Kolega Szoll

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Kolega Szoll
Pochodzenie Czarny chleb
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Data wydania 1927
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów, Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


KOLEGA SZOLL

Przejęty do kości mrozem, Franciszek Niekrasz biegł prawie w późny ranek grudniowy przez puste jeszcze ulice z Pragi na Nowogrodzką. Miał na sobie wytarte letnie palto i dziurawe kamasze na nogach a w brzuchu jeden kieliszek wódki. Rozgrzewki tej starczyło mu do mostu, potem dodawał sobie ciepła i otuchy nadzieją zarobku.
U bramy, w oknie suteryny zobaczył szyld stolarza i wszedł śmiało w brudną czeluść schodów, wiodących do piwnic i warsztatów. Korytarz był ciemny, wilgotny, duszny od wyziewów kapusty, węgla i nędzy, zapchany różnemi sprzętami i rupieciem. Z za jednych drzwi dochodził zgrzyt pilnika i kucie młotków, z za drugich warczenie tokarni i śpiew kanarka, wreszcie w głębi namacał klamkę trzecich drzwi i wszedł. Buchnęło nań ciepło i woń sosnowych desek.
Majster, pan Radyński, człek lat średnich, o twarzy otwartej i flegmatycznej, pił właśnie kawę z żoną i zmierzył wzrokiem wchodzącego. Mały, kasztanowaty piesek zagłuszył jego słowa powitania przeraźliwem szczekaniem. Suterena była obszerna, ale zapchana od góry do dołu. Cudem mieściły się w niej dwa warsztaty, łóżko, sofa, parę wielkich szaf, biurko, stół, balja, kuchnia, deski i stos wyplatanych starych krzeseł.
— A co tam? Czego potrzeba? — zagadnął bez wielkiej uprzejmości stolarz, poznawszy wprawnem okiem, że nie klient to był.
— Może dostanę robotę? Kolega Szoll mnie przysłał. Mówił, że pan pytał w gospodzie o czeladnika.
— To czemuż Szoll sam nie przyszedł? Na loterji wygrał, że go nie widać od roku?
— W Łodzi robił. Razem tam byliśmy w fabryce u Grinberga.
— No i co?
— Ano strajk się zrobił, to zamknęli fabrykę.
— A Szoll gdzie teraz?
— Trafiła mu się wczoraj na kolei robota, więc do mnie wstąpił i powiada: mówili mi, że pan Radyński z Nowogrodzkiej potrzebuje czeladnika. Idź się dowiedz, powiedz, że mnie znasz.
— Ano, mam tu zamówione dwie szafy dla jednych państwa. Będzie na parę tygodni robota. Rubla dziennie dam, byle było za co.
— Pokaże się — odparł Franciszek z uśmiechem pewności siebie.
— Na rekomendację Szolla mogę przyjąć. A jakże nazwisko?
— Franciszek Niekrasz.
Majster wstał, zapalił papierosa i wziął linję i ołówek. Czeladnik zdjął palto, odwinął rękawy koszuli, był gotów do roboty. Majstrowa, sprzątając śniadanie, gospodarząc przy kuchni, bystro go sobie obejrzała.
Młody był, krzepki, choć bardzo chudy, z twarzą przystojną, sprytny, zuchwały. Pod paltotem nie miał surduta, tylko kamizelkę i wełnianą koszulę, zamiast kołnierza czerwony szalik. Bieda wyzierała z zapadłych policzków, z dziur odzieży, z oczu zaczerwienionych. Bieda, a może łobuzowstwo. Pokaże się.
Robić umiał. To wnet ocenił majster od pierwszego ruchu, gdy zaczął przycięte deski czyścić do hebla. Obadwa stanęli do warsztatów, majstrowa do prania, piesek skręcił się wkółko na sofie i usnął. W suterenie słychać tylko było głos narzędzi i drzewa.
Robili już godzinę, gdy drzwi skrzypnęły. Kaktus podniósł swój alarm najprzeraźliwszym dyszkantem, i wszedł człek niemłody, siwy, zgarbiony i bez słowa począł zdejmować palto.
— Niedługo od południa będziesz zaczynał — mruknął Radyński.
— Albo mi to źle leżeć? Przecie zrobili po to rewolucję, żebyśmy zostali burżujami. Smakuje mi. Tyle miejsca mam teraz w swoim lokalu i tak cicho. Spać można.
— Jużeś się wstawił, widzę!
— Jeszczem nie sprawił do lamp spirytusowych brenerów, to chlam spirytus, a nie palę.
— No, zaczynaj, zamiast gadać! — ozwała się Radyńska.
Stary wziął trzcinę, krzesło i zaczął je wyplatać, ale nie mógł długo milczeć.
— A co, widzę, Szolla nie znalazłeś — rzekł do Radyńskiego, który mu szwagrem był.
— A nie. Przysłał mi tego pana znajomego.
— To żyje Szoll? Patrzajcie! Gadali, że zabity.
— Był z tym panem Franciszkiem na fabryce w Łodzi, a teraz gdzieś na kolei robi.
— Że to się nie pokazał sam?
— Może u Duchasa był?
— Nie. Widziałem onegdaj starego, toby chłopca wspomniał. Ale to w Łodzi zła akademja, kiedy i Szoll zepsiał.
— Łódź, wiadomo, podłe gniazdo chamskie! — rzekła Radyńska.
— A czemuż chamskie? — odezwał się Niekrasz. — Porządne ludzie też tam są, nie gorsze, niż w Warszawie.
— Jużci, że na dwóch nogach chodzą, jak inni.
— A to pan z Łodzi? — spytał stary.
— Nie, alem tam długo był, od maleńkości. Starzy tu mieszkają, na Pradze.
W tej chwili weszła do izby dziewczynka, może ośmioletnia, dźwigając spory koszyk.
— No, trafiłaś? — spytała majstrowa.
— Pani kazała powiedzieć, żeby ciocia przyszła we wtorek.
— Rozbierz się i masz tu kawę! A śpiesz się, bo do ochrony pora!
Dziecko przykucnęło w kąciku, przyglądając się obcemu.
— A ty wiesz, Zuziu, że ten pan to znajomy pana Szolla? — rzekł stary wyplatacz.
— A pan Szoll zdrów? A kiedy do nas przyjdzie? — zagadnęła z żywością, podnosząc na obcego zaciekawione oczy.
— A ty, mała, skąd go znasz? — uśmiechnął się.
— A toć on ją za trzy ruble kupił i nam darował. Nie opowiadał to panu? — rzekła majstrowa.
— Nie. Pierwsze słyszę. Dzieci to kto kupuje!
— Ruszaj, Zuziu, do ochrony! — nagliła majstrowa.
Ale dziecko stało zadumane, rozważające i rzekło:
— Zobaczy pan pana Szolla?
— Albo co?
— Pan powie, że ja do ochronki już chodzę od jesieni i niech mu pan to da od Zuzi...
Tu mu podała wielką, miedzianą dziesiątkę.
— Skąd masz? — spytała majstrowa.
— Pani dała mi na cukierki.
Czeladnik machinalnie monetę wziął i do kieszeni wsunął. Dziecko wyszło.
— Ot, głupi bąk! — rzekł Radyński.
— A jaka pamiętliwa. Półtora roku, a nie zapomniała Szolla.
— Państwo dzieci swoich nie mają? — spytał Niekrasz.
— Były, ale poszły! Czworo, piechotą na Bródno — rzekł Radyński.
— Nie obrażaj Pana Boga, Stefan! — upomniała żona.
— A ot i on przez okno zaziera! — rzekł wyplatacz.
Podnieśli wszyscy mimowoli oczy, bo cień przesłonił szybę. Stary człek z długą, siwą brodą zaglądał w okienko, a gdy Radyński chciał je otworzyć, ruchem wskazał, że idzie do nich, i po chwili wszedł do izby.
— Niech będzie pochwalony! — pozdrowił.
— Na wieki! — odpowiedzieli, z wyjątkiem Niekrasza.
Stary usiadł na krzesełku i rzekł:
— Cóż tu u państwa słychać? Przechodziłem, myślę, wstąpię!
— At, co słychać? Na forant robię, żeby heble nie rdzewiały. Sprzedałem szafy, to zrobię parę komód.
— A ten pan dziś się zgłosił z rekomendacji Szolla. Wiecie, ojcze, że nie żadna bieda go spotkała, ale gdzieś przy kolei robi? — dorzuciła Radyńska.
Stary popatrzał bystro z pod krzaczastych brwi na czeladnika.
— A pan skąd wie?
— Z Łodzi razem wyjechaliśmy. On do Białegostoku śpieszył, tu mi adres dał.
— Nie wstąpił. No, no. Mnie mówili, że pokutuje za innych w więzieniu.
Niekrasz ramionami ruszył i heblował pilnie. Stary, oczu z niego nie spuszczając, rzekł po chwili:
— Bo to i natura u niego taka, żeby się tyle czasu nie odezwał do swoich. Ale, jak pan z nim jechał, to wierzyć trzeba.
— Dobrze, że go robactwo w turmie nie żre — mruknął wyplatacz.
— Masz robotę, Adolf. Lżej ci? — rzekł stary.
— Hale, ma szkło! — warknęła siostra.
Wyplatacz nisko głowę spuścił i milczał. Czuł na sobie przejmujący wzrok starego i po chwili podniósł oczy zaczerwienione, mgławe, posępne. Nic sobie nie rzekli słowem.
— Zuzia w ochronie? — spytał stary Radyńskiej.
— Codzień posyłam, a jakże.
— A ja tu parę groszy przyniosłem dla Wilgockiej. Jedni państwo mi dali.
Wyjął w szmatkę związane i podał majstrowej.
— A, przyjdzie wieczorem, to oddam.
Kaktus, jak tylko stary wszedł, skoczył mu na kolana, skomląc radośnie, łasił się, a potem do snu się ulokował pod jego głaszczącą ręką. Teraz go stary na rękach przeniósł na kanapkę i począł się żegnać.
— Przyjdziesz wieczorem? — rzekł do Adolfa.
A od progu jeszcze się na Niekrasza obejrzał i dodał:
— A kiedy pan Szolla kolega, to musi być porządny człowiek. Bez chleba pan już między nami nie będzie.
Po jego wyjściu długie panowało milczenie.
— Kto to taki? — spytał wreszcie Niekrasz.
— Duchas, tokarz z Leszna. Szoll nie mówił panu o nim?
— Mówił, jakże!
— Ile dał dla Wilgockiej? — spytał Radyński.
— Jedenaście złotych. Gada to o jakichś państwach, a pewnie swoje dał.
— To się rozumie. Ma stary grosz.
— Chce mu się jeszcze robić i w suterenie siedzieć. Mógłby od frontu mieszkać i z boku na bok się obracać.
— Kiepski warjat — zaśmiał się Niekrasz.
Ale mu nikt nie zawtórował, tylko Radyńska rzekła z przekąsem:
— W Łodzi takich niema.
Niekrasz oczami złowieszczo błysnął, ale nic nie rzekł. Od pół roku zarobku nie miał, głodem marł. Miał teraz stracić robotę, żeby babie ozór przyciąć? Heblował pilnie do obiadu. Gdy tamci zasiedli do jadła, wyszedł na chwilę na ulicę, a wróciwszy, wody się napił, jakby po dobrym posiłku. Wytrwał u warsztatu do wieczora, wahając się, nie śmiejąc wspomnieć o zapłacie dziennej i rozmyślając, od kogo pożyczy parę złotych. Głód budził w nim ponure, krwawe myśli.
Ale, gdy o ósmej złożył narzędzia i zabierał się do odejścia, Radyński coś poszeptał z żoną i rzekł:
— Pół rubla dam z góry. Robota dziś szła dobrze. Możesz pan jutro przyjść.
Niekrasz coś mruknął i wyszedł.
Mróz go wnet objął i nieznośny kurcz czczości. Wstąpił do piwiarni, wypił dwa kufle, przegryzł kiełbasą. Zrobiło mu się raźniej. Ruszył do domu. Właściwie domu nie miał, ale w ostateczności nie może go ojciec wypędzić z sutereny, gdzie mieszka macocha i pięcioro przyrodnego rodzeństwa. Stary był posługaczem przy rzeźni, macocha praczką; oboje przyjmowali go gradem wymyślań. Zdarzały się bójki, w których ulec musiał, bo i dzieci dopomagały rodzicom. Bywał więc tam tylko, gdy nigdzie kąta przed mrozem znaleźć nie potrafił. Nie kwapił się tam dzisiaj, ale za mostem skręcił nad Wisłę i wszedł do jakiejś traktjerni.
Rozejrzał się po tak zwanej sali, a wnet z kąta jakiś obdartus nań gwizdnął. Usiedli obok siebie.
— No i co? — Udało się? — tamten spytał.
— Jak z nut.
— No, to postaw szkło! A harmonja moja!
— Twoja. Ale gadaj mi teraz dokumentnie o tym Szollu, bo się zasypię!
Obdartus począł się śmiać.
— Żebym to ja tam się dostał, tobym im dopiero gitarę skręcił, ale już mnie juchy znają! Szolla znam od małego. Starzy mieszkali obok. Mój szewc był, a jego robociarz. Razem nas wpakowali do terminu do stolarza, alem plunął na to świństwo i do roznoszenia gazet się wziąłem. Szoll został. Taki był jucha twardy i uparty. Tłukli go, szturchali, poniewierali, głodzili, on nic, przypiął się, jak kleszcz, do warsztatu. Łeb to był, że można nim było kamienie tłuc. A to raz zastaję w kamienicy chryję. Starego Szolla maszyna zabiła. A u nich tam było czworo bąków i kobieta chora. No — wywieźli umarlaka, zachodzę do nich, mówię: trza fabrykę procesować, a tu siedzi ten stary Duchas i nuż gadać, jak klecha w kościele, że to Bóg nad sierotami, że to byle statek i praca, to i bieda ucieknie, a oni, durnie, wszystkie chlipią i wierzą. Plunąłem i poszedłem. Nie żaden tam Pan Bóg, ale Duchas ich w opiekę wziął, a Szoll, jak wołem był, tak i został. A to jeszcze takie durnie to szczęście mają, że na gorszych od siebie trafiają, bo fabryka z dobrej woli pięćset blatów im zapłaciła.
Myślisz, że Szoll choć surdut sobie sprawił, albo kolegom postawił piwa z tej okazji? Akurat! A pożyczył to komu złotówkę? Na posagi dla sióstr będzie, powiada. Hrabianki! Zhardziało to, nadęło się, ledwie patrzy na sąsiadów, edukacji potrzebuje, na lekcje chodzi, a starą na lato na wieś wywożą, na wody, na kurację!
Jedni się obrazili, ogadywali drudzy, alem ja zwąchał, że z głupiego zawsze pociągnąć można. Jedna z dziewczyn gębę miała urodziwą, choć jeszcze bąk był niedorosły. Wstępowałem wieczorami, to świętem, basowałem im, przytwierdzałem, co nieco przyniosłem, to gazetę, to jabłek.
I tak trwało, aż dzieweczka dorosła. Wtedy uderzyłem w konkury. Dali mi ją i sto pięćdziesiąt fajgli w łapę. Przystałem do spółki z Rubinem i w Grodzisku założyliśmy piwiarnię, z bilardem i z muzyką, kokosowy był interes, gdyby nie Wikta, niby moja żona.
Jak jej wyłożyłem, że dla gości ma grzeczna być, usłużna, tak podniosła wrzask, sprałem ją, uciekła do familji. Nie bardzom gonił, bo i pieniądze i przyodziewek i pierzyny mi zostały, a i oni znaku życia nie dawali. Ale interes się popsuł. Rubin drapnął jucha, zostałem na lufcie. Wtedy poszedłem po Wiktę. A u Szollów tymczasem stara zmarła, dwie dziewczyny za mąż poszły, chłopak najmłodszy aż w Galicji był, w szkole. Ten nasz Szoll Antek mieszkał tam i Wikta z nim.
Widzę, że im się dobrze dzieje, można się będzie pożywić. Zachodziłem po Wiktę, co parę dni i zawszem dostał parę złotych a i rubla czasem. Potem zaczęli się stawiać, tom zaczął grozić; dawali, byle ich w spokoju zostawić. Aż raz Rubin się odnalazł; powiada: — Dam ci sto rubli za Wiktę, a potem założymy znowu interes.
Namówiłem kobietę na spacer, że to niby chcę sklepik założyć spożywczy, żeby przyszła obejrzyć. No — wstąpiliśmy na piwo, wsypałem proszek, samą wsadziłem w dorożkę, zdałem żydowi. Co? Mogę znać Szolla! Szwagier jestem!
— I nic za to nie miałeś? — spytał Niekrasz, któremu, pomimo wielkiego zahartowania, a raczej nieczułości na występek, zrobiło się straszno.
— Od kogo? Szoll przyszedł i skamlał tylko, obiecywał setki, byle powiedzieć, gdzie siostra. Duchas groził mi sądem Bożym i karą niebieską. Skląłem ich i przegnałem. Nikomu nic do mnie. Mąż jestem, do żony ja jeden prawo mam, przed nikim się nie mam tłómaczyć, gdzie jest. Ale mi obrzydli szczekaniem, więc wyjechałem na parę lat do Łodzi.
— No, a Szoll gdzie siedzi teraz? Nie zjawi się lada dzień?
Tamten się roześmiał tylko.
— Nie. Mocno siedzi. Jakem go w Łodzi spotkał, myślę: gotów mi tę starą chryję odgrzebać. Więc postarałem się, że go wzięli do ula, na sam spód. Bądź spokojny, nie prędko wylezie, jeśli wylezie. Dobrze go oplątaliśmy.
Ty tylko dobrze uważaj! Radyńskich się trzymaj, do Duchasa się wkręć. Stary ma pieniądze. Może i tysiąc fajgli, a może i więcej. Wybierzesz, jak z własnego kuferka, byleś dobrze do nich się wziął. Szoll u Duchasa mieszkał, do Łodzi poszedł na większy zarobek, jak tu roboty brakło.
— No, a jakiż ten Szoll? Duży, mały, stary, młody?
— Duży, niezgrabny, wołowaty. Lat ma pewnie ze czterdzieści, taki głupi na gębie i powolny w języku. Ot, taka tramwajowa szkapa. No, masz w ręku dobry interes, ino go nie zmarnuj!
— Albom to frajer?
— A pamiętaj! Połowa moja!
— To się wie.
— Co sobota obrachunek, a za miesiąc powinieneś skończyć.
— Będę to się tyle czasu robotą zarzynał dla majstra, psia krew! Albobym wytrzymał?
— Toś zuch! Kończ prędzej!
Że ludzi przybywało do sali, więc poczęli mówić ciszej i pili, aż się pospali na stole, wpół leżąc.
Rankiem Niekrasz kości miał jakby poprzetrącane, głowę ciężką, ramiona sztywne. Klnąc, ruszył do roboty, ale przez drogę nagadał sobie na rozum i z dobrą miną stanął do warsztatu.
Muskuły jego od pracy odwykłe, zwątlałe nędzą, głodem i złem życiem, sprawiały mu nieznośny ból, odmawiały posłuszeństwa. Zaciskał zęby, z pod oka śledził, czy majster nie uważa i krzepił się myślą, że niedługo tego. Znowu na obiad tylko wody wypił, mało co się odzywał, bojąc się bryznąć tajonem rozdrażnieniem. Ale Radyński tego dnia wychodził parę razy na miasto do klientów, majstrowa miała pranie, Adolf był ponury, bo trzeźwy. Nikt na czeladnika nie zwracał uwagi.
O ósmej, gdy wychodził, wszedł Duchas. Przyniósł jakąś tokarską robotę i rzekł:
— A macie to kąt do spania i wikt?
— Ale, cztery pokoje od frontu i kolację z szampanem w «Europie»! — zaśmiał się szyderczo Niekrasz.
— Bo to u mnie po Szollu miejsce jest w izbie, to można się zakwaterować.
Niekrasz podziękował skwapliwie, myśląc, że istotnie takich głupców nie spotkać na świecie. Wprost samochcąc, leźli w ręce. Poszli razem ze starym na Leszno.
Tokarz miał suterenę obszerną, ciepłą, a tak w niej było czysto i porządnie, że pomimowoli Niekrasz zapomniał o swych złych zamiarach i odczuł wielkie zadowolenie i radość zwierzęcą z dobrego legowiska. Myśli mordu i rabunku zniknęły, ogarnęła go senność i spokój. Stary dobrodusznie, życzliwie zaprosił go do posiłku. Strawa była ciepła, smaczna, posłanie czyste, przy piecu, w kącie, w izbie cicho i jasno. Włóczęga-ladaco zjadł porządnie, pierwszy raz od niepamiętnych czasów i legł spać, oddawna też pierwszy raz, rozebrany, rozzuty, nie trzęsąc się z zimna. Ostatni obraz, który mu pozostał w oczach, był tokarz u warsztatu. Biała jego głowa, oświetlona wiszącą lampą, zgrzyt dłóta, miarowy stukot tokarni. Potem zasnął kamiennym snem.
Gdy się obudził rano, stary już gospodarzył po izbie.
— A co? Pora w drogę — rzekł poczciwie. — Mróz dziś, zda się, jeszcze lepszy. Zagrzej-że brzuch kawą. A umyj się rzetelnie i włóż na się kurtę Szolla, co tu została.
Niekrasz machinalnie usłuchał o tem myciu, choć oddawna tego nie miał zwyczaju, a potem, pijąc łapczywie kawę i pożerając chleb, rzekł:
— Drogo zechcecie za takie wygody?
— Zarobisz, to się porachujemy. Tymczasem o tem nie myśl. Zmizerowanyś na szczęt.
— Że też takie głupce mogą być na świecie — śmiał się w duchu Niekrasz, idąc do roboty wyspany, syty, w kurcie całej i z kawałem chleba ze smalcem w kieszeni.
Pracował tak kilka dni; muskuły służyły normalnie, zaczął przy robocie pogwizdywać, czasami zupełnie zapominał o celu swego tu zajęcia, wieczorami nie bywał tak bydlęco zmęczony i nie zasypiał odrazu, ale przypatrywał się robocie tokarza, rozmawiał z ludźmi, którzy przychodzili do sutereny.
Poznał dwie siostry Szolla i jego szwagrów, poznał sąsiadów z suteren i stróża, poznał kilkoro dzieci, które u Duchasa uczyły się czytania i katechizmu. A wszyscy ci ludzie całowali starego w rękę i nazywali go ojcem, dla Niekrasza byli życzliwi i przyjaźni, bo był kolegą Szolla.
Po tygodniu wiedział już wszystko, co wiedzieć potrzebował: gdzie stary trzymał pieniądze i jaki był klucz do kuferka, kiedy sutereny bywały puste, kiedy stróża nie było w bramie i kiedy stary wychodził z domu. Wszystko wiedział, tylko z dnia na dzień odkładał spełnienie zamiaru.
Jakby w nim usnęły złe instynkty. Ogarnęło go lenistwo, było mu tak dobrze, tak ciepło, spokojnie, tak niebywale inaczej, niż dotąd zawsze i wszędzie.
Gdy w sobotę otrzymał od Radyńskiego zapłatę, przez chwilę pomyślał o tej połowie, którą powinien odnieść Ignacowi nad Wisłę, ale nie poszedł do traktjerni.
— Co go mam szukać? Może hycla nakryli — pocieszał się i wrócił na Leszno.
Gdy chciał staremu płacić za lokal i wikt, ten rzekł:
— To nie pilne. Koszul sobie spraw, kamasze podzeluj, surdut kup. Rzemieślnik jesteś, nie chodź, jak jaki andrus.
I Niekrasz spełnił radę.
Niedziela wydała mu się długa i nudna.
Poszedłby gdzie na piwo, ale bał się spotkać Ignaca. Przesiedział dzień w domu, śpiąc, lub grając na harmonji, pożyczonej od stróża.
Gdy nazajutrz szedł do Radyńskiego, ciągle się spodziewał spotkać Ignaca i zaczęła go ta myśl prześladować uparcie, ciągle dręczyć. Przy robocie, byle kto zajrzał w okno, spodziewał się, że to Ignac, na ulicy nakładał drogi i pod ścianami się przemykał, u Duchasa siadywał w kącie, by go z okna widać nie było. Minął drugi tydzień. Gdy w sobotę wychodził z warsztatu, w ciemnym korytarzu spotkał Ignaca. Stał cuchnący wódką, zuchwały.
— Ty, psia krew, myślisz mnie wziąć na kawał? — rzekł, pięścią mu grożąc. — Dawaj moją połowę!
— Nie pyskuj, ludzie posłyszą — odparł cicho Niekrasz.
Wyszli. Ignac przekpiwał:
— Burżuj, psia mać! Lakiery, sak, krawat! Może jaśnie pan ma karetę, może do Bristolu na kolację? I to wszystko za moje pieniądze! Myślałeś, że Ignac zapomniał?
— Mówię, nie pyskuj! — powtórzył Niekrasz, złowieszczo błyskając oczami.
— Co? Grozisz? Chcesz majchra skosztować?
— A ty?
Stanęli obadwaj z ręką prawą w kieszeni, skupieni do skoku. Ignac się roześmiał.
— No! Dosyć! Dawaj pieniądze!
Niekrasz dał mu trzy ruble.
— Dawaj sześć! Tyle się należy.
— To weź!
Znowu się Ignac opamiętał i zaśmiał.
— No, niechta! Oddasz potem. Chodź, postawię ci. Byłem na wsi. Pokażę ci, co za fajn dziewuchę sobie przywiozłem. Rubin da setkę.
Niekrasz poszedł. Nie wrócił na noc do Duchasa, w poniedziałek nie pokazał się u Radyńskich. Przepadł. Nowi znajomi niepokoili się o niego, przepytywali, szukali. Zginął bez śladu.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Był zmrok zimny, wietrzny, po ulicach hulała śnieżna zadymka. Niekrasz szedł Lesznem. Miał na sobie znowu łachmany, kołnierz podniesiony, kapelusz wsunięty na oczy, ręce po łokcie w kieszeniach. Był to poniedziałek, tego wieczora Duchas nigdy nie spędzał w domu i wracał późno z jakiegoś nabożeństwa. Niekrasz o tem wiedział. Okna sutereny były ciemne, w bramie pusto, bo stróż zapalał lampy po schodach. Niekrasz przemknął, jak cień, przez bramę, wsunął się w dobrze sobie znany piwniczny korytarz, namacał drzwi i począł próbować klucza, który z sobą przyniósł. Ale drzwi nie były zamknięte, otworzyły się bez szelestu. Chwilę stał w progu, bez tchu, słuchając. Izba była pusta, bezbronna. Tedy na pamięć, orjentując się w ciemności, posunął się do kuferka, przyklęknął, począł próbować znowu podrobionego klucza, otworzył, zagłębił rękę, szukał na spodzie.
W tej chwili poruszył się ktoś na łóżku, i senny głos spytał: Kto tam?
Niekrasz znieruchomiał, wstrzymał oddech, palce jego, już obejmujące wiadome pudełko z pieniądzmi, nie śmiały ścisnąć zdobyczy. A wtem klucz podrobiony upadł na podłogę.
— Kto tam? — rozległo się groźnie.
Ktoś się zerwał, rzucił się ku niemu w ciemności. Niekrasz poczuł krew w mózgu, w oczach sięgnął do kieszeni, zamachnął majchrem i dźgnął z całej siły. Nóż wszedł po rękojeść, rozległ się krzyk, upadek, Niekrasz nóż cisnął, porwał pudełko, rzucił się ku drzwiom, potknął się na ciele, zerwał i uszedł. Gdy się wydostał na ulicę, był jak pijany; biegł, potem się opamiętał, skręcił w boczną ulicę, potem w inną, i szedł, szedł, nie wiedząc gdzie, bez planu, byle dalej. Nareszcie zabrakło mu sił, rozejrzał się, był w pustce, nie wiedział gdzie, ale się o to nie troszczył. Siadł na stosie szyn żelaznych, rozłamał pudełko, poczuł pieniądze papierowe i metalowe, schował je do kieszeni, pudełko cisnął precz za jakiś parkan i odetchnął. Nie było pościgu; nikt go nie widział, udało się. Spotniały był, serce mu biło gwałtownie i chwilowo dreszcz wstrząsał. Wyląkł się okropnie tam, w izbie. Nie spodziewał się tego, co się stało. Zabił starego — musiał. Dobrze dźgnął, terazby tak nie zdołał, wszystko się w nim trzęsło.
Pierwszy raz majchrem pracował. Trzeba iść, wypić mocnej, bo zimno obejmuje. Za mostem Ignac czeka. Kłębiły mu się myśli bezładnie... Ile może być pieniędzy? Ciemno było, nie widział. Część schowa; zabił starego, strachu się najadł, sprawiedliwie mu się należą wszystkie. Ale Ignac go znajdzie, nie ukryje się przed nim, gotów go wydać. Począł się trząść znowu strachem. Co z tego, że uciekł? Podejrzenie nań padnie, znajdą. Zabił. Ignac go ukryje, wyśle. Ignac śmiać się będzie z jego strachu.
Wstał, zorjentował się i ruszył ku miastu. Przy pierwszej latarni przejrzał zdobycz i zaklął. Było wszystkiego pięćdziesiąt rubli papierami i kilka srebrem. I poto tyle miał zachodu i zabił starego! Ogarnęła go wściekłość. Zabił i dobrze, że zabił. Stary oszust był, mydłek, niby to dobroduszny, a fajgle chował, niech teraz przepadną razem z nim. Ignac nie uwierzy i durniem go nazwie, jak się przekona, że nic nie ukrył.
Teraz miał już latarnie przy pustej fabrycznej ulicy i zobaczył, że rękę miał obryzganą krwią. Wytarł ręce, wytarł rękaw, wytarł śniegiem twarz, przybrał powolny chód próżniaka, bo ludzie zaczęli się pokazywać i wreszcie dotarł do mostu.
W umówionym na schadzkę szynku nie zastał Ignaca. Kazał sobie dać jeść i wódki. Jadło nie przechodziło przez gardło, pił wódkę, jak wodę, jakby spragniony był ognia. Badał wchodzących, nie było Ignaca. Nareszcie wszedł znajomy i Niekrasz go zawołał:
— Antek, nie wiesz, gdzie Ignac?
Tamten się roześmiał.
— Tyś gdzie był ten tydzień?
— Robotę miałem.
— A pilny masz do Ignaca interes?
— No!
— To się powieś! Może go jeszcze dogonisz.
— Albo co?
— Bo go onegdaj do trupiarni zawieźli.
— Jakto? Umarł?
— Poco miał umrzeć? — Zarżnęli go!
— Kto? Jak?
— Kto? Pewnie Rubin komu trzy ruble za to dał. A jak? Ot, tak.
I zrobił ruch wymowny wydobytym z za cholewy nożem, a potem sięgnął po butelkę z wódką, wypił do dna i rzekł:
— To ty fundujesz za dobrą nowinę.
A Niekrasz zbielałemi od pijaństwa oczami patrzał w próżnię i widział jakby fale czarnej krwi, gęstej, lepkiej, obrzydliwej i myślał wkółko jedno:
— I nacom to zrobił, kiedy go już nie było! I nacom to zrobił? Tylem razy chciał jego zadźgać i nie śmiałem a zadźgałem starego. A teraz co? I nagle zwalił się półciałem, głową o stół i począł wyć, skamleć. Wokoło powstało zaciekawienie i wybuch śmiechu, gdy Antek wyjaśnił:
— A to Franek po Ignacu tak ryczy. Jak niemowlę, co od mamki odsadzą.
Posypały się koncepty, drwiny. On na nic nie zważał. Bijąc głową o stół, jęczał.
Przez tydzień pił do bezpamięci; zasypiał i zaledwie oprzytomniał, pił znowu. Gdy przepił wszystko, traktjernik wyrzucił go pewnej nocy, jak kłodę, za drzwi, pod parkan. Ocucił go chłód, dźwignął się i powlókł szukać schronienia. Nie pamiętał, gdzie się włóczył, gdzie odpoczywał, o zmroku następnego dnia znalazł się na Lesznie.
Nie chciał tam iść, nie miał sił — musiał.
Nogi się uginały pod nim, mroki osłabienia, strachu, przesłaniały mu oczy, zatrząsł się, przystawał, coś pchało, ciągnęło, szedł, szedł. Przeszedł na drugą stronę ulicy; spojrzy zdaleka w to okno, potem ucieknie. Ale raz spojrzeć musi. Przystanął, spojrzał. Okno oświetlone było wiszącą lampą, pod nią ciemniał kontur człowieka. Niekrasz gorejące oczy wpił w ten punkt świetlany, trząsł się, zdało mu się, że widzi białą głowę starego, jego srebrną, długą brodę, krzaczaste brwi. Roiło mu się coś. Oderwał się od ściany, poszedł przez ulicę ku temu światłu, stanął tuż. Roiło mu się. Przy tokarni, pod światłem lampy, stał stary, poruszał pedał miarowym ruchem, pochylony patrzał na dłóto, formował kawał olszyny. Niekrasz wiedział, że to mamidło, ale patrzał bez tchu, bez ruchu, jak skamieniały.
Nagle stary oczy podniósł, cały w świetle się ukazał i wpatrzył się w niego, spokojnie, smutno. Niekrasz począł dygotać, podniósł ręce; niewiadomo, skąd przyszło mu na myśl przeżegnać się. Stary skinął mu głową i ręką, wzywając do siebie. W bramie nie było nikogo, jak wtedy; drzwi sutereny nie były zamknięte, jak wtedy; w progu stał stary, drzwi za nim zamknął.
Niekrasz zwalił się na ziemię bez czucia.
Gdy się ocknął, leżał na posłaniu swem dawnem pod piecem, a stary siedział przy nim i okładał mu głowę zimną wodą.
Chciał się zerwać i ani ręką nie mógł poruszyć.
— Ojcze, to ja byłem! — wyszeptał.
Stary tylko głową skinął.
— Jezu! Nie zabiłem was? — rozległ się szept, przepojony jakby łzami szczęśliwości.
— Mnie nie — odparł zcicha stary.
— Zabiłem! Kogo?
— Szolla.
— Jezu! Zabiłem!
— Nie, nie. Raniłeś. Leży w szpitalu. Wyżyje.
Do oczu Niekrasza napłynęły łzy i poczęły biec jedna za drugą na spalone żarem policzki.
A stary zcicha mówił:
— Pół roku siedział niewinnie w więzieniu. Przyszedł do mnie, sam został, zmęczony, nędzarz. No i nieszczęście się stało. Szwagier nieszczęśnik winien.
— Szwagier nie żyje.
— Wiem.
— Ojcze, wziąłem pieniądze, przepiłem, was zabić chciałem, Ignaca spólnik jestem... Do kryminału oddajcie, jeśli nie, zdechnę.
— Cicho, cicho! Śniło ci się, pijany byłeś, teraz gorączka cię bierze. Nie bój się, wyżyjesz i ty!
— Łgałem. Szoll mnie nie zna. A jeśli i wyżyje, to czem będę? Stryczek dla mnie, albo majcher!
— Cicho, cicho! Nikt nic nie wie, nikt się nie dowie. A ty będziesz kolegą Szolla. Takeś chciał przecie.
Niekrasz załkał tylko i spalone wargi przytulił do twardej ręki starego.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.