Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Galante wiano!
— Od wiosny do wiosny moje ciernie kwitną.
— I szarpią każdego?
— Kto w chacie żyje mojej, temu one kwitną i stróżują. Nie wiesz ty, jako wonią cierniowe kwiaty?
— Nie, anim ciekawy!
Dziewczyna ogarnęła go smutnemi oczami, rzekła zcicha, nieśmiało: Bóg cię prowadź!
I czy ona przyśpieszyła kroku, czy on zwolnił, ale się rozeszli i gdy Jasiek do stryja doszedł, sam był.
— Rzekła ci, jak słońce prząść i tkać? — pyta stary.
— Iii, nie. Takeśmy z przypadku chwilę razem szli. Nie powiadajcie ojcu!
— Onby mi mej mowie, ni własnym oczom nie wierzył. Dawno cię u wójtów myśli. Kwap się, tam dziś właśnie zakłuli wieprzaka, czekają na cię.
Takci i było. Przyjęli Jaśka mile, rozpoczęła się gościna i wczas. W dzień Pola prowadziła go dostatki swe pokazywać, cztery razy stół nakrywała, a wieczorem pod sufit miał puchy i spał syty. Dla rozrywki liczyli z wójtem talary, to szaty piękne przymierzali i zmieniali, to kupowali, co im się spodobało, to szli strojni, biedniejszym się pokazywać, czapkowania i pokłonów użyć.
Przemyśliwała mu Pola coraz to inne dania i trunki i kołacze, kładła na się codzień nowe paciorki i pierścienie, aż się jarzyło od niej. Opasł się Jasiek, oczy mu od snu zapuchły, karku w trójnasób przyrosło, aż wreszcie poczęło go coś w szyi uwierać. A to tasiemka, na której pierścień matka zawiesiła, nie może karku obstać.
Wtedy się zamedytował. Wypraktykował do syta, nazalecał się dość długo — trza Poli ślub ślubić, pierścień dać. Pomyślał, ziewnął i w pierzynach się obrócił. Zasnę jeszcze, kiedy ziewam!