Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


krasz. — Porządne ludzie też tam są, nie gorsze, niż w Warszawie.
— Jużci, że na dwóch nogach chodzą, jak inni.
— A to pan z Łodzi? — spytał stary.
— Nie, alem tam długo był, od maleńkości. Starzy tu mieszkają, na Pradze.
W tej chwili weszła do izby dziewczynka, może ośmioletnia, dźwigając spory koszyk.
— No, trafiłaś? — spytała majstrowa.
— Pani kazała powiedzieć, żeby ciocia przyszła we wtorek.
— Rozbierz się i masz tu kawę! A śpiesz się, bo do ochrony pora!
Dziecko przykucnęło w kąciku, przyglądając się obcemu.
— A ty wiesz, Zuziu, że ten pan to znajomy pana Szolla? — rzekł stary wyplatacz.
— A pan Szoll zdrów? A kiedy do nas przyjdzie? — zagadnęła z żywością, podnosząc na obcego zaciekawione oczy.
— A ty, mała, skąd go znasz? — uśmiechnął się.
— A toć on ją za trzy ruble kupił i nam darował. Nie opowiadał to panu? — rzekła majstrowa.
— Nie. Pierwsze słyszę. Dzieci to kto kupuje!
— Ruszaj, Zuziu, do ochrony! — nagliła majstrowa.
Ale dziecko stało zadumane, rozważające i rzekło:
— Zobaczy pan pana Szolla?
— Albo co?
— Pan powie, że ja do ochronki już chodzę od jesieni i niech mu pan to da od Zuzi...
Tu mu podała wielką, miedzianą dziesiątkę.
— Skąd masz? — spytała majstrowa.
— Pani dała mi na cukierki.
Czeladnik machinalnie monetę wziął i do kieszeni wsunął. Dziecko wyszło.
— Ot, głupi bąk! — rzekł Radyński.