Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie chciała nikogo widzieć i żadnych zaproszeń nie przyjmowała.
Razem z wychowawczynią bywały jedynie w teatrze. Szczególnie lubiła Elza operę, nie żeby się znała na muzyce, lecz, że w uroczystej, ciemnej sali, przepełnionej i rozśpiewanej pięknemi dźwiękami, mogła myśleć i marzyć swobodnie, a rytm i melodja muzyczna nadawały biegowi jej myśli pewien ład, nacechowany spokojem i natchniony łagodnem, kojącem przebaczeniem i pogodzeniem się z losem. Właśnie wznowiono starożytną operę „Trubadur“.
Elza Tornwalsen była obecną na pierwszem przedstawieniu, na którem tytułową rolę odśpiewał przybyły na gościnne występy sławny Eryk Tornwalsen.
Jadąc do teatru, była bardzo wzruszona i podniecona.
Za chwilę miała ujrzeć tego, który obudził w niej czynne dążenie do szczęścia; który opowiadał jej o pełnych bohaterstwa wędrówkach reniferów i dzikich łabędzi; który przekonał ją, że słońce i deszcz są własnością wspólną królewskiej róży, wyhodowanej w cieplarni, i pospolitego, szarego wrzosu, wyrastającego z jałowego, twardego pancerza skał.
Ujrzawszy pięknego Eryka na deskach sceny, przyjrzała mu się bacznie i nad podziw krytycznie.
Zmienił się był bardzo i stanowczo nie na korzyść. Z każdego ruchu, z wyrazu oczu, z jakąś służalczością wpatrzonych w publiczność, ze staranności, z jaką wykonywał swoją partję, biła chęć przypodobania się, pochlebienia widowni, lęk przed jej sądem, męcząca myśl o powodzeniu.