Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

czasu nie odezwał do swoich. Ale, jak pan z nim jechał, to wierzyć trzeba.
— Dobrze, że go robactwo w turmie nie żre — mruknął wyplatacz.
— Masz robotę, Adolf. Lżej ci? — rzekł stary.
— Hale, ma szkło! — warknęła siostra.
Wyplatacz nisko głowę spuścił i milczał. Czuł na sobie przejmujący wzrok starego i po chwili podniósł oczy zaczerwienione, mgławe, posępne. Nic sobie nie rzekli słowem.
— Zuzia w ochronie? — spytał stary Radyńskiej.
— Codzień posyłam, a jakże.
— A ja tu parę groszy przyniosłem dla Wilgockiej. Jedni państwo mi dali.
Wyjął w szmatkę związane i podał majstrowej.
— A, przyjdzie wieczorem, to oddam.
Kaktus, jak tylko stary wszedł, skoczył mu na kolana, skomląc radośnie, łasił się, a potem do snu się ulokował pod jego głaszczącą ręką. Teraz go stary na rękach przeniósł na kanapkę i począł się żegnać.
— Przyjdziesz wieczorem? — rzekł do Adolfa.
A od progu jeszcze się na Niekrasza obejrzał i dodał:
— A kiedy pan Szolla kolega, to musi być porządny człowiek. Bez chleba pan już między nami nie będzie.
Po jego wyjściu długie panowało milczenie.
— Kto to taki? — spytał wreszcie Niekrasz.
— Duchas, tokarz z Leszna. Szoll nie mówił panu o nim?
— Mówił, jakże!
— Ile dał dla Wilgockiej? — spytał Radyński.
— Jedenaście złotych. Gada to o jakichś państwach, a pewnie swoje dał.
— To się rozumie. Ma stary grosz.