Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


chnia skąpanego w słońcu oceanu, którą pomarszczyła tająca w sobie trwogę i burzę dma, zwiastunka orkanu groźnego.


Rozdział IX.
DUSZE OTWARTE.

W najwyższem skupieniu i z powagą lady Steward-Foldew wysłuchała tej nocy dziwne, półpogańskie sagi o wikingach i skaldach norweskich, o świetlanym Eryku Zdobywcy; o duchach promiennych, zstępujących na ziemię ognistemi szlakami zórz polarnych; o siwej, jak sowa północna, a tajemniczej, jak głębia fjordów, Lilit, którą nazywano na Lango — Eddą-prababką; o strasznym mściwym garbusie, Waege; o mocarnym, ponurym Olafie Nilsenie; o ucieczce Elzy wpław z Oestwaago; o „Witeziu“ i jego załodze; o Białym Kapitanie, który odpłynął, jak niegdyś odpływali wojownicy z rodzinnych, głęboko wciętych w skaliste brzegi zatok, poto, aby nigdy już nie powrócić, chociaż nie jedną pierś podnosiło westchnienie tęsknoty za nimi, a jakieś jedno, małe, skromne, nikomu nie znane serce, umierało powolną, straszliwie męczeńską śmiercią, gnębione oczekiwaniem bez końca i bez pociechy, wyglądające, że kiedyś wyłoni się z zimnych tumanów skośny żagiel wybrańca.
Wszystko to wysłuchała lady Steward-Foldew.
Już zrozumiała, kim był dla Elzy Eryk Tornwalsen, natchniony śpiewak, opowiadający smętnej, miotającej się rybaczce o reniferach, lemingach i łabędziach, dążących do szczęścia całym pędem sił swoich i pragnień, o ich zwycięstwie w biegu do mety; o słońcu i deszczu,