Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


patrząc na staruszkę ponurym wzrokiem. — Co mi to dało dotychczas? Dwóch mocno zszarganych młodzieńców napomknęło mi dość przezroczyście, że mogłabym nosić ich arystokratyczne nazwiska, a jakaś wyświechtana stara panna łaskawie przyznała mi dystynkcję, taktowność i umiar w słowach i ruchach... zgoła angielskie?! Pierwsze tak mi jest potrzebne, jak słona woda w kambuzie okrętowym lub poplątany łańcuch w kluzie kotewnej, moja droga! Drugie zaś posiada tylko tę wartość, że niezawodnie sprawi ci przyjemność, matko! To też wysłuchałam tego komplementu skromnie, jak trusia, buzię ułożyłam w jak najgłupszy ciup, ręce, które mnie ogromnie świerzbiały, w małdrzyk, a język, z powodu tego, że już uczuł posmaczek dobrych żeglarskich kawałków, przygryzłam sobie porządnie! Cha-cha-cha! Dotychczas spotkałam wśród tych dobrze wychowanych gentlemenów i prawdziwych, patentowanych, jak cumy z manilli, lady — jednego tylko myślącego, zwykłego człowieka...
— A-a-a! — przeciągnęła staruszka. — To ciekawe! Któż to zasłużył na tak pochlebną opinję mrs. Elzy Tornwalsen?
— Lord Seebold Warwick! — odparła Elza.
— Ach, to ten młody profesor, który przychodzi na five-o-clock’i w piaskowej marynarce i szarych spodniach w kratkę?! — zawołała lady Rozalja.
— Właśnie on! — potwierdziła ze śmiechem Elza. — A wiesz, matko, co on mi powiedział?
— Ciekawam, chociaż tak nieświatowy człowiek może dać wyłącznie niestosowne rady młodej damie, — odparła stara Angielka, uśmiechając się dobrotliwie.
— Wiem, że mówisz to nieszczerze, bo nie myślisz