Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



STARZEC

— Bywajcie zdrowi!
Nikt nie odpowiedział. Młynarz pykał fajkę pod piecem, młynarka szyła przy lampce, troje dzieci popatrzało na mówiącego, szturchnęli się łokciami i złe uśmiechy przeleciały im po ustach. Starsi mieli twarze zacięte, zimne, udawali, że nie słyszą.
Objął to wzrokiem Antoni Żórawel i wyszedł z chaty na podwórze. Dzień był jesienny, chmurny i słotny, krajobraz płaski i pusty. Ze wzgórka, na którym wiatrak stał, widać było wielką wieś o staję, szeroki gościniec piaszczysty i bór na widnokręgu. Pola były szare, głuche, po rżyskach zdeptanych wałęsały się gęsi, lub zapadały, kracząc, chmary wron. Od wsi z wiatrem zalatywał dym i przeciągłe, smętne porykiwanie bydła.
Antoni długą chwilę zgasłemi oczami wodził wkoło, wreszcie zdecydowany ostatecznie, wziął kij z drwalni, odmotał kawał sznura od śmigi wiatraka, podpasał się nim i ruszył na drogę. Szedł bardzo wolno i utykał na lewą nogę. Odzież jego szarą i nędzną czuć było stęchlizną i karbolem, pamiątka szpitala, z którego niedawno wrócił, barwę twarzy miał jakby zaśniedziałą, rysy tępe, oczy jasno-siwe, o wejrzeniu nieśmiałem i jakby wylękłem; wiek trudno było określić. Był jak miedziana moneta, prędko starta użyciem. Może miał trzydzieści lat, a może czterdzieści kilka.