Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i przegnałem. Nikomu nic do mnie. Mąż jestem, do żony ja jeden prawo mam, przed nikim się nie mam tłómaczyć, gdzie jest. Ale mi obrzydli szczekaniem, więc wyjechałem na parę lat do Łodzi.
— No, a Szoll gdzie siedzi teraz? Nie zjawi się lada dzień?
Tamten się roześmiał tylko.
— Nie. Mocno siedzi. Jakem go w Łodzi spotkał, myślę: gotów mi tę starą chryję odgrzebać. Więc postarałem się, że go wzięli do ula, na sam spód. Bądź spokojny, nie prędko wylezie, jeśli wylezie. Dobrze go oplątaliśmy.
Ty tylko dobrze uważaj! Radyńskich się trzymaj, do Duchasa się wkręć. Stary ma pieniądze. Może i tysiąc fajgli, a może i więcej. Wybierzesz, jak z własnego kuferka, byleś dobrze do nich się wziął. Szoll u Duchasa mieszkał, do Łodzi poszedł na większy zarobek, jak tu roboty brakło.
— No, a jakiż ten Szoll? Duży, mały, stary, młody?
— Duży, niezgrabny, wołowaty. Lat ma pewnie ze czterdzieści, taki głupi na gębie i powolny w języku. Ot, taka tramwajowa szkapa. No, masz w ręku dobry interes, ino go nie zmarnuj!
— Albom to frajer?
— A pamiętaj! Połowa moja!
— To się wie.
— Co sobota obrachunek, a za miesiąc powinieneś skończyć.
— Będę to się tyle czasu robotą zarzynał dla majstra, psia krew! Albobym wytrzymał?
— Toś zuch! Kończ prędzej!
Że ludzi przybywało do sali, więc poczęli mówić ciszej i pili, aż się pospali na stole, wpół leżąc.
Rankiem Niekrasz kości miał jakby poprzetrącane, głowę ciężką, ramiona sztywne. Klnąc, ruszył do roboty, ale przez drogę nagadał sobie na rozum i z dobrą miną stanął do warsztatu.