Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

nabrały tchu, mocy. Zda mu się, jak ptak poleci, byle za rączki pługa nie dzierżał.
— Nie kąsa cię zimny szron w bose stopki, dziewczyno? — pyta.
— Toć nie szron, to pierwsze kwiatki białe.
— A ostry żwir ci stopek nie kaleczy?
— Toć nie żwir, to mąka na kołacze.
— By na nasze, weselne! — nieśmiało prawi.
— Ludzie prawią, że u mnie doma i chleba niema — odpowiada. — Ino ci prawią, co u mnie nie byli.
— A był ci kto u ciebie?
— U ojca każdy rad bywa, jak co potrzebuje, do matusi rad idzie każdy po radę.
— A ciebie nikt nie swata? Drożysz się?
Milczy dziewczyna, nie wspomina o pierścieniu, ale Jasiek jakby jej myśli przejął, mówi:
— Nie dostać cię na prośbę?
— Nie.
— Ni mocą?
— Nie.
— Ino za pierścień kowany?
— Wiesz.
Podchodzą ku wójtowemu dworowi. Ona we mgły się wsunęła, tak się niemi jak płachtą zgrzebną okryła i z oczów mu przepadła, a przed bramą stoi Pola, ręce łamie, stoi wójt i sinieje z pasji.
— Co ty, narzeczony mojej dziedziczki, za pługiem chodzisz bosy? A żupan twój bogaty gdzie? A kołpak twój soboli gdzie? Toś ty cham, rataj, mużyk, swą godność w błocie szargasz! Chyba ci się rozum pomieszał, pośmiewisko z siebie czynisz!
A Pola go obejmuje, do izby ciągnie.
— Chodź miły! Ojciec wybaczy. Chodź w pierzyny, zmęczyłeś się, wyleż. Tłustego skopa dziś biją, świeżuchne pszenne kołacze pieką. Wieczorem przyjdą