Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dynie rekordzistki tennisowe, wygrała puhar na regatach jachtów i zwyciężyła w wyścigach pływackich na Tamizie, chociaż, z powodu prostackiej, nie klasowej szkoły, nagrody nie dostała.
Reporterzy poświęcali jej często artykuły w sportowym dziale pism londyńskich i prowincjonalnych, z czego niewymownie dumni byli nowi znajomi Elzy — krewniacy lady Steward-Foldew.
Rozgłos, na który zasłużyła „północna dzikuska“, spowodował powódź zaproszeń na five-o-clock’i, obiady, bale, przedstawienia i bazary dobroczynne. Zmuszało to Elzę do częstych wyjazdów, związanych z wielkoświatowem życiem.
Wtedy to właśnie lady Rozalja posłyszała po raz pierwszy padające z ust łagodnej zawsze i pogodnej wychowanicy prawdziwe marynarskie wyzwiska i klątwy.
Narazie stara arystokratka szczerze się oburzała i przerażała, lecz potem, chociaż czyniła wymówki Elzie za niestosowne wysławianie się, śmiała się w duchu, patrząc na zarumienioną z gniewu twarz pupilki, na jej groźnie płonące oczy i zaciśnięte pięści.
Wkrótce już staruszka umiała na pamięć wszystkie te dosadne wyrażenia wściekłości: „Do stu zerwanych kotwic! Tysiąc pustych beczek śledziowych na ich głowy! Oby ich sparciała cuma udławiła! Targan mają w mózgownicach i stęchłe pakuły! Gadają, jakgdyby gafla skrzypiała lub fladrował bom-top żagiel“ itd., itd.
Wychowanica lady Rozalji po paru miesiącach ogłosiła generalną „grewę“.
— Nie potom tu przyjechała, aby się stać kukłą salonową lub niezbędną, jak mebel, „dobroczynną“ damą, moja droga Rozaljo! — rzekła pewnego razu Elza,