Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/474

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wszystko już, wszystko na zawsze złożone..
Kładą nakoniec na oczy zasłonę,
Ale nie — nigdy! — zniósł on obelg tyle,
Lecz téj ostatniéj krzywdy znieść nie umie,
Wszystkie uczucia stłumione na chwilę,
W téj obrażonéj zbudziły się dumie.
Jemuż to będzie, jemu kat ubliżał,
Jegoż to męstwo tą zasłoną zniżał?
Zadrżałże kiedy przed śmierci widokiem?
„Nie — nie — zawoła, krwi, życia nie bronię,
Jużeście moje skrępowali dłonie,
Niechże przynajmniéj z wolném ginę okiem.
Uderz!“ zakrzyknie — i w téj saméj chwili,
Klęka i śmiało nad pniem głowę chyli —
„Uderz!“ — i ledwie tego dorzekł słowa,
Spadł topór — ścięta potacza się głowa.
Krwią buchający kadłub na wznak runął
I z każdéj żyły silny deszcz krwi lunął,
Usta chwilowym bólem się skrzywiły,
Zadrgnęły oczy — i już wiecznie wryły.

Umarł, jak umrzéć występnemu trzeba,
Ni się wynosił, ni téż trwogą podlił;
Wyznał swą zbrodnię, korzył się i modlił,
I nie rozpaczał o litości nieba;
A gdy tak święta chyliła go skrucha,
I z ziemskich uczuć już oczyścił ducha,
Czemże dlań były wśród owéj godziny,
Straszny gniew ojca, miłość Paryzyny?
Żal, skargi, rozpacz — wszystko Bóg przemagał,
Każdą Go myślą, każdém słowem błagał,
Prócz tych słów kilku, które z jego łona
Wydarła nagle duma obrażona,
A które, jak na pożegnanie świata,
Wyrzekł, już prawie pod toporem kata.

XVIII.

Jak martwe trupy, tak bez tchu i głosu,
Stały dokoła świadki jego losu,
Kiedy wtém nagle przeszył tłum ten liczny,
Mroźnego dreszczu piorun elektryczny,