Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/477

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dręczącéj myśli wrosłéj zbyt głęboko.
Próżno, ach! próżno nasza tłumi pycha
Łzę, co się silnie w nasze ciśnie oko!
Rosa ta serca nigdy nie wysycha:
Każda łza, któréj oko nie wyroni,
W głąb swego źródła cofa się i chroni;
Nic tam jéj pierwszéj czystości nie zmącą,
I chociaż nigdy na jaw niedobyta,
Niewypłakana, przecież żywa, wrząca,
Tém droższa nawet, im bardziéj ukryta.
Musiał on często w swojém tłumić łonie
Żal się budzący po synu i żonie;
Nie mógł ten krwawy dwóch ofiar morderca
Zapełnić czczości pustego już serca;
Żadnéj nadziei spotkania się z temi,
Co już duszami złączyli się swemi:
A chociaż widział tak jasno, dowodnie,
Że słuszną karą życia ich pozbawił,
Że własne na nich ściągnęły ją zbrodnie,
Przecież jad ciągły jego starość trawił.
Tak gdy roztropne żelaza użycie
Drzewo z schorzałych gałęzi oczyści,
Drzewo to w nowe wysila się życie,
I majem bujnych ozielenia liści,
Lecz kiedy nagły piorun w nie ugodzi,
I ogień żywe strawi mu ramiona,
Pień pozostały usycha i kona,
I już żadnego listka nie urodzi.