Okręty zbłąkane/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Okręty zbłąkane
Wydawca Udziałowa Spółka Wydawnicza
Data wydania 1932
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Rozdział IX.
DUSZE OTWARTE.

W najwyższem skupieniu i z powagą lady Steward-Foldew wysłuchała tej nocy dziwne, półpogańskie sagi o wikingach i skaldach norweskich, o świetlanym Eryku Zdobywcy; o duchach promiennych, zstępujących na ziemię ognistemi szlakami zórz polarnych; o siwej, jak sowa północna, a tajemniczej, jak głębia fjordów, Lilit, którą nazywano na Lango — Eddą-prababką; o strasznym mściwym garbusie, Waege; o mocarnym, ponurym Olafie Nilsenie; o ucieczce Elzy wpław z Oestwaago; o „Witeziu“ i jego załodze; o Białym Kapitanie, który odpłynął, jak niegdyś odpływali wojownicy z rodzinnych, głęboko wciętych w skaliste brzegi zatok, poto, aby nigdy już nie powrócić, chociaż nie jedną pierś podnosiło westchnienie tęsknoty za nimi, a jakieś jedno, małe, skromne, nikomu nie znane serce, umierało powolną, straszliwie męczeńską śmiercią, gnębione oczekiwaniem bez końca i bez pociechy, wyglądające, że kiedyś wyłoni się z zimnych tumanów skośny żagiel wybrańca.
Wszystko to wysłuchała lady Steward-Foldew.
Już zrozumiała, kim był dla Elzy Eryk Tornwalsen, natchniony śpiewak, opowiadający smętnej, miotającej się rybaczce o reniferach, lemingach i łabędziach, dążących do szczęścia całym pędem sił swoich i pragnień, o ich zwycięstwie w biegu do mety; o słońcu i deszczu, jednakowo dobrotliwych dla róży i nikłego kwiecia wrzosu; wyczuła stara kobieta, jaki wpływ wywarł na duszę i myśli Elzy Tornwalsen tajemniczy „Biały Kapitan“, nawołujący do prostej, twardej Prawdy; z podziwem wysłuchała opowieści o dalekich pływankach kaperskich pod wodzą norweskiego szypra i o jeszcze bardziej zuchwałych, lecz zupełnie „all right“, — pod komendą Pitta Hardfula; o bójkach po tawernach portowych; o rozpaczliwej bohaterskiej walce z pływającemi górami lodowemi; o Samojedach tajmyrskich: o „Złotej Studni“; o Kuli Bilardowej, tatuowanym Falkonecie, który przed Olafem Nilsenem na wstępie „nie obciągnął fajki“; uśmiechała się sędziwa lady, gdy Elza opisywała jej „Rudego Szczura“ — Juljana Miguela, figlarnego Larka, olbrzymiego Mikołaja Skalnego i pysznego Francuza-włóczęgę, co to przechwalał się, że posiada zdolności Napoleona... O wszystkiem tem dowiedziała się lady Rozalja i z szacunkiem patrzyła teraz na Elzę Tornwalsen, bo — myślała słusznie, iż wychowanica jej przeżyła uczciwie, a jakżeż bujnie! dziesięć żyć, a może i więcej! Jako kobieta, mogła była tak łatwo upaść, załamać się, ta norweska rybaczka! Tymczasem pozostała czystą, jak fjordy jej ojczyzny, a skromną, jak kwiat wrzosu skalnego! Ileż to cierpienia, męki zawiedzionej nadziei, palącego bólu, pragnień nigdy nieziszczalnych i goryczy oczekiwania zaznała ta dusza zgnębiona, umęczona bezmiernie, a potężna, jak skała niezłomna?!
Elza stała się drogą dla starej mentorki. Zimna, sztywna Angielka pokochała ją, jak córkę.
Nie zrozumiała tylko lady Rozalja, do czego dąży teraz, jakiemi powoduje się zamiarami, ta dziwna, zawsze smętna kobieta północna?
Zapytała ją o to wręcz.
Musiała wiedzieć prawdę, aby móc jej doradzić i ulżyć zadaniu.
— Matko!... — szepnęła Elza, zwracając się do lady Rozalji tak, jak to czynią młode rybaczki, mówiąc do starych kobiet, — matko!... Sama nie wiem dobrze, co chcę uczynić... Może lepiej zrozumiesz mnie, jeżeli powiem po żeglarsku... Posłuchaj krótkiej opowieści!
Elza złożyła ręce na kolanach i zapatrzona w przestrzeń mówić zaczęła podobnie, jak niegdyś snuła swoje mgliste opowieści wiekowa Lilit, którą dziewczęta i chłopaki z całej Lango nazywali Eddą-prababką.
— Czy widziałaś kiedykolwiek, jak wypływają z portu nieduże, okopcone dymem, zardzewiałe, głęboko, a mocno siedzące w wodzie „tranki“[1] — parowce handlowe? Wypływają one do dalekich stron, czasem do Argentyny lub Brazylji po pszenicę, czasem do Indji — po bawełnę, lub do Australji — po mięso. Każdy z tych statków należy do innego właściciela, a zdarza się nieraz, że sam on stoi przy kole sztorwału i nosi na rękawach i czapce galony szypra. Nie znali się przedtem ci ludzie, lecz oto powołano ich nagle, aby z za morza, dostarczyli towary do Europy. Suną więc w kilwaterze, biegną po przez ocean, jak klucz dzikich gęsi, lub sznur żórawi... I nagle spada gęsta mgła, biały mrok ogarnia horyzont, a nawet fale nie mogą się wybić z pod ciężkiej płachty jego, okrywającej świat cały! W białej, mętnej zwidzie, majaczącej dokoła, rozbiegły się parowce wylękłe... pogubiły! Odeszły od siebie daleko w obawie, aby nie uderzyć dziobem w rufę idącego przodem okrętu, lub nie otrzeć się burtami, nie połamać sobie rej, nie zerwać blach poszycia i takelunku. Czasami może się przydarzyć, że sztormani nadają statkom należny kurs i płyną ku wspólnemu celowi, lecz nic nie widzą dokoła i nic o sobie nie wiedzą! Wtedy rzucają oni w mrok mglisty, w białe zwoje ciężkich tumanów ostrzegawcze i trwożne sygnały. Zapalają się race ogniste, z sykiem tną mgliste powietrze — senne i nieruchome — i gasną gdzieś, nie przebiwszy płachty oparów. A w nocy, gdy czarną się stanie mgła nieustępliwa, rozszaleje sztorm, dma wściekła pocznie kłaść, miotać i ciskać czarne kadłuby „tranków“ zbłąkanych, rzucać na pokład góry pienne, zrywać barduny i wanty[2] i, niby młotem bojowym, walić w tarcice burt. Próżno zapalają majtkowie czerwone światło na sztabie i potężne latarnie na półmaszcie, pod fok-marsem,[3] — nikt tego sygnału spostrzec nie może i nikt nań nie odpowie! Przytrafia się nieraz, że dziewiąty wał — rozbestwiony, ryczący, potrząsając siwemi kosmami czuba, runie na dek,[4] wpadnie do rumu maszynowego, zagasi światła wewnątrz i zewnątrz, a potem ostatnim szalonym wysiłkiem potarga brezentowy reląg mostka kapitańskiego i zrzuci do morza wszystko, o co zawadzi. Z łomotem i trzaskiem zdruzgotanego drzewa i żelaza spadnie wtedy na dek szafka z mapami, chronometrem i żelazny słupek z busolą. Czasami złośliwa fala porwie ze sobą bosmana i strąci do zwary sternika, próżno czepiającego się sztorwału!
Elza mówiła głosem pełnym przerażenia, zapatrzona w dalekie obrazy, zrodzone we wspomnieniach, zasnutych mgłą przeszłości.
— Zdarza się to na morzu!... — ciągnęła prawie szeptem. — O, morze, jak życie, potężne jest i czyha w chwili każdej na śmiałka, walczącego z niem! A gdy ta ciężka przygoda spotka okręt, wtedy — biada mu! W chaosie mgły i piany, w zgiełku mroku i kotłującego się wartu, bez drogowskazów i bez sił staje on się igraszką sztormu i żywiołów... O, wtedy poczyna wołać zbłąkany okręt, wołać w rozpaczy, posyłając w przestrzeń nieznaną, kryjącą miljon niebezpieczeństw, zielono-niebieskie iskierki, zapalające się nagle na topach[5] masztów... „S. O. S.! S. O. S.! Ratujcie dusze nasze!... S. O. S.!“ I tak dziesiątki, setki razy, aż nie przyjdzie poratowanie, lub nie wyjrzy z mgły i starganego na strzępy morza blada, niemiłosierna śmierć!...
Lady Rozalja z przejęciem i mimowolnem przerażeniem słuchała tej ponurej opowieści, wpatrując się w rozszerzone źrenice Elzy.
Ta na chwilę umilkła, a gdy znowu mówić poczęła, głos jej zabrzmiał rzewnie i smętnie:
— O, gdybyś wiedziała, matko, jak często chciałam zapalić światło sygnałowe i racę wyrzucić wysoko — wysoko, ponad mgłę i zwichrzoną kipiel! Przecież wierzę, że płynę w jedną z „Białym Kapitanem“ stronę i ku jednemu celowi, chociaż nazwać go nie potrafię! Lecz nie miałam ani rac, ani silnych świateł... Zaczęłam się uczyć, aby móc jak najprędzej wyjść na jego szlak! Pierwszym, słabym sygnałem było ukończenie szkół i ta wrzawa, która powstała wokół matury z odznaczeniem, jaką otrzymała prosta rybaczka z Lango! Lecz okręt Pitta Hardfula snadź odbiegł już był daleko i nawet z marsów jego waruga nie dostrzegła moich ogni... Teraz sama płynę dalej, a robię wszystko, aby natrafić na ślad „Białego Kapitana“ i dopłynąć do wspólnej mety...
Tej-to nocy — nocy wyznań i zawarcia niemego sprzysiężenia, lady Steward-Foldew zrozumiała wszystko i postanowiła dopomóc Elzie w jej zamiarze stać się równą Pittowi Hardfulowi.
Gdy wychowanica władała już biegle mową angielską, lady Rozalja zaczęła ją uczyć francuszczyzny, początkowo sama, potem już z pomocą nauczycielki paryżanki, a następnie — wprowadzała ją powoli w tajemnice światowego wychowania. Spostrzegłszy znaczną ogładę pupilki, stara Angielka złożyła wraz z nią wizyty swoim arystokratycznym krewniakom, gdzie oryginalna Skandynawka, poważna, zamyślona i ujmująca zarazem, wstępnym bojem podbiła wszystkie serca. Starzy i młodzi przepadali za nią. Stała się wkrótce „pet“ high-lifu londyńskiego.[6] Zaczęły się wkrótce zaproszenia — na partję tennisu, na jachtingi, na zawody sportowe. Wspaniale rozwinięta, silna i zwinna Elza szybko doszła do wielkiej wprawy i po pół roku treningu pobiła słynne w Londynie rekordzistki tennisowe, wygrała puhar na regatach jachtów i zwyciężyła w wyścigach pływackich na Tamizie, chociaż, z powodu prostackiej, nie klasowej szkoły, nagrody nie dostała.
Reporterzy poświęcali jej często artykuły w sportowym dziale pism londyńskich i prowincjonalnych, z czego niewymownie dumni byli nowi znajomi Elzy — krewniacy lady Steward-Foldew.
Rozgłos, na który zasłużyła „północna dzikuska“, spowodował powódź zaproszeń na five-o-clock’i, obiady, bale, przedstawienia i bazary dobroczynne. Zmuszało to Elzę do częstych wyjazdów, związanych z wielkoświatowem życiem.
Wtedy to właśnie lady Rozalja posłyszała po raz pierwszy padające z ust łagodnej zawsze i pogodnej wychowanicy prawdziwe marynarskie wyzwiska i klątwy.
Narazie stara arystokratka szczerze się oburzała i przerażała, lecz potem, chociaż czyniła wymówki Elzie za niestosowne wysławianie się, śmiała się w duchu, patrząc na zarumienioną z gniewu twarz pupilki, na jej groźnie płonące oczy i zaciśnięte pięści.
Wkrótce już staruszka umiała na pamięć wszystkie te dosadne wyrażenia wściekłości: „Do stu zerwanych kotwic! Tysiąc pustych beczek śledziowych na ich głowy! Oby ich sparciała cuma udławiła! Targan mają w mózgownicach i stęchłe pakuły! Gadają, jakgdyby gafla skrzypiała lub fladrował bom-top żagiel“ itd., itd.
Wychowanica lady Rozalji po paru miesiącach ogłosiła generalną „grewę“.
— Nie potom tu przyjechała, aby się stać kukłą salonową lub niezbędną, jak mebel, „dobroczynną“ damą, moja droga Rozaljo! — rzekła pewnego razu Elza, patrząc na staruszkę ponurym wzrokiem. — Co mi to dało dotychczas? Dwóch mocno zszarganych młodzieńców napomknęło mi dość przezroczyście, że mogłabym nosić ich arystokratyczne nazwiska, a jakaś wyświechtana stara panna łaskawie przyznała mi dystynkcję, taktowność i umiar w słowach i ruchach... zgoła angielskie?! Pierwsze tak mi jest potrzebne, jak słona woda w kambuzie okrętowym lub poplątany łańcuch w kluzie kotewnej, moja droga! Drugie zaś posiada tylko tę wartość, że niezawodnie sprawi ci przyjemność, matko! To też wysłuchałam tego komplementu skromnie, jak trusia, buzię ułożyłam w jak najgłupszy ciup, ręce, które mnie ogromnie świerzbiały, w maldrzyk, a język, z powodu tego, że już uczuł posmaczek dobrych żeglarskich kawałków, przygryzłam sobie porządnie! Cha-cha-cha! Dotychczas spotkałam wśród tych dobrze wychowanych gentlemenów i prawdziwych, patentowanych, jak cumy z manilli, lady — jednego tylko myślącego, zwykłego człowieka...
— A-a-a! — przeciągnęła staruszka. — To ciekawe! Któż to zasłużył na tak pochlebną opinję mrs. Elzy Tornwalsen?
— Lord Seebold Warwick! — odparła Elza.
— Ach, to ten młody profesor, który przychodzi na five-o-clock’i w piaskowej marynarce i szarych spodniach w kratkę?! — zawołała lady Rozalja.
— Właśnie on! — potwierdziła ze śmiechem Elza. — A wiesz, matko, co on mi powiedział?
— Ciekawam, chociaż tak nieświatowy człowiek może dać wyłącznie niestosowne rady młodej damie, — odparła stara Angielka, uśmiechając się dobrotliwie.
— Wiem, że mówisz to nieszczerze, bo nie myślisz chyba, że szare spodnie w kratkę wykluczają rozum i poważny sposób myślenia, moja droga lady Rozaljo?!
— Naturalnie! Naturalnie! — śmiała się lady Rozalja, widząc szczere oburzenie Elzy. — Cóż ci powiedział lord Seebold, który jest bardzo miłym gawędziarzem i, podobno, tęgim historykiem?
— Raczej archeologiem! — poprawiła ją pojednawczym głosem uspokojona pupilka. — Lord Warwick powiedział mi, żebym zbytnio nie zaprzątała sobie głowy wielkoświatowemi stosunkami, bo, oznajmił, mam dość sprawny i samodzielnie myślący mózg, aby się móc zająć czemś bardziej zasługującem na uwagę.
— Czemże to, proszę? — spytała staruszka. — Staje się to całkiem intrygującem, co ci mógł poradzić ten dziwak i trochę, zdaje mi się, manjak?
— Bardzo dobra rada, matko! — poważnie odparła Elza. — Lord Warwick namawiał mnie, abym wstąpiła na uniwersytet. „Pani, — powiedział — posiada znaczne środki i jest samotna, o ile dostarczono mi ścisłych informacyj. Mogłaby więc pani, uzyskawszy dyplom, poświęcić się badaniom historycznym na szerszą skalę, zwiedzając tereny, prowadząc prace archeologiczne i gromadząc materjał, cenniejszy od wszystkich najdowcipniejszych hipotez uczonych teoretyków. W ten sposób będzie pani miała pięknie wypełnione życie i zasługę przed nauką i ludzkością!“
— O, wspaniała rada! — ironicznie zauważyła lady Rozalja.
— Nieprawdaż? — ciągnęła dalej Elza. — Wnet pomyślałam, że gdyby udało mi się zorganizować taką wyprawę i chociażby coś — niecoś dla nauki i tej przesławnej ludzkości uczynić, — znowu koło mego imienia powstałby hałas, a będzie on kolejnem „S. O. S.“ we mgle i na bezdrożu życia.
Elza posiadała w kierunku urzeczywistnienia swojej idei stanowczość zadziwiającą. Zapisała się też niezwłocznie na uniwersytet, lecz wkrótce przekonała się, że dla wydajnych studjów potrzeba gruntownie znać język niemiecki. W dwa dni potem obie przyjaciółki nagle porzuciły Londyn i zamieszkały w niemieckim pensjonacie w Bouveret. Elza zaczęła praktycznie studjować język niemiecki. Dwa razy tygodniowo obydwie panie jeździły do sanatorjum, w którem przebywała chora Lucy Steward-Foldew.
Podczas pobytu w Bouveret Elza wysłała w nieznanym jej kierunku kilka „sygnałów“ o sobie.
Stało się to wtedy, gdy raz po raz przepłynęła Lemańskie jezioro, co wywołało prawdziwą sensację w Montreux i w Lozannie, a potem zwyciężyła wszystkich współzawodników na wyścigu jachtów. Konkurenci do nagrody miasta Genewy, z powodu nagłej burzy, musieli zawrócić z półdrogi i schronić się do bezpiecznego portu, a dwumasztowy jacht „Witeź“, kierowany przez mrs. Tornwalsen, nie przerwał gonitwy i zakończył ją pomyślnie.
Jednak i tym razem sygnały Elzy utonęły w przestworzach świata bez echa.
Pitt Hardful nie usłyszał ich i nie odezwał się ani słowem.
Po spędzonem w Szwajcarji lecie, przyjaciółki przemieszkały pół roku w Hamburgu, gdzie Elza uczęszczała na wyższe kursy języka niemieckiego i dopiero po zdobyciu dyplomu, obie panie powróciły do Londynu, gdzie młoda kobieta z zapałem wzięła się do nauki.
Nie chciała nikogo widzieć i żadnych zaproszeń nie przyjmowała.
Razem z wychowawczynią bywały jedynie w teatrze. Szczególnie lubiła Elza operę, nie żeby się znała na muzyce, lecz, że w uroczystej, ciemnej sali, przepełnionej i rozśpiewanej pięknemi dźwiękami, mogła myśleć i marzyć swobodnie, a rytm i melodja muzyczna nadawały biegowi jej myśli pewien ład, nacechowany spokojem i natchniony łagodnem, kojącem przebaczeniem i pogodzeniem się z losem. Właśnie wznowiono starożytną operę „Trubadur“.
Elza Tornwalsen była obecną na pierwszem przedstawieniu, na którem tytułową rolę odśpiewał przybyły na gościnne występy sławny Eryk Tornwalsen.
Jadąc do teatru, była bardzo wzruszona i podniecona.
Za chwilę miała ujrzeć tego, który obudził w niej czynne dążenie do szczęścia; który opowiadał jej o pełnych bohaterstwa wędrówkach reniferów i dzikich łabędzi; który przekonał ją, że słońce i deszcz są własnością wspólną królewskiej róży, wyhodowanej w cieplarni, i pospolitego, szarego wrzosu, wyrastającego z jałowego, twardego pancerza skał.
Ujrzawszy pięknego Eryka na deskach sceny, przyjrzała mu się bacznie i nad podziw krytycznie.
Zmienił się był bardzo i stanowczo nie na korzyść. Z każdego ruchu, z wyrazu oczu, z jakąś służalczością wpatrzonych w publiczność, ze staranności, z jaką wykonywał swoją partję, biła chęć przypodobania się, pochlebienia widowni, lęk przed jej sądem, męcząca myśl o powodzeniu.
I jeszcze coś, czego odrazu określić nie umiała, dotknęło ją.
Nazajutrz dopiero, rozmyślając nad swemi wrażeniami, zadecydowała:
— Eryk Tornwalsen stał się małym człowiekiem... Może dlatego, że służy małemu celowi — uprzyjemnieniu życia innym... a jeszcze... niepodobały mi się też oczy jego... chwilami wejrzenie ich przypomina mi oczy... starego, okrutnego Waege... wtedy, gdy chciał się przypodobać komuś silniejszemu... ukryć istotne myśli swoje... oszukać lub podejść znienacka.
Nie miała ochoty spotkać się z Erykiem Tornwalsen i więcej na jego występy nie poszła.
Jedynym gościem, zawsze mile widzianym przez Elzę, był często ją odwiedzający młody profesor, lord Seebold Warwick. Spędzał u przyjaciółek długie godziny, opowiadał, przynosił książki, jeździł z Elzą do bibljotek, pomagał i doradzał w pracy, która pochłaniała ją całkowicie, odrywając od ciężkich myśli.
Z biegiem czasu jednak zawsze spokojny, beztroski, zabawnie zaniedbany uczony, jednakowo umiejętnie operujący cytatami z przeróżnych dzieł, jak też i ogromnym zasobem wesołych i dowcipnych anegdot, znacznie stracił na humorze; zjawiał się teraz w ciemnym, bardzo porządnym garniturze, trochę tem zażenowany i mniej przezto swobodny.
— O-o, źle! — zauważyła po jednej z takich wizyt lady Steward-Foldew. — Ten uczony dziwak zakochał się w tobie, Elzo...
Młoda kobieta zerwała się z miejsca, jak oparzona.
— Co za pomysł?! — zawołała gniewnie. — To dopiero byłaby głupia heca! Potrzebne to, jak kubeł cuchnącego targanu[7] w polewce marynarskiej! Nie pleć od rzeczy, Rozaljo!
— Mówię, co myślę! — odparła Angielka. — Uważaj, Warwick nie nosi już piaskowego tużurka i kraciastych spodni, zarzucił nawet ten zatłuszczony biały krawat w czerwone groszki, na który patrzeć nie mogłam, i stał się bardzo uroczysty i dostojny... Zupełnie, jak jego nieboszczyk ojciec, świętej pamięci lord Edgar-Elwin...
Elza nagle parsknęła śmiechem i zakończyła rozmowę nieoczekiwaną uwagą:
— Spostrzegłam, że profesor łysieje... Starzeje się i staje się podobnym do ojca...
— Hm... — mruknęła lady Rozalja. — Starzeje się — powiadasz? Może... W takim razie masz rację!
Poświęcając trochę czasu sportowi, Elza Tornwalsen pracowała w uniwersytecie, robiąc szybkie i znaczne postępy.
Jej praca konkursowa na temat „O wpływie prawa Hamurabiego na ustawodawstwo starożytnego wschodu“ została odznaczoną przez senat uniwersytecki.
Elza widziała w tem nowy sygnał „S. O. S.“, wysłany tam, gdzie musiał przebywać „Biały Kapitan“, człowiek silny, dumny, tworzący jakieś nowe życie, wielkie, promienne i szerokie, jak myślała z całą pewnością, bo w marzeniach swoich innym Pitta Hardfula wyobrazić sobie nie mogła.
On jednak wciąż milczał.
Właśnie po tem nowem zwycięstwie przyjaciółki przybyły na wypoczynek do Saint-Jean-de-Luz.
Nadarzyła się i tu sposobność wysłania w świat szeroki wieści o sobie, wieści, która, jak i poprzednie, pozostała bez oddźwięku.
A teraz jeszcze raz... O walce jej z taką sławą, jak Stanton Baldwin, ryczeć będą przez miesiąc cały wszystkie pisma w Europie i Ameryce, wałkując jej lub jego zwycięstwo na wszystkie strony.
Ona musi zwyciężyć... musi!
I nagle chcą ją skłonić, aby odstąpiła od zamiaru, ulękła się sztormu i popłynęła po spokojnej wodzie?!
O, nie! Skoro walka — to walka! Jak sztorm, to sztorm, lecz Elza popłynie.
Potrząsnęła głową, wyprężyła pierś i przeciągnęła się drapieżnie.
Spuściła rolety i, zapaliwszy lampę, szybko się przebrała w czarny, wełniany trykot kąpielowy, narzuciła zgóry lekki płaszcz nieprzemakalny i weszła do pokoju lady Rozalji.
— Matko! — rzekła cicho i prosząco. — Idź, zjedz kolację, a potem pójdziemy na cypel świętej Barbary.
— W nocy i na taki wicher?!... — zapytała zdumiona staruszka.
W tej chwili weszła pokojówka i zaczęła się krzątać, przygotowując łóżko.
Elza pochyliła się nad przyjaciółką i coś jej szepnęła na ucho.
Lady Rozalja ręce podniosła do twarzy i w osłupieniu patrzyła na swoją wychowanicę, która porozumiewawczo mrugała do niej.
Około jedenastej, gdy w hotelu Edwarda VII służba oddawna już uprzątnęła salę jadalną i pogasiła w niej lampy, z pierwszego piętra zeszła Elza Tornwalsen, trzymając w ręku niewielką torebkę i wesoło rozmawiając z towarzyszącą jej lady Steward-Foldew.
Gruby portjer, ujrzawszy obie panie, rzucił się do nich z okrzykiem przerażenia:
— Oh, mesdames, jak można wychodzić na taką niepogodę?! Wicher pozrywał wszystkie namioty na plaży i przewrócił kilka jachtów, stojących na kotwicy! W nocy oczekiwany jest niebywale silny sztorm!... Stacja morska w Biarritz zapowiada dwudniową burzę na morzu... Z pewnością jutrzejsze zawody nie odbędą się? Jak lady myśli? — trajkotał gadatliwy Francuz.
Elza wzruszyła ramionami i odparła spokojnie:
— To będzie zależało wyłącznie od pana Baldwina, nie odemnie, Jean!
— Mój Boże! — załamując ręce, wrzasnął portjer, w zachwycie patrząc na młodą kobietę.
Wyszedłszy na nadbrzeże, przyjaciółki szybko szły ku przylądkowi, z którego ostrzegawczo świeciła czerwona latarnia, przypominająca żeglarzom o molo, ciągnącem się od brzegu aż do forwateru.
Minęły mały, nędzny lasek, przeszły koło zburzonego domu dawnej komory celnej i zaczęły się wspinać stromą ścieżką na cypel, gdzie czerniały ruiny murów budowli dawno opuszczonego fortu.
Wszedłszy na sam szczyt, Elza obejrzała się dokoła. Na małym placyku nikogo nie było. Nawet latarnik, zapaliwszy czerwoną lampę sygnałową, odszedł do domu. Wicher szarpał nikle krzaczki mimoz i zrywał z nich gałązki, ciskając je wysoko w zmąconą ciemność nocy. Szeleściła i pochylała się ku ziemi twarda, sztywna trawa, zgrzytał piasek, a strugi mknącego powietrza z wyciem ocierały się o rozrzucone tam i sam bloki cementowe i gwizdały, zawodziły w szczelinach popękanego muru.
Na dole, u stóp stromego cypla ryczało i miotało się morze.
Fale, smagane podmuchami dmy sztormowej, z pluskiem, hukiem i sykiem, biły w betonową ścianę mola, przelewały się przez nią, a potem pędziły dalej, aby się zderzyć z kamienną piersią przylądka i rozbić się o czarne, zębate rafy, wystające z piennej zwary przybrzeżnej.
Elza patrzyła na spienione, rozwścieczone morze. Na północy świeciła latarnia Biarritz; odpowiadały jej migotliwe błyski innej — stojącej na wysokim brzegu Hendaye. Na oceanie panował mrok.
Elza usadowiła lady Rozalję w zacisznym zakątku tuż za wieżą strażnika i rzekła:
— Nie bój się, matko! Przecież wiesz, że umiem pływać i że jutro muszę zwyciężyć!
— Elzo! — wyjąkała drżąca staruszka, z przerażeniem i prośbą spoglądając na towarzyszkę, która zrzuciła płaszcz i wprawnemi ruchami naciągała na głowę gumowy czepek.
— Czekaj, wrócę niedługo! — krzyknęła Elza i zaczęła oddalać się ścieżką, zygzakiem zbiegającą ku brzegowi.
Lady Rozalja wstała po chwili i, przechyliwszy się nad spychem, patrzyła nadół.
Wydało jej się, że dobiegł jej uszu głośniejszy plusk wody; nie była jednak pewna, czy istotnie widzi, czy też to mami ją wytężony wzrok, że w zlekka fosforyzującej pianie mignęła ciemniejsza od nocy sylwetka i że ramiona pływaczki gwałtownie wyrzucać się zaczęły nad falami.
Wył, gwizdał, zawodził wicher w rumowiskach starego fortu, nieruchoma, krwawa źrenica latarni wpatrywała się obojętnie w mrok, z łoskotem rozpryskiwały się bałwany, waląc w cement mola i w czarne skały u podnóża cyplu.
Żaden głos nie zdołałby przebić tego zgiełku, szamotania się potwornych istot nieznanych i niewidzialnych, zgrzytu, wycia, plusku i syku.
— Elzo!... Elzo! — krzyczeć jęła staruszka, zdjęta lękiem okropnym. — Ludzie! Ratujcie!!... Elza tonie, tonie!...
Miotała się nad stromem urwiskiem, rwała sobie włosy, wyła, jak obłąkana, nie bacząc już, że wicher zerwał z niej kapelusz i okrycie, że ostre kamienie i klujące, suche łodygi kaleczą jej nogi.
— Elzo! Elzo!...
Nagle urwała krzyk obłędny i rozpaczliwy, a bezsilny, jak wszystko, co poczyna człowiek słaby, a przeciwny woli żywiołu.
Przez mgliste płachty i zwały mętnych, szybko pędzących obłoków wyjrzał księżyc, oświetlił siwe kurhany zwichrzone, mknące po morzu, i podkreślił prostą linję betonowego mola, okrytego świecącą się bielą piany.
Jakiś czarny punkt zjawił się na skraju jego i z szybkością niezwykłą, przesadzając potoki liżącej kamień ciężkiej wody, biec począł ku brzegowi.
Zniknął po chwili w cieniu zwisających nad zdziarem skał.
Jeszcze chwila oczekiwania... długa, nieskończenie długa...
Na krawędzi cypla wyrosła nagle czarna sylwetka ludzka.
— Elzo! — krzyknęła stara Angielka i już tuliła do piersi ociekającą wodą postać przyjaciółki, okrywając ją połą swego płaszcza.
— Powróciłam, matko! — rozległ się wesoły, radosny głos Elzy Tornwalsen. — Powróciłam i wszystko już wiem, co jutro czynić należy! Ha! Dopłynęłam do środka łamacza fal, gdzie kipiel sroży się najsilniej! Już wiem!... Jutro albo Baldwin ulęknie się walki ze mną, albo, niech go zerwana gafla przygniecie, — przegra!...
— Przegra! — jak echo, powtórzyła lady Rozalja.
— Tak — przegra, bo, powiadam ci, żaden sportowiec nie wytrzyma tego sztormu!... Rozigrały się faliska na dobre, niech-no tu wypłynie ten bezgłowy! Ja mu jeszcze drogę na wart wskażę, — a niech mnie z rei na zbity łeb dma zrzuci, jeżeli mu się ta droga spodoba! Ho, ho!
Lady Steward-Foldew, czując łzy w oczach i ogarniającą ją ze wzruszenia słabość, śmiała się cichutko i trochę nieprzytomnie.


Przypisy

  1. Trank (po ang. — „trunk“) — parowiec do przewożenia towarów.
  2. Części olinowania okrętowego.
  3. Mars — platforma na przednim, czyli fokmaszcie.
  4. Dek, inaczej pokład statku.
  5. Top — wierzchołek masztu.
  6. Ulubienicą arystokratycznego towarzystwa.
  7. Smoła do zalewania szpar pomiędzy deskami pokładu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.