Pierścień (Rodziewiczówna, 1927)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Pierścień
Pochodzenie Czarny chleb
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Data wydania 1927
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów, Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


PIERŚCIEŃ

Przyszedł czas Jaśkowi na swoje iść, ślub ślubić, robotę i dolę wybrać. Jeszczeby go doma zatrzymała matka, jeszcze jej dzieckiem się widział, jeszczeby go rada miała siostra, ale ojciec nalegał, bo młodsi bracia podrastali, rąk w chacie nie brakło, nie brakło też gąb do jadła. Trzeba Jaśkowi na swoje iść, doli szukać. Poczęli go do tego namawiać i radzić i przestrogi dawać. Zeszli się i dwaj bracia starsi na tę naradę, już oddzieleni i osiadli, i sejm się w chacie uczynił.
Były w miasteczku dwie dobre partje: oberżysty Kasia i wójtów Pola.
Starszy brat, co pocztę trzymał, gospodę radził.
— Gospoda, wiadomo, to bezustanne wesele. W gospodzie skrzypki i basy, w gospodzie śmiech i śpiewki, co chwila nowina, a wypić zawsze okazja, a już z kogo nie korzyść, jak z pijaka. Ty, Jaśku, na nic się nie oglądaj, idź do gospody.
— A jaka ci też ta Kaśka? — zagadnęła niespokojnie matka.
— Co tam Kaśka! — fuknął ojciec. — Dziewka i tyle. Jedynaczka oberżysty to grunt.
A siedział też w chacie stryj bezdzietny, co go w chacie trzymali, bo swoje przehulał, że to niedbajło był i włóczęga. Tego nikt o radę nie pytał. Siedział pod piecem, fajkę kurzył, słuchał i od niechcenia dogadywał.
— Kaśka, jak wino. Skosztuje, to pozna.
A drugi brat do wójtów raił.
— W gospodzie zawszeć pracować trzeba, niedospać, każdemu służyć i nieraz od pijaka w łeb wziąć. U wójtów pieniędzy w bród, sługi na cię robią, a tobie ino leżeć, jeść, pić i talary liczyć. Stary zebrał, teraz używa, używać będziesz i ty. Tylko się staremu przyłaś, świadcz mu, basuj! Polę dostaniesz.
— A jakaż ta Pola? — znowu zagadnęła matka.
— Cicho stara! — fuknął ojciec. — Gadasz jak głupia. Nie wiesz to? Wójtów dziedziczka! Mało ci?
A stryj z pod pieca mruczy:
— Pola jak kiełbasa w misie smaku. Zje, to poczuje.
— To jakże? — pyta Jasiek. — Do Kaśki mi iść czy do Poli?
— A cobyś wolał? Miarkujże!
— Bo ja wiem? Powieczerzałem, tom niegłodny, a słono matka nie nagotowała, to i w gębie nie sucho. Ale myślę, że wina tobym spróbował.
— No to zacznij od gospody!
— Ale przecie spróbuj, synku, spenetruj! — rzekła matka. — Boć to nie żarty, ślub trza ślubić, pierścień dać, zakuć się, zaprzysiąc.
— A tylko bacz, byś do stolarzów nie zachodził! — ostro upomniał ojciec.
— Eh, alboż on już taki dureń! — ujęli się bracia.
— Ej coby! — upewnił też urażony Jasiek, choć nic dotąd o stolarzach nie wiedział.
A siostra jego się odzywa:
— A zacóż tatuś Zośce stolarzównie hańbę daje?
— A ty głupia, tam latasz! — krzyknął ojciec i już rzemień odpinał, ale matka się ujęła.
— Ot, dziewczyńskie latania, czeremszyne kwitnienie. Juści, lata na pieśni, na bajki. Wy chłopy kądzieli nie prządziecie w długie zimowe wieczory; nie pielecie żmudnych zagonów w długie letnie dni. Nam trzeba nić ciągnąć, bajkę umieć, zielsko wybierając, ździebełko po ździebełku, pieśń śpiewać.

— Mnie ta wiatr — pieśni i bajki — mówi ojciec. — że stolarz dureń, jego żona niespełna rozumu, a dziewka nieroba i latawica, nie mój kłopot. Ale gołe to i pośmiewisko całego świata. Wstydby nam był, żeby tamtędy droga nam szła. A ty chłopcze, jakbyś tam wstąpił — to...
Nie dokończył. Jaśka i bez tego strach zdjął, ale i ciekawość, więc mówi:
— Coby zaś! Do gospodarzy pójdę. Wstydu nie zrobię rodowi!
A stary stryj fajkę z zębów wyjął, wytrząsł popiół i zabierając się do wyjścia, rzecze:
— A dy gospodyni, chłopaka wypuśćcie, coby poczuł, rozumiecie: sperki mu się chce, czy wina. U stolarzów ino wody dadzą i to po siódmym pocie. Nie pójdzie on tam, ojców syn!
Na tem się narada skończyła i nazajutrz, na odwieczerz, ruszył Jasiek w swaty. Dał mu ojciec groszy w mieszek, wystroiła go siostra, a wreszcie matka ze dna skrzyni pierścień kowany dała, na tasiemce na szyi z medalikiem społu powiesiła i prawi, za głowę go do serca tuląc:
— Pomnij synaczku! Nie w kramie, na rynku, pierścień leżał, nie za pieniądze kupiony. Tedy go za byle co nie daj i byle komu nawet nie powiadaj, ze go masz. Możesz mi wrócić bez szatek, com ci sporządziła i bez grosza, co ci ojciec dał, i chory mi wróć i kaleka i nagi, jednako mi dzieckiem będziesz, ale jak pierścień na marne dasz, to cię nie poznam ni żywego, ni martwego. Pomnij, synaczku, pomnij....
Jaśka jakby strach zdjął i miękkość serca poczuł, że szczelniej kurtę na piersi otulił, pierścień schował i poszedł.
A ziemia się jako właśnie na gody wystroiła, bo maj był weselny. Zachodziło słońce całe w złocie, za gaje, za dąbrowy, a ze strug wstawały opary, jako dymy z kadzielnic, ku onej złotej monstrancji, co żegnała świat. A z krzów, białych od kwiecia, z niebios bursztynowych, z łąk-mokradeł, z łanów zielonych zbóż, zewsząd szedł rejwach ptasi, wieczorne pacierze.
Szedł Jasiek drogą i słuchał i patrzał, boć go nie goniła żadna robota i mus, ani turbowała żadna troska. Miałci wolę i swobodę i czas własny. Nie kwapił się, boć matka nie posłuchała stryjkowego gadania, nakarmiła go, napoiła. Nie do wina było mu pilno, ni do sperki. Lubo mu było i niefrasobliwie i zdało mu się, że cały świat jego jest.
A wreszcie stanął na górce, skąd daleko oczy biec mogły. Miasteczko, kędy mu droga była, widział o staję i oberży wiechę i wójtowe okazałe domostwo, a potem mu czy poszły w zachód złocisty i ujrzały coś — jakieś dziwowisko.
Na łęgach w tej zorzy stała dziewczyna. Ręce miała przed się wyciągnięte i coś w nie zbierała z powietrza, coś niby nici, niby pajęczyny. Chwytała, zwijała, czyniła jakby kądziel, jarząco złotą.
Przetarł Jasiek oczy, znowu spojrzał. Zwija dziewczyna złote włókna, a koło jej głowy jakby rój pszczeli lata. A nie pszczoły, a to się tak roją wracające z obłoków na noc skowronki. Roją się, roją, skrzydełkami biją, a grają, a śmieją, a gwarzą. A Jasiek się zapatrzył i też się śmieje — i śpiewałby razem.
Aż tu naraz drgnął, bo ktoś obok w krzemień stalą uderzył, ogień do hubki krzesze.
Obejrzał się Jasiek: stryj na kamieniu siedzi, fajkę zapala i powiada:
— Dałby ci ojciec rzemieniem, by widział, jak się stolarzównie przyglądasz.
— To stolarzówna?
— A no.
— Co też ona robi?
— Ze słońca sobie kądziel czyni.
— Jakto? Poco?
— Żeby zimę prząść.
— Naco?
— Żeby zawsze w chacie majowe słonko mieć.
— To to można?
— A to się jej spytaj! — drwi stary.
— No, a owe ptaszki co do niej się mają?
— Co się nie mają mieć, kiedy w niej zimują?
— Skowronki?
— Precz wszystkie; ot i słowik do niej z czeremchy poleciał. Nie widzisz, jako je karmi?
Słońce zgasło, więc dziewczyna przestała nici z powietrza garnąć, a wyciągnęła dłonie i przypadły do nich ćmy ptasze, coś brały, żerowały, a ona w owym obłoczku z lotek poczęła iść przez srebrne mgły ku gajom, ku dąbrowom, ku gniazdom swych biesiadników.
— To to tak można? — pyta Jasiek.
— Spytaj się jej, jeśli dogonisz — śmieje się stary.
Chłopak zawrócił ku gajom z drogi, a wtem na ścieżce wyszła ku niemu dziewczyna. Aż stanął, aż mu dech zaparło, tak była urodziwa, tak strojna.
Popatrzeli na siebie, rzuciły im się do lic wary krwi, jakby się znali, odnajdywali. Więź tataraku, czeremszyny, brzozowych gałęzi niosła, woń odeń biła i gorącość, a gdy go tak objęła oczami, zaśmiała się usty jak wiśnie, błysła zębami, przegięła się doń i rzuciła mu na ramię swe kwietne brzemię.
— Chłopcze, sokole, pomóżcie dźwigać, a przeprowadźcie wedle cmentarza. Mnie samej ciężko i straszno! — przymila się wabnie.
A Jasiek na jedno ramię ten cały maj zarzucił, a prawicą dziewczynę ogarnął i zawrócili ku miasteczku.
Mijają kamień przydrożny, stryj siedzi, lulkę pyka.
— Pozdrówcie tam ojców w chacie! Jużem znalazł swoje — śmieje się Jasiek, płoni się dziewczyna.
— Jako w maju. Młody chmiel przysięga młodemu klonowi: wianek ci mój dam! — śmieje się z nimi stary.
I poszli. Zawiodła go Kasia do dom, do oberży. Umaili izbę, jęły rżnąć skrzypce i basy. Oj byłaż rozkosz, była! U boku ją miał w tańcu, u piersi ją miał za stołem, a wino było słodkie i gorące, a gorycz i lód było wino, kiedy jej ust skosztował, a zgrzytliwa była kapela, kiedy szeptać mu jęła i przysięgać i powiadać o swem miłowaniu. I takci trwał w tej rozkoszy, w tańcu i piciu i uściskach, sam nie wiedział ile czasu, za chwilę mu wszystko było. Hulał, aż martwy z pijaństwa zasypiał, cucił się, żeby hulać dalej. Szatki matczyne w strzępy poszły, grosze ojcowe na skrzypce, na szynkwas, za Kasiny gorset kraśny, i wtedy pomyślał, że próby dość, czas Kaśce ślubić. Ale wtedy najciężej pijany był, więc się do alkierza jął wpraszać na spoczynek. Ale w alkierzu przedniejsi goście siedzieli, więc się zwalił na ławę i w śnie otrzeźwił. A przez sen czuł, że go coś uwiera w piersi, coś boli i poczuł, ocknąwszy się, matczyny pierścień kowany. Ostatnie, co mu ostało z tych swatów.
Mdło mu było po rozbudzeniu, słabo, licho, czczo.
Tedy rzekł do Kaśki:
— Pić mi daj!
Podała mu wina, wabiąc w taniec.
Ale mu się izba wydała duszna, a od wina oczy odwrócił.
— Wody mi daj, chłodnej, czystej wody, dziewczyno!
A Kaśka w śmiech, aż się zachodzi.
— Słyszeliśta ludzie, co ten oberwaniec prosi w oberży? Wody!
Cała izba w śmiech, a gospodarz do niego z wymysłami:
— Ty mi, taki synu, hańbę gospodzie czynisz, drwiny stroisz! Wody ci się chce, a leziesz między ludzi! Do stajni ci, do koryta, na podwórze!
Porwali pachołki Jaśka za kark i za drzwi! Jeszczeć zajrzał, a Kaśka tańczy, śmieje się, do innych się wdzięczy. Plunął. Pomyślał chwilę: Pokazać im pierścień, że zań całą gospodę kupić może? Ale się rozdumał, plunął raz jeszcze i poszedł na drogę, do domu. Idzie — idzie — patrzy: na kamieniu stryj siedzi, lulkę pyka, więc przystanął, żałością zdjęty.
— Poznajecie to mnie, stryjku? — pyta. — Ot, jakie to swaty z Kaśką!
— Jako jesienią. Młody klon mówi: truna mi wianek chmielowy! Idź do dom, odchucha cię matka może.
Wrócił Janek do dom. Chorzał i leżał, stękał i próżnował zimę całą. Cud, że go matka uchowała. Aż z wiosną wróciło mu życie i wola i z biedy rozum przyrósł.
— Pójdę na swoje. Juści mnie Kaśka nie skusi. Dostanę wójtów Polę.
— Letko pierścienia nie dawaj, ani go pokazuj! Wypraktykuj, spenetruj! — mówi matka, przeprowadzając go do zawrotu.
— Oho! Kiedy mi go w oberży nie wzięli, toć bądźcie, matko, spokojni!
Szedłci, jak pierwszy raz, na odwieczerz, ino że słonko było już zaszło i miesiąc na niebo się wytoczył. Zawodziły po krzakach słowiki, w lęgach radowały się żaby, a kędyś na drodze dziewczyński głos śpiewał. Ogarnęła tęskność Jaśka, chęć pogawędki, kroku przyśpieszył, dogonił dziewczynę.
Nikła była i bladawa, obejrzała się nań i przestała śpiewać. Giezłeczko na sobie miała białe, ubogie niby, a jakby świecące od miesiąca. Dzbanuszek niosła na ramieniu, gliniany, biały. Pozdrowił ją Jasiek, odrzekła cichutko i tak szli w pole.
— Wino masz w dzbanie, dziewczyno? — pyta.
— Wino.
— Z oberży?
— Nie, z onych ros polnych.
— Rosa woda, nie wino.
— Zaś kosztowałeś z mego dzbanka?
— Radbym może. Daj!
— Zapłacisz?
— Takaś handlarka? Jak Kaśka z gospody?
— Nie wiem, kto Kaśka.
— A co ci dać za twe wino?
— Pierścień kowany!
Skoczył Jasiek, za piersi chwycił.
— A ty skąd wiesz, że go mam?
— Toć widzę, świeci się jak gwiazda.
— A tyć kto?
— Stolarzów Zośka.
Stanął Jasiek jak wryty z podziwu, obejrzał się, czy go ojciec nie widzi na tych zakazanych zalotach. Ale na drodze, jeszcze daleko, na kamieniu, tylko stryj siedział, fajkę kopcił.
Więc się uspokoił i mówi ciekawie:
— Tyś śpiewaczka i baśniarka, u ciebie zimują skowronki, kądziele z nici słonecznych czynisz? Jako je tkasz?
— Daj pierścień, pieśni posłyszysz, na Gody ci ptaszki zaśpiewają, a co wytkam, w to cię przyoblekę. Daj pierścień!
— Gdzie twa doma?
— Tam.
— Buda ci jest, nie dom. A co tam wokoło bieleje? Sad?
— Sad. Cały rok kwitnie.
— Jabłka dawa?
— Nie; u nas w sadzie ino ciernie.
— Galante wiano!
— Od wiosny do wiosny moje ciernie kwitną.
— I szarpią każdego?
— Kto w chacie żyje mojej, temu one kwitną i stróżują. Nie wiesz ty, jako wonią cierniowe kwiaty?
— Nie, anim ciekawy!
Dziewczyna ogarnęła go smutnemi oczami, rzekła zcicha, nieśmiało: Bóg cię prowadź!
I czy ona przyśpieszyła kroku, czy on zwolnił, ale się rozeszli i gdy Jasiek do stryja doszedł, sam był.
— Rzekła ci, jak słońce prząść i tkać? — pyta stary.
— Iii, nie. Takeśmy z przypadku chwilę razem szli. Nie powiadajcie ojcu!
— Onby mi mej mowie, ni własnym oczom nie wierzył. Dawno cię u wójtów myśli. Kwap się, tam dziś właśnie zakłuli wieprzaka, czekają na cię.
Takci i było. Przyjęli Jaśka mile, rozpoczęła się gościna i wczas. W dzień Pola prowadziła go dostatki swe pokazywać, cztery razy stół nakrywała, a wieczorem pod sufit miał puchy i spał syty. Dla rozrywki liczyli z wójtem talary, to szaty piękne przymierzali i zmieniali, to kupowali, co im się spodobało, to szli strojni, biedniejszym się pokazywać, czapkowania i pokłonów użyć.
Przemyśliwała mu Pola coraz to inne dania i trunki i kołacze, kładła na się codzień nowe paciorki i pierścienie, aż się jarzyło od niej. Opasł się Jasiek, oczy mu od snu zapuchły, karku w trójnasób przyrosło, aż wreszcie poczęło go coś w szyi uwierać. A to tasiemka, na której pierścień matka zawiesiła, nie może karku obstać.
Wtedy się zamedytował. Wypraktykował do syta, nazalecał się dość długo — trza Poli ślub ślubić, pierścień dać. Pomyślał, ziewnął i w pierzynach się obrócił. Zasnę jeszcze, kiedy ziewam!
Ale ziewanie to było nie do snu, ale z sytości i tak się go od tej chwili czepiło, jak choroba. Czy talary liczy, czy szaty sprawia, czy za biesiadnym stołem z Polą siedzi, czy na granie i hece idzie słuchać i patrzeć, precz ziewa i ziewa. Dziwuje się wójt, dziwuje Pola. Leki dają, cyganów i owczarzy się radzą, niema zmiany. Jasiek się skarży, że mu w żywocie piecze, w wątrobie pali — i ziewa.
A w pierzynach sen go nie bierze, miejsca znaleźć nie może; nud go żre i zgaga męczy.
Aż jednej nocy posłyszał jako na grzędzie kur pieje, przypomniał sobie rodzoną chatę i robotę, z pościeli się porwał i milczkiem na świat się wydostał. A na świecie znów jesień była i ledwie świt ze mgły się przecierał. Z drzew zimna rosa kapała, porykiwało bydło, skrzypiały żórawie studzienne, z ptactwa ino wróble ćwierkały i koguty wołały do roboty.
Wyszedł za bramę Jasiek, wyszedł na puste pola, zapachniała mu rola, ruszona pługiem. Patrzy: parobek wójtów ściernisko kraje, wpół senny za pługiem się wlecze, wpółsenne wloką się szkapy. Aż tu Jaśka coś porwie, jako do tańca w gospodzie. Odsunął parobka, za pług ujął, nawrócił, krój na skibę założył, na szkapy krzyknął i ruszył. Gdy do miedzy doszedł, żupan ze siebie ściągnął, bo w nim aż krew grała, choć mgła chłodem kąsała, a gdy drugi raz zawrócił, buty zezuł; a gdy trzeci raz zawrócił, czapkę zdjął, rękawem pot otarł, jasnemi oczami po bruzdach się obejrzał i tak mu było, że siebie nie czuł.
Wójtów dwór daleko był a z dąbrowy opodal wyszła dziewczyna ku niemu i pozdrowili się jak swoi.
— Poganiaj mi konie, dziewucho! — rzekł.
Poszła przodem, brózdą, a konie za nią, żwawo przeskakując, a za pługiem Jasiek śpiewający.
Orze, orze, skiba się kładzie równiutko, raz koło razu. Na plecach Jaśkowych pot przejął koszulę, na licach Jaśkowych krew się barwi a Jaśkowe piersi nabrały tchu, mocy. Zda mu się, jak ptak poleci, byle za rączki pługa nie dzierżał.
— Nie kąsa cię zimny szron w bose stopki, dziewczyno? — pyta.
— Toć nie szron, to pierwsze kwiatki białe.
— A ostry żwir ci stopek nie kaleczy?
— Toć nie żwir, to mąka na kołacze.
— By na nasze, weselne! — nieśmiało prawi.
— Ludzie prawią, że u mnie doma i chleba niema — odpowiada. — Ino ci prawią, co u mnie nie byli.
— A był ci kto u ciebie?
— U ojca każdy rad bywa, jak co potrzebuje, do matusi rad idzie każdy po radę.
— A ciebie nikt nie swata? Drożysz się?
Milczy dziewczyna, nie wspomina o pierścieniu, ale Jasiek jakby jej myśli przejął, mówi:
— Nie dostać cię na prośbę?
— Nie.
— Ni mocą?
— Nie.
— Ino za pierścień kowany?
— Wiesz.
Podchodzą ku wójtowemu dworowi. Ona we mgły się wsunęła, tak się niemi jak płachtą zgrzebną okryła i z oczów mu przepadła, a przed bramą stoi Pola, ręce łamie, stoi wójt i sinieje z pasji.
— Co ty, narzeczony mojej dziedziczki, za pługiem chodzisz bosy? A żupan twój bogaty gdzie? A kołpak twój soboli gdzie? Toś ty cham, rataj, mużyk, swą godność w błocie szargasz! Chyba ci się rozum pomieszał, pośmiewisko z siebie czynisz!
A Pola go obejmuje, do izby ciągnie.
— Chodź miły! Ojciec wybaczy. Chodź w pierzyny, zmęczyłeś się, wyleż. Tłustego skopa dziś biją, świeżuchne pszenne kołacze pieką. Wieczorem przyjdą goście na biesiadę, postawimy się pięknie. Doma wygodnie, ciepło, nie trzeba nic robić.
Ale Jasiek w owe mgły patrzy, coś w nich nasłuchuje. I raptem od bramy zawrócił, wstrząsnął się i jak stał, w parciankach i bosy, tak na drogę zawrócił, a co wspomni Poli obiecanki, tak jeszcze kroku podwaja.
Do dom, do dom, byle nie zatrzymali, byle pierścienia wójtom nie zostawić, za to sadło, co mu w tej gościnie narosło.
Aż patrzy, jak zwykle stryj z fajką u zawrotu siedzi. Ucieszył mu się Jasiek.
— Stryjku! Bym tam był został, zakłuliby mnie na mięsopust, jak wieprzaka. Jużbym się nie ruchał.
A stary głowę zadarł i coś w chmurach upatruje.
— Co tam wyglądacie, stryjku?
— Na wyraj jako ciągną ptaki. Widzisz?
Popatrzał Jasiek jako sznur żórawi wicher piersiami pruł i hejnał siły i woli grał, a potem spojrzał na ziemię het, ku dąbrowom i zobaczył biel kwietną około stolarzowej budy.
— Taki im naprawdę cierń mai się rok cały? — zdumiał. — Dziw, że w nędzy są ludzie pracowite.
— Widziałeś je żebrzące?
— Nie.
— Kradnące, włóczące się po nocach?
— Nie.
— Pod ławą w gospodzie razem z nimi leżałeś?
— Nie.
— To snać bogactwo mają, nie nędzę.
— Stryju, bym ja zaś do nich wstąpił? Spróbował?
Spojrzał po nim stryj.
— Koszula ci z potu do ciała przysechła, a ślepia ci się śmieją. W sam raz masz dla nich liberję. Wino ci zbrzydło, tany ci zbrzydły, szperka ci zbrzydła, dukaty ci liczyć zbrzydło. Spróbuj potu i pieśni! Byś rozum miał, siadłbyś ze mną przy drodze, lulkę ćmił i patrzył na ludzi, ale żeś jeszcze ciekawy, próbuj.
— Nie powiecie ojcu, gdziem poszedł?
— Co ma go szlag zabić!
— Matce powiedzcie.
Mówili ludzie, że ze stolarzem za warsztatem stoi jak świt, do nocy, dzień dnia, że w święta ze stolarzową na przyzbie siedzi i słucha, co stara naucza, ale go zresztą nikt nie widział, ni na drodze, ni na rynku, ni w kramie, ni w sądzie, ni na zabawie, ni doma. Ojciec go przeklął i od części odsądził i w chacie nie wolno było o nim wspominać.
Aż raz na trzeci rok, wiosenną, miesięczną nocką, do okienka, kędy matka sypiała, ktoś w szybkę zapukał. Nie zlękła się matka, ani spytała: kto? Z pościeli wstała, ogarnęła się i wyszła. U progu Jasiek stoi, do kolan jej przypada. Za głowę go porwała, do serca kołaczącego wzięła, całuje, łzami święci, napół żywa ze szczęśliwości. A potem odsunęła go od siebie, odwróciła do miesiąca, w lice się wpatruje niespokojna. Ale Jaśkowe lica jakby w zorzy tak jasne, a jak krynica oczy modre, spokojne, a usta się do niej śmieją, radośnie szepcą.
— Szczęśliwyś, synku?
— Jak kiedyście mnie, matuś, pieśnią na sercu kołysali.
— A zdrowyś, serdeczny?
— Jakem waszemi rękami czyniony chleb jadł.
— A wesołyś, synku?
— Jak skowronki w zbożu, matuś.
— A coś tak wyrósł, wybujał, Jasieczku?
— W robocie dla ludzi, matusiu.
— A co ci się te zgrzebne szatki tak świecą?
— To mi się one tak złocą od tych nici słonecznych, co mi je moja przędzie.
— O mojeś ty, moje, dzieciątko rodzone!
Objęła go ramiony, do piersi tuli, a Jasiek do rąk jej przypadł i rzecze nieśmiało:
— Matuś, nie śmiałem długo przyjść do was, bom się bojał.
— Czego, Jasieńku?
— Że mnie poznać nie zechcecie ni żywego, ni martwego.
— Dlaczego, synku?
— Boście mi odchodzącemu zapowiedzieli. Na swoje odchodzącemu, po dolę. Pomnicie? Rzekliście: wróć mi bez szatek i bez grosza, chory i kaleka, ino mi wróć z pierścieniem. A ot ja matuś, już nie mam pierścienia.
— Komuś go dał, synku? Czyjżeś teraz do śmierci i po śmierci?
— Zośce stolarzówniem go dał, ślubując, dolę biorąc.
Podumała matka, popatrzała w niebo, popatrzała na synowską głowę, cości poszeptała, by pacierz.
— Nie leżał ten pierścień w kramie na rynku i nie sądzono mu tam leżeć. Nie za pieniądze był kupiony, nie za pieniądze go dałeś. Pójdź, synku, na przyzbie, w miesiączku usiądź, powiadaj mi robotę swoją, dolę swoją i powiadaj mi ścieżkę, co do ciebie wiedzie, bym do was trafić mogła — w gościnę!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.