Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i że ramiona pływaczki gwałtownie wyrzucać się zaczęły nad falami.
Wył, gwizdał, zawodził wicher w rumowiskach starego fortu, nieruchoma, krwawa źrenica latarni wpatrywała się obojętnie w mrok, z łoskotem rozpryskiwały się bałwany, waląc w cement mola i w czarne skały u podnóża cyplu.
Żaden głos nie zdołałby przebić tego zgiełku, szamotania się potwornych istot nieznanych i niewidzialnych, zgrzytu, wycia, plusku i syku.
— Elzo!... Elzo! — krzyczeć jęła staruszka, zdjęta lękiem okropnym. — Ludzie! Ratujcie!!... Elza tonie, tonie!...
Miotała się nad stromem urwiskiem, rwała sobie włosy, wyła, jak obłąkana, nie bacząc już, że wicher zerwał z niej kapelusz i okrycie, że ostre kamienie i kłujące, suche łodygi kaleczą jej nogi.
— Elzo! Elzo!...
Nagle urwała krzyk obłędny i rozpaczliwy, a bezsilny, jak wszystko, co poczyna człowiek słaby, a przeciwny woli żywiołu.
Przez mgliste płachty i zwały mętnych, szybko pędzących obłoków wyjrzał księżyc, oświetlił siwe kurhany zwichrzone, mknące po morzu, i podkreślił prostą linję betonowego mola, okrytego świecącą się bielą piany.
Jakiś czarny punkt zjawił się na skraju jego i z szybkością niezwykłą, przesadzając potoki liżącej kamień ciężkiej wody, biec począł ku brzegowi.
Zniknął po chwili w cieniu zwisających nad zdziarem skał.