Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A no.
— Co też ona robi?
— Ze słońca sobie kądziel czyni.
— Jakto? Poco?
— Żeby zimę prząść.
— Naco?
— Żeby zawsze w chacie majowe słonko mieć.
— To to można?
— A to się jej spytaj! — drwi stary.
— No, a owe ptaszki co do niej się mają?
— Co się nie mają mieć, kiedy w niej zimują?
— Skowronki?
— Precz wszystkie; ot i słowik do niej z czeremchy poleciał. Nie widzisz, jako je karmi?
Słońce zgasło, więc dziewczyna przestała nici z powietrza garnąć, a wyciągnęła dłonie i przypadły do nich ćmy ptasze, coś brały, żerowały, a ona w owym obłoczku z lotek poczęła iść przez srebrne mgły ku gajom, ku dąbrowom, ku gniazdom swych biesiadników.
— To to tak można? — pyta Jasiek.
— Spytaj się jej, jeśli dogonisz — śmieje się stary.
Chłopak zawrócił ku gajom z drogi, a wtem na ścieżce wyszła ku niemu dziewczyna. Aż stanął, aż mu dech zaparło, tak była urodziwa, tak strojna.
Popatrzeli na siebie, rzuciły im się do lic wary krwi, jakby się znali, odnajdywali. Więź tataraku, czeremszyny, brzozowych gałęzi niosła, woń odeń biła i gorącość, a gdy go tak objęła oczami, zaśmiała się usty jak wiśnie, błysła zębami, przegięła się doń i rzuciła mu na ramię swe kwietne brzemię.
— Chłopcze, sokole, pomóżcie dźwigać, a przeprowadźcie wedle cmentarza. Mnie samej ciężko i straszno! — przymila się wabnie.
A Jasiek na jedno ramię ten cały maj zarzucił, a prawicą dziewczynę ogarnął i zawrócili ku miasteczku.
Mijają kamień przydrożny, stryj siedzi, lulkę pyka.