Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— A co tam? Czego potrzeba? — zagadnął bez wielkiej uprzejmości stolarz, poznawszy wprawnem okiem, że nie klient to był.
— Może dostanę robotę? Kolega Szoll mnie przysłał. Mówił, że pan pytał w gospodzie o czeladnika.
— To czemuż Szoll sam nie przyszedł? Na loterji wygrał, że go nie widać od roku?
— W Łodzi robił. Razem tam byliśmy w fabryce u Grinberga.
— No i co?
— Ano strajk się zrobił, to zamknęli fabrykę.
— A Szoll gdzie teraz?
— Trafiła mu się wczoraj na kolei robota, więc do mnie wstąpił i powiada: mówili mi, że pan Radyński z Nowogrodzkiej potrzebuje czeladnika. Idź się dowiedz, powiedz, że mnie znasz.
— Ano, mam tu zamówione dwie szafy dla jednych państwa. Będzie na parę tygodni robota. Rubla dziennie dam, byle było za co.
— Pokaże się — odparł Franciszek z uśmiechem pewności siebie.
— Na rekomendację Szolla mogę przyjąć. A jakże nazwisko?
— Franciszek Niekrasz.
Majster wstał, zapalił papierosa i wziął linję i ołówek. Czeladnik zdjął palto, odwinął rękawy koszuli, był gotów do roboty. Majstrowa, sprzątając śniadanie, gospodarząc przy kuchni, bystro go sobie obejrzała.
Młody był, krzepki, choć bardzo chudy, z twarzą przystojną, sprytny, zuchwały. Pod paltotem nie miał surduta, tylko kamizelkę i wełnianą koszulę, zamiast kołnierza czerwony szalik. Bieda wyzierała z zapadłych policzków, z dziur odzieży, z oczu zaczerwienionych. Bieda, a może łobuzowstwo. Pokaże się.