Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/223

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Wstał, zorjentował się i ruszył ku miastu. Przy pierwszej latarni przejrzał zdobycz i zaklął. Było wszystkiego pięćdziesiąt rubli papierami i kilka srebrem. I poto tyle miał zachodu i zabił starego! Ogarnęła go wściekłość. Zabił i dobrze, że zabił. Stary oszust był, mydłek, niby to dobroduszny, a fajgle chował, niech teraz przepadną razem z nim. Ignac nie uwierzy i durniem go nazwie, jak się przekona, że nic nie ukrył.
Teraz miał już latarnie przy pustej fabrycznej ulicy i zobaczył, że rękę miał obryzganą krwią. Wytarł ręce, wytarł rękaw, wytarł śniegiem twarz, przybrał powolny chód próżniaka, bo ludzie zaczęli się pokazywać i wreszcie dotarł do mostu.
W umówionym na schadzkę szynku nie zastał Ignaca. Kazał sobie dać jeść i wódki. Jadło nie przechodziło przez gardło, pił wódkę, jak wodę, jakby spragniony był ognia. Badał wchodzących, nie było Ignaca. Nareszcie wszedł znajomy i Niekrasz go zawołał:
— Antek, nie wiesz, gdzie Ignac?
Tamten się roześmiał.
— Tyś gdzie był ten tydzień?
— Robotę miałem.
— A pilny masz do Ignaca interes?
— No!
— To się powieś! Może go jeszcze dogonisz.
— Albo co?
— Bo go onegdaj do trupiarni zawieźli.
— Jakto? Umarł?
— Poco miał umrzeć? — Zarżnęli go!
— Kto? Jak?
— Kto? Pewnie Rubin komu trzy ruble za to dał. A jak? Ot, tak.
I zrobił ruch wymowny wydobytym z za cholewy nożem, a potem sięgnął po butelkę z wódką, wypił do dna i rzekł: