Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Objęła go ramiony, do piersi tuli, a Jasiek do rąk jej przypadł i rzecze nieśmiało:
— Matuś, nie śmiałem długo przyjść do was, bom się bojał.
— Czego, Jasieńku?
— Że mnie poznać nie zechcecie ni żywego, ni martwego.
— Dlaczego, synku?
— Boście mi odchodzącemu zapowiedzieli. Na swoje odchodzącemu, po dolę. Pomnicie? Rzekliście: wróć mi bez szatek i bez grosza, chory i kaleka, ino mi wróć z pierścieniem. A ot ja matuś, już nie mam pierścienia.
— Komuś go dał, synku? Czyjżeś teraz do śmierci i po śmierci?
— Zośce stolarzówniem go dał, ślubując, dolę biorąc.
Podumała matka, popatrzała w niebo, popatrzała na synowską głowę, cości poszeptała, by pacierz.
— Nie leżał ten pierścień w kramie na rynku i nie sądzono mu tam leżeć. Nie za pieniądze był kupiony, nie za pieniądze go dałeś. Pójdź, synku, na przyzbie, w miesiączku usiądź, powiadaj mi robotę swoją, dolę swoją i powiadaj mi ścieżkę, co do ciebie wiedzie, bym do was trafić mogła — w gościnę!...