Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A drugi brat do wójtów raił.
— W gospodzie zawszeć pracować trzeba, niedospać, każdemu służyć i nieraz od pijaka w łeb wziąć. U wójtów pieniędzy w bród, sługi na cię robią, a tobie ino leżeć, jeść, pić i talary liczyć. Stary zebrał, teraz używa, używać będziesz i ty. Tylko się staremu przyłaś, świadcz mu, basuj! Polę dostaniesz.
— A jakaż ta Pola? — znowu zagadnęła matka.
— Cicho stara! — fuknął ojciec. — Gadasz jak głupia. Nie wiesz to? Wójtów dziedziczka! Mało ci?
A stryj z pod pieca mruczy:
— Pola jak kiełbasa w misie smaku. Zje, to poczuje.
— To jakże? — pyta Jasiek. — Do Kaśki mi iść czy do Poli?
— A cobyś wolał? Miarkujże!
— Bo ja wiem? Powieczerzałem, tom niegłodny, a słono matka nie nagotowała, to i w gębie nie sucho. Ale myślę, że wina tobym spróbował.
— No to zacznij od gospody!
— Ale przecie spróbuj, synku, spenetruj! — rzekła matka. — Boć to nie żarty, ślub trza ślubić, pierścień dać, zakuć się, zaprzysiąc.
— A tylko bacz, byś do stolarzów nie zachodził! — ostro upomniał ojciec.
— Eh, alboż on już taki dureń! — ujęli się bracia.
— Ej coby! — upewnił też urażony Jasiek, choć nic dotąd o stolarzach nie wiedział.
A siostra jego się odzywa:
— A zacóż tatuś Zośce stolarzównie hańbę daje?
— A ty głupia, tam latasz! — krzyknął ojciec i już rzemień odpinał, ale matka się ujęła.
— Ot, dziewczyńskie latania, czeremszyne kwitnienie. Juści, lata na pieśni, na bajki. Wy chłopy kądzieli nie prządziecie w długie zimowe wieczory; nie pielecie żmudnych zagonów w długie letnie dni. Nam