Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/463

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.



I.

Oto godzina, gdy z pośród drzew cienia
Najuroczniejsze słowik leje pienia,
Gdzie tysiąc zaklęć miłosnéj osnowy
Zdają cichemi rozpływać się słowy.
Głośniéj zdrój płynie, wiatr miléj szeleści,
Dźwiękiem ich ucho samotne się pieści,
Każdy kwiat lekko wonna skrapia rosa,
Pierwszemi gwiazdy iskrzą się niebiosa,
Wszystko ciemniejszą przybiera osłonę,
I błękit wody i drzewo zielone,
A na lazurze to światło pół mgliste,
Tak mile ciemne i tak ciemno-czyste,
Co po skonaniu dnia jeszcze jaśnieje,
Gdy księżyc wschodzi a zorza blednieje.

II.

Ale nie zdroje spadające nęcą
Z złotych jéj gmachów małżonkę książęcą,
Nie na to nocnym powierza się cieniom,
Aby gwiaździstym dziwić się sklepieniom.
Do gajów Esta Paryzyna wchodzi,
Ale nie kwiatów woń ją tam przywodzi:
Słucha i czeka — nie słowiczych jęków,
Choć równie słodkich oczekuje dźwięków.
Ktoś się w gęstwinę śmiałą wciska nogą,
Lica jéj bledną, sierce bije trwogą...
Wtém ciche słowo wsuwa się miłośnie,
Wraca rumieniec i pierś szczęściem rośnie,
Chwila już tylko — jedna chwilka mała,
Ujrzy kochanka — stało się, ujrzała.