Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy się obudził rano, stary już gospodarzył po izbie.
— A co? Pora w drogę — rzekł poczciwie. — Mróz dziś, zda się, jeszcze lepszy. Zagrzej-że brzuch kawą. A umyj się rzetelnie i włóż na się kurtę Szolla, co tu została.
Niekrasz machinalnie usłuchał o tem myciu, choć oddawna tego nie miał zwyczaju, a potem, pijąc łapczywie kawę i pożerając chleb, rzekł:
— Drogo zechcecie za takie wygody?
— Zarobisz, to się porachujemy. Tymczasem o tem nie myśl. Zmizerowanyś na szczęt.
— Że też takie głupce mogą być na świecie — śmiał się w duchu Niekrasz, idąc do roboty wyspany, syty, w kurcie całej i z kawałem chleba ze smalcem w kieszeni.
Pracował tak kilka dni; muskuły służyły normalnie, zaczął przy robocie pogwizdywać, czasami zupełnie zapominał o celu swego tu zajęcia, wieczorami nie bywał tak bydlęco zmęczony i nie zasypiał odrazu, ale przypatrywał się robocie tokarza, rozmawiał z ludźmi, którzy przychodzili do sutereny.
Poznał dwie siostry Szolla i jego szwagrów, poznał sąsiadów z suteren i stróża, poznał kilkoro dzieci, które u Duchasa uczyły się czytania i katechizmu. A wszyscy ci ludzie całowali starego w rękę i nazywali go ojcem, dla Niekrasza byli życzliwi i przyjaźni, bo był kolegą Szolla.
Po tygodniu wiedział już wszystko, co wiedzieć potrzebował: gdzie stary trzymał pieniądze i jaki był klucz do kuferka, kiedy sutereny bywały puste, kiedy stróża nie było w bramie i kiedy stary wychodził z domu. Wszystko wiedział, tylko z dnia na dzień odkładał spełnienie zamiaru.
Jakby w nim usnęły złe instynkty. Ogarnęło go lenistwo, było mu tak dobrze, tak ciepło, spo-