Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jeszcze chwila oczekiwania... długa, nieskończenie długa...
Na krawędzi cypla wyrosła nagle czarna sylwetka ludzka.
— Elzo! — krzyknęła stara Angielka i już tuliła do piersi ociekającą wodą postać przyjaciółki, okrywając ją połą swego płaszcza.
— Powróciłam, matko! — rozległ się wesoły, radosny głos Elzy Tornwalsen. — Powróciłam i wszystko już wiem, co jutro czynić należy! Ha! Dopłynęłam do środka łamacza fal, gdzie kipiel sroży się najsilniej! Już wiem!... Jutro albo Baldwin ulęknie się walki ze mną, albo, niech go zerwana gafla przygniecie, — przegra!...
— Przegra! — jak echo, powtórzyła lady Rozalja.
— Tak — przegra, bo, powiadam ci, żaden sportowiec nie wytrzyma tego sztormu!... Rozigrały się faliska na dobre, niech-no tu wypłynie ten bezgłowy! Ja mu jeszcze drogę na wart wskażę, — a niech mnie z rei na zbity łeb dma zrzuci, jeżeli mu się ta droga spodoba! Ho, ho!
Lady Steward-Foldew, czując łzy w oczach i ogarniającą ją ze wzruszenia słabość, śmiała się cichutko i trochę nieprzytomnie.


Rozdział X.
„S. O. S.“

Dzień wypadł mglisty i chłodny.
Słońce nie mogło się przebić przez zwały mknących na północ obłoków i przez gęstą zamieć podniesionego przez wiatr piasku.
Mimo, że wicher zrywał się co chwila, smagał w oczy