Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

kojnie, tak niebywale inaczej, niż dotąd zawsze i wszędzie.
Gdy w sobotę otrzymał od Radyńskiego zapłatę, przez chwilę pomyślał o tej połowie, którą powinien odnieść Ignacowi nad Wisłę, ale nie poszedł do traktjerni.
— Co go mam szukać? Może hycla nakryli — pocieszał się i wrócił na Leszno.
Gdy chciał staremu płacić za lokal i wikt, ten rzekł:
— To nie pilne. Koszul sobie spraw, kamasze podzeluj, surdut kup. Rzemieślnik jesteś, nie chodź, jak jaki andrus.
I Niekrasz spełnił radę.
Niedziela wydała mu się długa i nudna.
Poszedłby gdzie na piwo, ale bał się spotkać Ignaca. Przesiedział dzień w domu, śpiąc, lub grając na harmonji, pożyczonej od stróża.
Gdy nazajutrz szedł do Radyńskiego, ciągle się spodziewał spotkać Ignaca i zaczęła go ta myśl prześladować uparcie, ciągle dręczyć. Przy robocie, byle kto zajrzał w okno, spodziewał się, że to Ignac, na ulicy nakładał drogi i pod ścianami się przemykał, u Duchasa siadywał w kącie, by go z okna widać nie było. Minął drugi tydzień. Gdy w sobotę wychodził z warsztatu, w ciemnym korytarzu spotkał Ignaca. Stał cuchnący wódką, zuchwały.
— Ty, psia krew, myślisz mnie wziąć na kawał? — rzekł, pięścią mu grożąc. — Dawaj moją połowę!
— Nie pyskuj, ludzie posłyszą — odparł cicho Niekrasz.
Wyszli. Ignac przekpiwał:
— Burżuj, psia mać! Lakiery, sak, krawat! Może jaśnie pan ma karetę, może do Bristolu na kolację? I to wszystko za moje pieniądze! Myślałeś, że Ignac zapomniał?