wiadomo, gospodarska rzecz. I my do młyna nigdy majstra nie prosili.
— Spocznij na ławie, synku. Zmachałeś się. Daj ci, Boże, zdrowie, żeś tu przyszedł.
Antoniego istotnie ogarnęło zmęczenie i senność.
— Spocznijcie i wy — rzekł do dziada.
— Jeszcze muszę iść do ludzi. Jeszcze dla nich się postarać o dalsze poratowanie. Zostaniesz tu, aż ja wrócę?
— A jakżebym od takiej biedy odszedł?
— Śpią teraz. Zaśnij i ty. Wrócę do ciebie, a tymczasem tyś im Boża opieka. Nie opuść ich!
— Nie turbujcie się. Idźcie w spokoju. Na tyle mocy mam, żeby im poratowanie dać.
Coraz większa morzyła go senność. Wyciągnął się na ławie i potem poplątało mu się w głowie. Raz mu się potem przypominało, że dziad wyszedł, gdy jeszcze oczy miał otwarte, to znowu roiło mu się, że usiadł obok niego na ławie, dobył paciorki z torby i pacierze odmawiał. A pacierze te jakieś nieznane mu były i choć Antoni pilnie się im przysłuchiwał, nie wszystko spamiętał i zrozumiał, choć wtedy słowo w słowo za dziadem powtarzał. Powtarzał i czyniło mu się mocno i wesoło we środku. Tak mocno, jakby mu z żelaza były ramiona a krzyże, a tak wesoło, jakby przyszedł do domu własnego i przyjęła go rodzona familja. A potem z tej lubości ogarnęły go łzy, posilne, jak rosa, i już zupełnie zasnął.
Obudziło go stukanie w szybkę. Zerwał się, rozejrzał. Chorzy spali, na dworze ranek bielał, pod oknem ktoś stał. Wyszedł przed chatę Antoni, kobieta mieszczanka była z garnkiem w ręku.
— Wy tu chorych pilnujecie? — spytała.
— A ja.
— Dziad ślepy u mnie był i prosił, żeby wam rano mleka przynieść. Weźcie z garnuszkiem. Ja nie wejdę, dzieci mam, lękam się tej zarazy, ale poratować trzeba sieroty. Żyją jeszcze wszystkie?
— Zostaną żywe. Dopilnuję. Boże, wam zapłać za mleko.
— Co tam! Dziad jakiś taki, że, jak co chce, to i człowiekowi się chce. Powiedział: — Zanieś sierotom mleka — tom przed świtem poszła doić, nie mogłam dnia doczekać.
— Znajomy wam dziad? Tutejszy?
— Nie. Pierwszy raz był.
Zdziwił się Antoni, ale nic nie rzekł.
Pobudzili się chorzy, zawołali jeść. Przygrzał mleko, dał starej, dziewczynce. Tak słabe były, że, prawie oczu nie rozwierając, piły i znowu posnęły. Ale ujrzał, że pot był na nich, więc się ucieszył, okrył je i dał spać. Napalił też znowu w piecu i wziął się do karmienia dziecka. Zdrowe było, rozbudzone, pewnie już roczne i wcale nie dzikie. Na kolana je wziął i karmił łyżką. Jak się posiliło, bawić się z nim poczęło i coś po swojemu przygwarzać i śmiali się oboje. A wtem skrzypnęła furtka, Antoni wyjrzał okienkiem. Człowiek wszedł na podwórko, zastukał w szybę. Zdał mu się znajomym. Wyszedł do niego przed chatę, dziecko kurtą ogarnąwszy.
— Dalibóg, dziad prawdę gadał.
— Jaki dziad? Jaką prawdę?
— A jakiś ślepy. O świtaniu u mnie był, w deptaku. Wczoraj mi dwa tryby się popsuły, chciałem do Woli po Niemca jechać, a dziad powiada:
— Mój swojak, co na Rudnicy młyn utrzymywał, po nieboszczyku Rafale do sierot przystał, to on wam tryby sprawi duchem. Tak przyszedłem. Potrafisz zrobić?
— Juści. A gdzie wasz deptak?
— Gdzie i był. Toć byłeś u mnie parę lat temu po krowę, co młynarz był kupił. Gadali, żeś znajda, a stary ci swojak się powiada.
— A ot i dziecko mam — uśmiechnął się Antoni.
— Litościwieś zrobił, że ich ratujesz. Chodźże żywo!
— Zaraz będę.
Wrócił do izby, dziecko uśpił, oprzątnął i sięgnął na półkę po narzędzia. Kędyś mu się podziała słabość, nie zważał na bolącą nogę, tyle miał do myślenia, do zajęcia.
Zebrał narzędzia do worka, wypuścił na swobodę z pod pieca dwie wpół żywe kury, znalazł w spiżarce trochę starego chleba i kartofli, wziął kromkę, bo głodny był, spojrzał po śpiących i poszedł na robotę.
A gdy wychodził z podwórka, ujrzał przy studni sznur swój, więc go podjął, wrócił do izby i przywiązał do niego kołyskę, mrucząc:
— Drew im przyniosłeś, wody dobyłeś, kołysz sierotę na życie, aż dziad wróci.
Ale dziad po dziś dzień jeszcze nie przyszedł.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.