Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niosła na ramieniu, gliniany, biały. Pozdrowił ją Jasiek, odrzekła cichutko i tak szli w pole.
— Wino masz w dzbanie, dziewczyno? — pyta.
— Wino.
— Z oberży?
— Nie, z onych ros polnych.
— Rosa woda, nie wino.
— Zaś kosztowałeś z mego dzbanka?
— Radbym może. Daj!
— Zapłacisz?
— Takaś handlarka? Jak Kaśka z gospody?
— Nie wiem, kto Kaśka.
— A co ci dać za twe wino?
— Pierścień kowany!
Skoczył Jasiek, za piersi chwycił.
— A ty skąd wiesz, że go mam?
— Toć widzę, świeci się jak gwiazda.
— A tyć kto?
— Stolarzów Zośka.
Stanął Jasiek jak wryty z podziwu, obejrzał się, czy go ojciec nie widzi na tych zakazanych zalotach. Ale na drodze, jeszcze daleko, na kamieniu, tylko stryj siedział, fajkę kopcił.
Więc się uspokoił i mówi ciekawie:
— Tyś śpiewaczka i baśniarka, u ciebie zimują skowronki, kądziele z nici słonecznych czynisz? Jako je tkasz?
— Daj pierścień, pieśni posłyszysz, na Gody ci ptaszki zaśpiewają, a co wytkam, w to cię przyoblekę. Daj pierścień!
— Gdzie twa doma?
— Tam.
— Buda ci jest, nie dom. A co tam wokoło bieleje? Sad?
— Sad. Cały rok kwitnie.
— Jabłka dawa?
— Nie; u nas w sadzie ino ciernie.