Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



PIERŚCIEŃ

Przyszedł czas Jaśkowi na swoje iść, ślub ślubić, robotę i dolę wybrać. Jeszczeby go doma zatrzymała matka, jeszcze jej dzieckiem się widział, jeszczeby go rada miała siostra, ale ojciec nalegał, bo młodsi bracia podrastali, rąk w chacie nie brakło, nie brakło też gąb do jadła. Trzeba Jaśkowi na swoje iść, doli szukać. Poczęli go do tego namawiać i radzić i przestrogi dawać. Zeszli się i dwaj bracia starsi na tę naradę, już oddzieleni i osiadli, i sejm się w chacie uczynił.
Były w miasteczku dwie dobre partje: oberżysty Kasia i wójtów Pola.
Starszy brat, co pocztę trzymał, gospodę radził.
— Gospoda, wiadomo, to bezustanne wesele. W gospodzie skrzypki i basy, w gospodzie śmiech i śpiewki, co chwila nowina, a wypić zawsze okazja, a już z kogo nie korzyść, jak z pijaka. Ty, Jaśku, na nic się nie oglądaj, idź do gospody.
— A jaka ci też ta Kaśka? — zagadnęła niespokojnie matka.
— Co tam Kaśka! — fuknął ojciec. — Dziewka i tyle. Jedynaczka oberżysty to grunt.
A siedział też w chacie stryj bezdzietny, co go w chacie trzymali, bo swoje przehulał, że to niedbajło był i włóczęga. Tego nikt o radę nie pytał. Siedział pod piecem, fajkę kurzył, słuchał i od niechcenia dogadywał.
— Kaśka, jak wino. Skosztuje, to pozna.