Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Ale ziewanie to było nie do snu, ale z sytości i tak się go od tej chwili czepiło, jak choroba. Czy talary liczy, czy szaty sprawia, czy za biesiadnym stołem z Polą siedzi, czy na granie i hece idzie słuchać i patrzeć, precz ziewa i ziewa. Dziwuje się wójt, dziwuje Pola. Leki dają, cyganów i owczarzy się radzą, niema zmiany. Jasiek się skarży, że mu w żywocie piecze, w wątrobie pali — i ziewa.
A w pierzynach sen go nie bierze, miejsca znaleźć nie może; nud go żre i zgaga męczy.
Aż jednej nocy posłyszał jako na grzędzie kur pieje, przypomniał sobie rodzoną chatę i robotę, z pościeli się porwał i milczkiem na świat się wydostał. A na świecie znów jesień była i ledwie świt ze mgły się przecierał. Z drzew zimna rosa kapała, porykiwało bydło, skrzypiały żórawie studzienne, z ptactwa ino wróble ćwierkały i koguty wołały do roboty.
Wyszedł za bramę Jasiek, wyszedł na puste pola, zapachniała mu rola, ruszona pługiem. Patrzy: parobek wójtów ściernisko kraje, wpół senny za pługiem się wlecze, wpółsenne wloką się szkapy. Aż tu Jaśka coś porwie, jako do tańca w gospodzie. Odsunął parobka, za pług ujął, nawrócił, krój na skibę założył, na szkapy krzyknął i ruszył. Gdy do miedzy doszedł, żupan ze siebie ściągnął, bo w nim aż krew grała, choć mgła chłodem kąsała, a gdy drugi raz zawrócił, buty zezuł; a gdy trzeci raz zawrócił, czapkę zdjął, rękawem pot otarł, jasnemi oczami po bruzdach się obejrzał i tak mu było, że siebie nie czuł.
Wójtów dwór daleko był a z dąbrowy opodal wyszła dziewczyna ku niemu i pozdrowili się jak swoi.
— Poganiaj mi konie, dziewucho! — rzekł.
Poszła przodem, brózdą, a konie za nią, żwawo przeskakując, a za pługiem Jasiek śpiewający.
Orze, orze, skiba się kładzie równiutko, raz koło razu. Na plecach Jaśkowych pot przejął koszulę, na licach Jaśkowych krew się barwi a Jaśkowe piersi