Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nadarzyła się i tu sposobność wysłania w świat szeroki wieści o sobie, wieści, która, jak i poprzednie, pozostała bez oddźwięku.
A teraz jeszcze raz... O walce jej z taką sławą, jak Stanton Baldwin, ryczeć będą przez miesiąc cały wszystkie pisma w Europie i Ameryce, wałkując jej lub jego zwycięstwo na wszystkie strony.
Ona musi zwyciężyć... musi!
I nagle chcą ją skłonić, aby odstąpiła od zamiaru, ulękła się sztormu i popłynęła po spokojnej wodzie?!
O, nie! Skoro walka — to walka! Jak sztorm, to sztorm, lecz Elza popłynie.
Potrząsnęła głową, wyprężyła pierś i przeciągnęła się drapieżnie.
Spuściła rolety i, zapaliwszy lampę, szybko się przebrała w czarny, wełniany trykot kąpielowy, narzuciła zgóry lekki płaszcz nieprzemakalny i weszła do pokoju lady Rozalji.
— Matko! — rzekła cicho i prosząco. — Idź, zjedz kolację, a potem pójdziemy na cypel świętej Barbary.
— W nocy i na taki wicher?!... — zapytała zdumiona staruszka.
W tej chwili weszła pokojówka i zaczęła się krzątać, przygotowując łóżko.
Elza pochyliła się nad przyjaciółką i coś jej szepnęła na ucho.
Lady Rozalja ręce podniosła do twarzy i w osłupieniu patrzyła na swoją wychowanicę, która porozumiewawczo mrugała do niej.
Około jedenastej, gdy w hotelu Edwarda VII służba oddawna już uprzątnęła salę jadalną i pogasiła w niej lampy, z pierwszego piętra zeszła Elza Tornwalsen,