Paryzyna (Byron, 1895)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor George Gordon Byron
Tytuł Paryzyna
Pochodzenie Poemata
Data wydania 1895
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Franciszek Dzierżykraj Morawski
Tytuł orygin. Parisina
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


PARYZYNA[1]
w przekładzie
Franciszka D. Morawskiego.


I.

Oto godzina, gdy z pośród drzew cienia
Najuroczniejsze słowik leje pienia,
Gdzie tysiąc zaklęć miłosnéj osnowy
Zdają cichemi rozpływać się słowy.
Głośniéj zdrój płynie, wiatr miléj szeleści,
Dźwiękiem ich ucho samotne się pieści,
Każdy kwiat lekko wonna skrapia rosa,
Pierwszemi gwiazdy iskrzą się niebiosa,
Wszystko ciemniejszą przybiera osłonę,
I błękit wody i drzewo zielone,
A na lazurze to światło pół mgliste,
Tak mile ciemne i tak ciemno-czyste,
Co po skonaniu dnia jeszcze jaśnieje,
Gdy księżyc wschodzi a zorza blednieje.

II.

Ale nie zdroje spadające nęcą
Z złotych jéj gmachów małżonkę książęcą,
Nie na to nocnym powierza się cieniom,
Aby gwiaździstym dziwić się sklepieniom.
Do gajów Esta Paryzyna wchodzi,
Ale nie kwiatów woń ją tam przywodzi:
Słucha i czeka — nie słowiczych jęków,
Choć równie słodkich oczekuje dźwięków.
Ktoś się w gęstwinę śmiałą wciska nogą,
Lica jéj bledną, sierce bije trwogą...
Wtém ciche słowo wsuwa się miłośnie,
Wraca rumieniec i pierś szczęściem rośnie,
Chwila już tylko — jedna chwilka mała,
Ujrzy kochanka — stało się, ujrzała.

III.

I czémże dla nich świat, ziemia, niebiosy,
I wszyscy ludzie, wszystkie zmiany, losy!
Martwi, jak gdyby już byli zmarłemi,
Na wszystko wkoło — nad niemi — pod niemi —
Jak gdyby wszystko już znikło w téj chwili,
I oni tylko wzajem w sobie żyli.
Ileż to ognia w ich westchnieniach pała!
Ach! gdyby radość ta zwolnieć nie miała,
Wkrótceby szczęścia zniszczone nadmiarem,
Serca ich własnym spłonęły pożarem.
Mogliż sen marząc tak ognisty, luby,
Pomniéć na zbrodnię lub lękać się zguby;
Któżby w téj burzy, téj uczuć nawale,
Hamował wrzące namiętności fale,
Któż wówczas myśli, jak czas ten przelotny?
Przeciéż już uszedł i uszedł niezwrotny;
Tak się to człowiek ze snu szczęścia cuci,
Wprzód nim się dowie, że już mu nie wróci.

IV.

Smętném się, rzewném żegnają obliczem,
Z minionéj winy miejscem tajemniczem.
Mają nadzieję — przyrzekli, że wrócą,
Przecież jak wiecznym rozdziałem się smucą.
Ileż to westchnień i uścisków długich...
Jak jedne, usta przyrosły do drugich!
Wówczas gdy pełném światłem blask księżyca
Z grożących niebios na jéj spada lica,
A każda gwiazda, świadek jéj niewiary,
Zda się ją winić i przyzywać kary.
Ten nawał westchnień — ten uścisk tak czuły
Silnie do miejsca zbrodni ich przykuły.
Lecz już czas nagli i rozstać się muszą,
Z drżącą więc, ciężką rozchodzą się duszą,
Skryty dreszcz trwogi krew ich lodem ścina,
I pierwszy zbrodnię już karać zaczyna.

V.

Hugo na łoże samotne się schronił,
Skąd tęskną myślą za kochanką gonił,
I ona także swe niewierne skronie
Na ufném męża złożyła już łonie.

Lecz jakaż sen jéj kłóci tajemnica,
Jakaż to burza uczuć barwi lica?
Cicho się senném odzywa imieniem,
Którego we dnie wyrzecby nie śmiała,
Miłosném męża przyciska ramieniem,
Do serca, które nie dla niego pała.
Zrywa się Azo uściskiem zbudzony,
Poi go widok sennych marzeń żony;
Jakże się mile tą pieszczotą łudzi,
Która w nim tyle dawnych wspomnień budzi,
Jakże rozrzewnia go ta miłość tkliwa,
Która się nawet i w snach jéj odzywa.

VI.

Lekko do swego przytula ją łona,
Sennym się słowom przysłuchuje w ciszy...
Lecz skąd ta nagła bladość, dreszcz Azona,
Rzekłbyś, że trąbę archanielską słyszy.
Mniéj ona strasznym grzmotem go przeniknie,
Kiedy nad jego grobowcem zaryknie,
I gdy na całą wieczność zbudzonego,
Przed niebios, ziemi wezwie go Sędziego!
Jeden dźwięk cichy sennego wyrazu
Całe mu szczęście rozproszył od razu,
Jedno to imię świadczy zbyt dowodnie
I jego hańbę i małżonki zbrodnię.
Czyjeż to imię? — jak gdy groźne wały
Nagle w wzburzonym zagrzmią oceanie,
I tak rozbitkiem uderzą o skały,
Że gdy raz padnie, już nigdy nie wstanie;
Taką to sromu i hańby nawałą
Imię to wstrzęsło jego istność całą.
Czyjéż to imię? — ach! krew się w nim ścina...
Imię Hugona, imię jego syna,
Syna zwiedzionéj młodych lat kochanki,
Zdrajcy z nieszczęsnéj zrodzonego Bianki,
Co się tak płocho dała wieść do zguby,
Nigdy prawemi nie złączona śluby.

VII.

Chwyta za sztylet — napół go dobywa...
I znowu zwolna w głębie pochwy spływa.

Niegodna życia! — lecz czyjéjże ręki
Te tak urocze nie rozbroją wdzięki?
Jakże ją zabić — jak zwłaszcza w tę chwilę,
Kiedy się we śnie uśmiecha tak mile?
Nie budzi żony — ale tak w jéj lice
Ostrzem piorunu gniewne wrył źrenice,
Że gdyby nagle roztwarła powieki,
Mrozem-by śmierci ścięły się na wieki.
Światłem wiszącéj lampy objaśniona,
Lśni się kroplistym potem skroń Azona,
Kiedy wtem cichszy sen ujmuje żonę...
Nie wie nieszczęsna, że jéj dni zliczone!

VIII.

I z ranném słońcem Azo śledzi, pyta,
Lęka się, przecież wieść za wieścią chwyta,
Aż wreszcie wszystko już widzi dowodnie,
Przyszłość mąk swoich i małżonki zbrodnię.
Długie współ nice przestępstw Paryzyny,
Chcąc przed Azonem oczyścić się z winy,
Na nią zwalają zbrodnię, wstyd i karę.
Wszystko już, wszystko odkryte nareszcie,
Jasne i zgodne wyznania niewieście,
Pełną Azona uzyskały wiarę.
Zaprzestał badań — dosyć już z tych wieści,
Serce i ucho wypiły boleści!

IX.

Nie cierpiał zwłoki. W radnych panów gronie
Strażą, rycerstwem, dworem otoczony,
Władca ich berła i dziedzic korony,
Na starożytnym Estów zasiadł tronie.
Stoją przed sądem Hugo, Paryzyna;
Jakże jest piękną — jak oboje młodzi!
Hugo — o Boże! — ojciec-że to syna
W takiéj postaci przed siebie przywodzi?
Odjął mu oręż, ręce okuł w pęta,
I sam swój straszny wyrok mu ogłosi —
Hugo, choć milczy, lecz dusza niezgięta,
Zbroi się w dumę i nad los swój wznosi.

X.

Stoi i ona niema, blada, drżąca,
Stoi na straszny wyrok czekająca;
Nie taką była, gdy w świetność godową,
Po lśniących salach wdzięczną ócz wymową
Radość i szczęście rozsyłała wszędzie,
Gdy dumą było stawać w sług jéj rzędzie,
Gdy każda piękność chcąc piękniejszą zostać,
W słodkie jéj głosu wuczała się dźwięki,
W jéj chód, w jéj układ, jéj uroczą postać,
I w jéj królewskie i godność i wdzięki.
Ach! gdyby wówczas jednę łzę zroniła,
Krzywda jéj wszystkich serc-by krzywdą była,
Tysiąc rycerskich powstałoby męży,
Tysiąc błyszczących wzniosło się oręży;
A dzisiaj jaka w niéj i drugich zmiana —
Możeż co kazać — i będzież słuchana?
Damy — rycerze — cały dwór dokoła —
Spuszczają oczy — milczą — marszczą czoła,
Sroży się dumna na ich ustach wzgarda,
I każda z twarzy tak zimna i twarda!
Ten Hugo nawet, co do jéj pomszczenia
Zwykł tylko czekać na błysk jéj spojrzenia,
Co gdyby więzy swe na chwilę zrzucił,
Lub-by sam poległ, lub jéj wolność wrócił;
Ten Hugo nawet, tak drogi, kochany,
Stoi cieżkiemi obarczon kajdany,
Nie patrzy na jéj łzy w oczach wezbrane,
Bardziéj dla niego, niźli dla niéj lane...
Ach! wczoraj jeszcze błękit żyłek drobnych
Krążył po śniegu tych powiek nadobnych,
A które były tak miłéj białości,
Że się zdawały wzywać ust miłości,
Dziś tak palące, zżółkłe i zwiędniałe,
Nie tyle słonią, ile cisną oczy,
Których spojrzenie łzami ociężale,
Coraz się bardziéj tłumem łez tych mroczy.

XI.

Byłby i Hugo nad nią łzę uronił,
Gdyby tak licznych świadków się ochronił,
Całą męczarnię w swojem zawarł łonie,
Dumne, posępne w górę wznosił skronie;

Umarłby z wstydu, gdyby swéj katuszy
Przed okiem świata nie mógł ukryć w duszy,
Na nią jednakże nie śmiał rzucić wzroku;
Stała mu w myśli okropność wyroku,
Zbrodnia — wstyd — miłość — pamięć dni tak świetnych,
Straszny gniew ojca — wzgarda serc szlachetnych,
Ziemska — wieczysta kara ciężkiéj winy,
A zwłaszcza, zwłaszcza przyszłość Paryzyny!
Nie — nigdy jego nie mogły źrenice
Spojrzéć się na jéj trupio blade lice,
Ryknąłby z żalu i przeklął tę chwilę,
Przez którą na nią ściągnął nieszczęść tyle!

XII.

„Wczoraj się jeszcze — tak Azo zaczyna —
Z chlubą patrzyłem na żonę i syna,
Dziś z tak drogiego marzenia ockniony,
Dziś jeszcze będę bez syna i żony.
Czeka mię ciężar dni pustych, samotnych...
Lecz niechaj losy spełnią się zacięte.
Któżby nie karał przestępstw tak sromotnych?
Nie jam to zerwał te węzły tak święte.
Stało się — Hugo, wyrok twój wydany,
Wszystko gotowe — kapłan przywołany,
Pójdziesz zapłatę zbrodni twéj odebrać.
Nim pierwsze w górze gwiazdy zajaśnieją,
Staraj się w niebie łaskę twą wyżebrać,
Tam tylko możesz sięgać twą nadzieją.
Gdyż na téj ziemi nigdzie się nie zmieści,
Twoja sromota przy mojéj boleści.
Żegnam cię — nie chcę patrzyć na śmierć syna...
Lecz ty — ach! gniew mi krew i usta ścina —
Ty, któréj sercem sama płochość władnie,
Kobieto, czarną niewiarą splamiona,
Ty patrzéć będziesz, jak ta głowa spadnie:
Nie ja — ty sama zabijasz Hugona.
Jeźli nie skonasz w tak okropnéj dobie,
Ciesz się twém życiem, zostawiam je tobie.“

XIII.

Skończył, twarz zakrył. — W każdéj czoła żyle,
Z taką potęgą bije krew wezbrana,
Jak gdyby z żył tych ciągle wypierana,
Ciągle w zdwojonéj powracała sile.

Zwolna nad okiem drżącą ciągnie rękę,
Jak gdyby swoję chciał ukrywać mękę,
Kiedy wtém Hugo dłoń okutą wznosi,
Ojca o wolność przemówienia prosi,
A gdy ten milczy, ozwać się nie wzbrania,
Rzecze: — „Nie bojaźń do tych słów mię skłania.
Widziałeś nieraz, jak na polu chwały,
Krwią twoich wrogów zbroczałem się cały,
I jak ten oręż w każdéj działał walce,
Który mi twoi wydarli służalce.
Dłoń ta w twéj sprawie więcéj krwi przelała,
Niż twój kat z mego wytoczy jéj ciała.
Dałeś mi życie i odbierz je, panie,
Żadnych ja dzięków nie składam ci za nie.
Dar ten był źródłem ciągłego cierpienia,
Wszystkie mi krzywdy matki przypomina,
Zdeptaną miłość i hańbę imienia,
Smutne, okropne dziedzictwo jéj syna.
Lecz grób ją schłonął — w którym już niezwłocznie
Ten syn jéj, a twój współzalotnik spocznie...
Wiecznie tam będą z swych mogił świadczyły,
Krwawe łzy matki, moja krew przelana,
Czém tu dla ciebie wszelkie węzły były,
I czułość ojca i miłość młodziana!
„Skrzywdziłem ciebie — słuszna zemsta, kara —
Krzywda to tylko krzywdę odpłaciła.
Ta nowa — droga dumy twéj ofiara,
Mnie, jak wiesz, wprzódy przeznaczoną była.
Ledwieś ją ujrzał, uwielbił jéj wdzięki,
Jużeś niegodnym uznał mnie jéj ręki,
I tak mię podłym wyszydzałeś rodem,
Jak gdyby nie był zbrodni twéj dowodem.
Nie mogłem wprawdzie zbyt nizko zrodzony
Do świetnéj Estów zasięgać korony,
Kilka lat przecież, a ten syn nieprawy
W wiecznéjby wówczas zajaśniał ozdobie,
I wszystkie laury, wszystkie wieńce sławy
Samemu tylko byłby winien sobie.
Mając mój oręż — przy tém sercu, dłoni,
Byłbym ja hełmu takiego się dobił,
Jaki monarszéj tylu Estów skroni
Przez cały ciąg ich wieków nie ozdobił.

Nie zawsze rycerz rodem znamienity,
Najzaszczytniejszych ostróg się dobijał,
Dzielny mój rumak ostrzem bodźca bity,
Ileż to wodzów i książąt przemijał,
Gdym z zwycięskiemi uderzając krzyki,
Z imieniem Esta spadał w wrogów szyki!
„Nie bronię zbrodni — nie będę cię wzywał,
Byś dla mnie kilka dni, godzin odrywał.
Od tego czasu, co już w krótkiéj dobie
Po moim zimnym ma przepłynąć grobie.
Znikły te krótkie dni młodzieńczych szały,
Jak trwać nie mogły, tak téż i nie trwały.
Podłym był ród mój, podłe imię moje,
Mogłeś je podnieść, uzacnić oboje,
Lecz byłbyś mniemał, że poniżasz siebie;
Przecież twarz tego podłego Hugona,
Niejednym z twoich rysów zaszczycona,
A dusza jego cała wzięta z ciebie.
Z ciebie to wziąłem, ten umysł niezgięty —
Lecz skądżeś zadrżał? — tak jest, z ciebie wzięty.
Z ciebie to we mnie przeszła nieodmienna
Ta dzielność w boju, ta dusza płomienna.
Nie samo tylko życie mi nadałeś,
Całego siebie w moję istność wlałeś;
Patrz, jakim zbrodnia owocem obdarza.
Zbrodniąś mię spłodził i masz téż zbrodniarza.
Prawy to płód twój, co jak ty w swym szale,
Najświętsze węzły potargał zuchwale.
Co zaś do życia, któreś mi tu nadał,
Na to, abym je tak wcześnie postradał,
Tylem je cenił, ile ty sam twoje,
Gdyś zwieńczon hełmem rzucał się na boje,
I gdyśmy jak dwa złączone pioruny,
Grzmiące po trupach puszczali bieguny.
Niczém już wprawdzie jest ta przeszłość cała,
Przyszłośćby nawet przeszłością się stała,
Żałuję przecież, żem nie legł ówcześnie;
Gdyż mimo żeś mię skrzywdził tak boleśnie,
Wydarł kochankę, a matkę zabiłeś,
Dla serca mego zawsze ojcem byłeś.
Wyrok twój dla mnie, acz srogi, straszliwy,
Choć z twych ust wyszedł, przecież sprawiedliwy,

Tak kończę życie, jak było zaczęte,
Zbrodnią nadane, a hańbą zamknięte:
I syn i ojciec zgrzeszyli wzajemnie,
Obu więc razem musisz karać we mnie;
Świat zbrodnię moję w wyższym stawia rzędzie,
Ale Bóg jeszcze rozsądzać nas będzie.“

XIV.

Skończył i ręce na piersiach zakłada,
Tłuką się dźwięczne kajdan ich ogniwa,
Ciężko na serca wodzów brzęk ten spada,
Którym wstrząśnięty łańcuch się odzywa.
Kiedy wtém wszystkie spojrzenia porwała
Nieszczęsna piękność małżonki Azona.
Stoi z wybladłém licem, oniemiała,
Żyjące źródło niedoli Hugona.
Oczy jéj w całéj pełności roztwarte,
I jakby w jedno tylko miejsce wparte;
Nigdy spuszczeniem powiek nie ocenia
Przykréj jasności strasznego spojrzenia.
Dziwnie się białość roztacza szeroka
Wkoło ciemnego błękitu jéj oka,
Które tak zimne, martwe, osłupiałe,
Jakby w niém życie wymarło już całe.
Niekiedy tylko z wezbranéj źrenice
Tak wielka kropla spuszcza się na lice,
Że każdy z widzów dziwi się, zdumiewa,
Skąd oko ludzkie taką łzę wylewa.
Chce się odezwać — boleść głos przydusza,
W bezkształtnym jeszcze wydobyty dźwięku,
Przecież w tym głuchym, nieforemnym jęku
Cała nieszczęsnéj wylała się dusza.
I znów ucicha — znów usta otwiera,
A głos jéj długim krzykiem się wydziera.
I w téjże chwili tak runie o ziemię,
Jak kolos z swojéj podstawy zwalony,
Nie jak żyjące lecz bezwładne brzemię,
Marmur — grobowy posąg Esta żony!
Któżby w niéj poznał tę wdzięczną grzesznicę,
Ten war miłości, tę żądz nawałnicę...
Ślepo się w zbrodni rzuciła bezdroże,
A swéj rozpaczy, wstydu znieść nie może.

Lecz jeszcze, jeszcze żyje i oddycha —
Ach, czemuż nawet i śmierć ją odpycha;
Jakaż w niéj ciemność — jak okropna zmiana...
Pękła nić myśli boleścią zerwana!
Jak ów łuk silny deszczem rozwolniony,
Zdala od celu błędne strzały ciska,
Tak i jéj umysł męczarnią zburzony,
Dzikiemi tylko marzeniami błyska.
Zmarła jéj przeszłość — a przyszłość zczerniała,
Takiém niekiedy światłem się rozświeci,
Jak kiedy nocna zaryknie nawała,
A błysk jéj czarną pustynię przeleci.
Czuje, że dusza jéj jak lodem ścięta,
Że ciężar jakiéjś tłoczy ją boleści,
Że się w tém jakiś wstyd i zbrodnia mieści,
Że ktoś ma umrzéć, lecz kto? — nie pamięta.
Żyjeż — nie żyje? — istotnież to ziemi,
Ziemi téj stopy dotyka się swemi —
Nieboż to widzi? — ludzież to tym wzrokiem,
Czy téż szatani grożą jéj dokoła,
Jéj — co niedawno śmiejącém się okiem,
Tysiączne wkoło rozjaśniała czoła?
Wszystko w obłędnéj duszy powikłane,
Zmącone czucia i myśli stargane,
Kłócą się dziwne bojaźni, nadzieje,
To się rozrzewnia, to znów dziko śmieje,
Radość jéj w burzę, boleść w szał się zmienia,
Walczy z widmami strasznego marzenia,
Zda się, że jakiś czarny sen ją łudzi...
Sen to szaleństwa — już się nie przebudzi.

XV.

Smętno-ciężkiemi z wieży jęcząc tony,
Zwolna klasztorne kołyszą się dzwony.
Jakże boleśnie dźwięk ich serca rani —
Słuchaj! hymn śmierci śpiewają kapłani.
Śpiew ten się zwykle za umarłym wznosi,
Lub téż żyjącym blizką śmierć ich głosi.
Hugo to, Hugo spełnia los swój smutny,
Jemu to nucą — jemu spiż ta jęczy —
Przykre odgłosy i widok okrutny...
Na gołéj ziemi przed kapłanem klęczy.

Przed nim pień sterczy — a wkoło żołnierze...
Kat obnażoną ręką topór bierze,
Nad dzielném, szybkiém przemyślając cięciem,
Lekkiém po ostrzu przeciąga dotknięciem,
Liczne się widze w niemy tłum gromadzą,
Patrzyć, jak syna z woli ojca zgładzą.

XVI.

Mile wieczornym przyglądać się wdziękom,
Gdy się do zajścia zbliża słońce letnie.
Nad tym dniem krwawym wzniosło się tak świetnie
Jakby się tylu urągało mękom,
Zlewa się jasno światło zachodowe
Na potępioną winowajcy głowę,
Gdy ten przy swoim klęczący kapłanie,
Win się swych zwierza i żałując za nie,
W całéj świętości skruszonego ducha,
Tych słów tak błogich i wszechmocnych słucha,
Których dźwięk z boskiém przebaczeniem spływa
I wszystkie plamy duszy ludzkiéj zmywa,
Żywém się światłem ta głowa promieni,
I ten włos wdzięcznych i ciemnych pierścieni,
Który tak białą osłania mu szyję —
Lecz stokroć żywszy odstrzela się promień,
Z toporu kata, co jak groźny płomień,
Strasznym, okropnym wkoło blaskiem bije!
Gorzką jest, gorzką ta krwawa godzina,
Twarde się nawet serce trwogą ścina:
Słuszny jest wyrok i zbrodnia straszliwa,
Wszystkich jednakże wstręt i dreszcz przeszywa.

XVII.

Skończył już wszystkie modły i pokuty,
Śmiały zwodziciel zdradnéj Paryzyny,
Zliczone wszystkie różańce i winy,
Życie ostatniéj dobiega minuty.
Zdjęty na rozkaz płaszcz na ziemi składa,
Pod ostrzem nożyc gęsty włos odpada,
Wszystkie przy saméj głowie mu ucięto.
Miłe mu szaty i pamiątki zdjęto,
Téj szarfy nawet, drogą szytéj dłonią,
Do grobu z sobą zabierać mu bronią.

Wszystko już, wszystko na zawsze złożone..
Kładą nakoniec na oczy zasłonę,
Ale nie — nigdy! — zniósł on obelg tyle,
Lecz téj ostatniéj krzywdy znieść nie umie,
Wszystkie uczucia stłumione na chwilę,
W téj obrażonéj zbudziły się dumie.
Jemuż to będzie, jemu kat ubliżał,
Jegoż to męstwo tą zasłoną zniżał?
Zadrżałże kiedy przed śmierci widokiem?
„Nie — nie — zawoła, krwi, życia nie bronię,
Jużeście moje skrępowali dłonie,
Niechże przynajmniéj z wolném ginę okiem.
Uderz!“ zakrzyknie — i w téj saméj chwili,
Klęka i śmiało nad pniem głowę chyli —
„Uderz!“ — i ledwie tego dorzekł słowa,
Spadł topór — ścięta potacza się głowa.
Krwią buchający kadłub na wznak runął
I z każdéj żyły silny deszcz krwi lunął,
Usta chwilowym bólem się skrzywiły,
Zadrgnęły oczy — i już wiecznie wryły.

Umarł, jak umrzéć występnemu trzeba,
Ni się wynosił, ni téż trwogą podlił;
Wyznał swą zbrodnię, korzył się i modlił,
I nie rozpaczał o litości nieba;
A gdy tak święta chyliła go skrucha,
I z ziemskich uczuć już oczyścił ducha,
Czemże dlań były wśród owéj godziny,
Straszny gniew ojca, miłość Paryzyny?
Żal, skargi, rozpacz — wszystko Bóg przemagał,
Każdą Go myślą, każdém słowem błagał,
Prócz tych słów kilku, które z jego łona
Wydarła nagle duma obrażona,
A które, jak na pożegnanie świata,
Wyrzekł, już prawie pod toporem kata.

XVIII.

Jak martwe trupy, tak bez tchu i głosu,
Stały dokoła świadki jego losu,
Kiedy wtém nagle przeszył tłum ten liczny,
Mroźnego dreszczu piorun elektryczny,

Gdy na tę miłość i tak młode lata,
Z szybkością błysku spadał topór kata.
Tysiąc się drących z piersi jęków ścięło,
Nagle urwało, w głębię serc cofnęło,
Najsłabszy nawet wykrzyk przerażenia
Nie skłócił ciszy strasznego milczenia,
Sam topór głuchym przerwał je odgłosem,
Gdy się aż do pnia silnym wrąbnął ciosem.
Cóż to był za krzyk — tak dziki, nieznośny —
Tak przeraźliwy — tak boleśnie głośny?
Takim to bólem ryczy pierś matczyna,
Gdy niespodziana śmierć jéj wydrze syna,
Tak okropnemi w niebo sięga jęki
Dusza na wieczne potępiona męki.
Wszystkie się oczy zwróciły w przestrachu
Ku górnym oknom książęcego gmachu,
Lecz wszystko nagle w głuchéj znikło ciszy;
Nikt nic nie widzi i nikt nic nie słyszy.
Krzyk ten okropny był to krzyk niewieści,
Wyraz tak srogiéj, nadludzkiéj boleści,
Że każdy w niebo korne wznosił ręce,
By śmierć tak strasznéj chciało zesłać męce.

XIX.

Nigdzie i nigdzie od owéj godziny
Już nie ujrzano znikłéj Paryzyny,
Nigdy i nigdy wspomnianą nie była,
Jak gdyby nigdy na świecie nie żyła.
Jakby słów strachu, przekleństw lub zhańbienia,
Tak się lękano dźwięku jéj imienia.
Wiecznie dla syna i dla żony zdradnéj,
Usta Azona stały się niememi,
Nie mieli grobów, ni pamiątki żadnéj
W niepoświęconéj złożono ich ziemi.
Taki przynajmniéj był udział Hugona;
Skryty los bowiem małżonki Azona
Tak był przed każdym tajony człowiekiem,
Jak proch grobowém przywalony wiekiem.
Poszłaż w klasztorne schronić się ukrycie,
Nieba przez twarde dobijać się życie,
Przez lata cierpień, przez modły i posty,
I łzy bezsenne i pokutne chłosty;

Sztyletże skarał zbrodnię jéj niewiary?
Czy téż z zatrutéj śmierć wypiła czary,
Czy téż Bóg zrządził tak przez litość swoję,
Aby cios jeden zgładził ofiar dwoje,
By uderzając wspólnika jéj winy.
Uderzył razem w serce Paryzyny,
I tak gwałtowném rozdarciem jéj duszy,
Od długiéj życia uwolnił katuszy;
Nikt tego nie wie, nikt wiedziéć nie będzie,
Zwodneby tylko łudziły go wieści,
Lecz na cóż w płonnym gubić się obłędzie,
Życie zaczęła, skończyła w boleści.

XX.

I Azo inną żonę wybrał sobie,
I znowu boże syny mu wzrastały,
Lecz żaden nie był tak piękny, tak śmiały,
Jak ten, co zdawna w swoim więdniał grobie.
Zimném on wzrost ich przymierzał spojrzeniem,
Lub téż z tłumioném patrzył się westchnieniem,
Lecz nigdy łzą mu nie błysła źrenica,
Uśmiech chmurnego nie rozjaśnił lica,
Czoło mu piękne, wzniosłe i szerokie,
Czarna myśl wnętrznym pokrajała bojem.
W brózdy przedwczesne, liczne i głębokie,
Gorącym cierpień wyorane krojem,
Zarosłe blizny rozkrwawionéj duszy,
Skutki zbyt długiéj i ciężkiéj katuszy!
Żal, boleść, radość — wszystko w nim zamarło,
Długie mu tylko — ciężkie dni zostały,
Oko, co nigdy snem się nie zawarło,
Martwość na wszelkie wzgardy i pochwały,
Serce, które się samo siebie bało,
Zmilczéć nie mogło — ustąpić nie chciało,
I kiedy postać przybrało spokojną,
Najgłębszą myśli, uczuć wrzało wojną.
Najgrubsze nawet i najtwardsze lody,
Powierzchnię tylko każdéj zetną wody,
Żywy nurt ciągle spodem pruje łoże,
Płynie i nigdy upłynąć nie może.
Twardego hartu był umysł Azona,
Nie mógł on nigdy z swego wydrzéć łona

Dręczącéj myśli wrosłéj zbyt głęboko.
Próżno, ach! próżno nasza tłumi pycha
Łzę, co się silnie w nasze ciśnie oko!
Rosa ta serca nigdy nie wysycha:
Każda łza, któréj oko nie wyroni,
W głąb swego źródła cofa się i chroni;
Nic tam jéj pierwszéj czystości nie zmącą,
I chociaż nigdy na jaw niedobyta,
Niewypłakana, przecież żywa, wrząca,
Tém droższa nawet, im bardziéj ukryta.
Musiał on często w swojém tłumić łonie
Żal się budzący po synu i żonie;
Nie mógł ten krwawy dwóch ofiar morderca
Zapełnić czczości pustego już serca;
Żadnéj nadziei spotkania się z temi,
Co już duszami złączyli się swemi:
A chociaż widział tak jasno, dowodnie,
Że słuszną karą życia ich pozbawił,
Że własne na nich ściągnęły ją zbrodnie,
Przecież jad ciągły jego starość trawił.
Tak gdy roztropne żelaza użycie
Drzewo z schorzałych gałęzi oczyści,
Drzewo to w nowe wysila się życie,
I majem bujnych ozielenia liści,
Lecz kiedy nagły piorun w nie ugodzi,
I ogień żywe strawi mu ramiona,
Pień pozostały usycha i kona,
I już żadnego listka nie urodzi.






Przypisy

  1. Poema to oparte jest na zdarzeniu przytoczoném przez Gibbona w „Starożytnościach domu Brunświckiego.“ Lękam się, aby przesadzona delikatność czytelników nowszych czasów nie uznała podobnych treści za niewłaściwe dla poezyi. Greccy dramatycy i niektórzy z dawnych celniejszych autorów angielskich innego byli zdania. Niedawno temu, Alfieri i Szyller okazali się z przekonaniem mojem zgodni. Wyciąg, który tu przytaczam, przywodzi czyny, na których moję oparłem osnowę. Imię Mikołaja III zastąpiłem imieniem Azona, jako z tokiem wiersza zgodniejszém.
    Za panowania Mikołaja III tragiczny wypadek zbroczył krwią mury Ferrary. W skutku doniesienia jednego z służących, książę panujący sam się przekonał o kazirodnych miłostkach żony swojéj, Paryzyny, z synem jego naturalnym, Hugonem, pięknym i walecznym młodzieńcem. Ścięto ich za wyrokiem ojca i męża obrażonego, który hańbę swoję na jaw wystawił i śmierć ich przeżył. Wielce był nieszczęśliwym, jeźli winni byli, a jeźli niewinni, nieszczęście jego tém okropniejsze było. Ale czy wina ich była istotną, czy nie, nigdy usprawiedliwiać nie mogę tak strasznego wyroku, wydanego przez ojca.“Gibbon, Rozmaitości, tom III.
    Obszerniejsze szczegóły, tyczące się tego zdarzenia, znaléźć można w „Historyi Ferrary przez Frizzi.“


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Gordon Byron i tłumacza: Franciszek Dzierżykraj Morawski.