Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/464

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


III.

I czémże dla nich świat, ziemia, niebiosy,
I wszyscy ludzie, wszystkie zmiany, losy!
Martwi, jak gdyby już byli zmarłemi,
Na wszystko wkoło — nad niemi — pod niemi —
Jak gdyby wszystko już znikło w téj chwili,
I oni tylko wzajem w sobie żyli.
Ileż to ognia w ich westchnieniach pała!
Ach! gdyby radość ta zwolnieć nie miała,
Wkrótceby szczęścia zniszczone nadmiarem,
Serca ich własnym spłonęły pożarem.
Mogliż sen marząc tak ognisty, luby,
Pomniéć na zbrodnię lub lękać się zguby;
Któżby w téj burzy, téj uczuć nawale,
Hamował wrzące namiętności fale,
Któż wówczas myśli, jak czas ten przelotny?
Przeciéż już uszedł i uszedł niezwrotny;
Tak się to człowiek ze snu szczęścia cuci,
Wprzód nim się dowie, że już mu nie wróci.

IV.

Smętném się, rzewném żegnają obliczem,
Z minionéj winy miejscem tajemniczem.
Mają nadzieję — przyrzekli, że wrócą,
Przecież jak wiecznym rozdziałem się smucą.
Ileż to westchnień i uścisków długich...
Jak jedne, usta przyrosły do drugich!
Wówczas gdy pełném światłem blask księżyca
Z grożących niebios na jéj spada lica,
A każda gwiazda, świadek jéj niewiary,
Zda się ją winić i przyzywać kary.
Ten nawał westchnień — ten uścisk tak czuły
Silnie do miejsca zbrodni ich przykuły.
Lecz już czas nagli i rozstać się muszą,
Z drżącą więc, ciężką rozchodzą się duszą,
Skryty dreszcz trwogi krew ich lodem ścina,
I pierwszy zbrodnię już karać zaczyna.

V.

Hugo na łoże samotne się schronił,
Skąd tęskną myślą za kochanką gonił,
I ona także swe niewierne skronie
Na ufném męża złożyła już łonie.