Margareta - Zwiastunka Pokoju

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Margareta — Zwiastunka Pokoju
Pochodzenie Królowe Kungachelli
Wydawca Bibljoteka Dzieł Wyborowych
Data wydania 1926
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Margareta Fredkulla
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
MARGARETA — ZWIASTUNKA POKOJU

Stało się to, gdy Margareta — Zwiastunka Pokoju, wybrawszy się konno do Norwegji, by poślubić króla Magnusa Bosego, przybyła do wsi Sturgord, leżącej na brzegu rzeki nieco powyżej Kungachelli.
Pierwsze ujrzały ją dwie staruszki — Karina Wűllűm i Walborg Toot, zbierające mech w olbrzymim lesie. Rzuciły swe tłomoki i pobiegły do wsi, by opowiedzieć, że po leśnej śnieżynce galopuje coś jasnego i pięknego, a pomiędzy drzewami widać strojnych ludzi. Lecz nikt im nie uwierzył.
— Biada oczom waszym przygasłym, — mówili im ludzie. — To nie może być księżniczka. Pewnie mgła błotna tańczy między rdzawymi pniami sosen! Niedługo po przybyciu staruszek, przybiegł, podskakując, Rasmus, syn węglarza. Oczy mu błyszczały i tak był zdyszany, że nie mógł wykrztusić ani jednego słowa. Lecz kiedy mógł już nareszcie mówić, krzyknął na całe gardło:
— Cieszcie się! Cieszcie się! Księżniczka jedzie! widziałem, jak mknie po lesie. Cieszcie się!
Rasmus, syn węglarza, zatrzymał się na trójkątnym placu pośród wsi, gdzie schodziły się trzy drogi. Stało tam kilku włościan, szepcąc między sobą, że wkrótce wybuchnie znowu wojna z Norwegją. Kiedy usłyszeli okrzyk Rasmusa, sądzili, że śmieje się on z ogólnego nieszczęścia.
— Milcz, łotrze! — zawołali, grożąc mu pięściami. — Milcz, jeśli ci życie miłe! Ani słowa więcej o tem, słyszysz, podrzutku!
Lecz Rasmus, syn węglarza, nie należał do tych, których łatwo można przekonać. Zaczął więc na nowo.
— Księżniczka jedzie! Słyszałem, jak świerkają na jej powitanie milczące ptaki sosnowego boru. Kiedy przejeżdżała, wiewiórka zeskoczyła ze szczytu drzewa na najniższą gałąź i siedziała cichutko, z ogonem podniesionym do góry i błyszczącemi, jak węgle oczami. A cietrzew przeleciał z takim hukiem, jak gdyby piorun uderzył!
Zaledwie Rasmus zdążył to powiedzieć, kowal Per schwycił go za ucho.
— Księżniczka! — syczał. — Mówisz, że widziałeś księżniczkę! To był duch, rozumiesz? Piękny duch leśny! Księżniczka nie przyjedzie. Boże ulituj się! Księżniczka nie przyjedzie!
Chociaż nikt nie chciał wierzyć w tę pogłoskę, jednak obiegła już wioskę z szybkością błyskawicy i ludzie ze wszystkich stron zaczęli się schodzić na plac, by posłuchać, co mówi chłopiec.
Wieś Sturgord w ubiegłym roku została prawie całkowicie spaloną w czasie wojny i większa jej część stanowiła czarne pogorzelisko, na którem z obawy przed wojną nikt nie miał odwagi budować nowego domu. Lecz z piwnic i izb podziemnych, wychodzili gnieżdżący się tam wycieńczeni, chudzi i obdarci ludzie. Szli, pogrążeni w głębokiem milczeniu i nie mieli odwagi zbliżyć się do syna węglarza, jak gdyby z obawy przysłuchiwania się temu, co mówi.
Kiedy kowal Per zauważył, że coraz więcej zbiera się ludzi, szarpnął tak silnie Rasmusa za ucho, że chłopiec krzyknął głośno. Równocześnie starał się go przekonać perswazją.
— Nie żartuj z nas, biednych włościan! Ciężkiem jest dla nas życie na granicy w czasach tak strasznych, kiedy królowie północy nie chcą zachować pokoju. Jesteśmy jak owce oddzielone od stada. Gnębią nas niedźwiedzie, grozi nam przepaść. Codziennie, w każdej chwili mamy przed sobą bezlitosne oblicze śmierci.
Podczas gdy kowal mówił, na plac napływały nowe tłumy włościan. Pomiędzy nimi był i niejaki Chalward. Jeszcze wczoraj był on tak pewny wybuchu nowej wojny, że wyniósł na wielką drogę swą skrzynię z pieniędzmi, proponując przechodniom, by czerpali z niej tyle, ile im się podoba. Przybyli również z Westgardu ludzie, którzy całe dziedzictwo ojcowie oddali za wino i zakąski i grzęźli w grzechu w oczekiwaniu wojny. Przyszli wreszcie i ludzie z małego chutoru na krańcu wioski, którzy niedawno spalili własne siano i wyrżnęli bydło, by Norwegowie nie mieli się czem pożywić.
Kiedy kowal zobaczył ich wszystkich milczących i nieruchomych, lecz z iskrami obłędu w oczach, przeraził się, by nie doszło do jakiegoś zajścia, jeśli dadzą się oszukać i uwierzą w zawarcie pokoju.
— Czy doprawdy nie rozumiesz, że był to duch leśny, — zwrócił się znowu do Rasmusa i to tak głośno, by wszyscy słyszeć go mogli. Duch błądzi po lesie, śmieje się, trzeszczy w gęstwinie i tumani oczy wam, węglarzom. Naturalnie, duch leśny wie o tem, że w przeszłym roku latem król Inje zawarł w Kungachelli zawieszenie broni z norweskim królem Magnusem. Wie również, że pokój miał być wzmocniony przez przybycie do Norwegji córki króla Inje, która miała poślubić Magnusa. Duch leśny rozumie doskonale, że wszyscy czekamy i wypatrujemy, czy nie jedzie dziewica pokoju. Dlatego też chce nas w błąd wprowadzić, przyjmując na siebie postać księżniczki. Duchy lubią podobne figle.
Rasmus, syn węglarza, stał spokojnie i z szacunkiem słuchał kowala Pera. Ten zaś, myśląc, że udało mu się przekonać chłopaka, pozwolił mu odejść. Lecz znalazłszy się na wolności, Rasmus krzyknął głośniej, niż przedtem:
— Księżniczka jedzie! Widziałem księżniczkę!
Chcąc wzbudzić większe zaufanie do swych słów, zaczął opisywać koronę, podobną do kwiatka osypanego kroplami rosy i czaprak, który gorzał na słońcu jak czerwony muchomor.
Z pośród tłumu wysunęła się nagle stara Sygryd Tursdotter. Wykrzyknęła, potrząsając w powietrzu swym koszturem:
— Kto powiedział, że księżniczka jedzie? Ja jedna, wiem tylko, kto jedzie do nas! Całą zimę, sama samiuteńka przesiedziałam w chacie, patrząc, jak dym się głębi nad ogniskiem. I co wieczór dym pełen był widziadeł. Stał się przed mojemi oczami, przybierając kształty ludzi w pancerzach, z włóczniami. Wiem, co to znaczy, gdy dym zaludnia się rycerzami. Są to wysłańcy tych, którzy w ciemną noc, kiedy będziemy spali, podkradną się do domów naszych. Śpiąc, nie będziemy słyszeli, że się zbliżają, a obudzimy się, kiedy czerwony kogut zapieje na dachu, gdy zaczniemy dusić się od dymu w domostwach naszych, kiedy za gorejącemi ścianami usłyszymy zwycięskie krzyki rycerzy norweskiego króla.
Słuchając Sygryd Tursdotter, ludzie drżeli z przerażenia. Lecz syn węglarza zastąpił jej drogę, mówiąc:
— Co mnie obchodzą kłęby waszego dymu? Widziałem księżniczkę! Jedzie na koniu w błyszczącej koronie!
Kowal Per, nie chcąc łudzić włościan nadzieją, która się spełnić nie może, rzucił się na Rasmusa, zaciągnął go do kurnej izby, gdzie znajdowała się kuźnia, wepchnął go tam i założył wejście kamieniem, który służył za drzwi.
Rasmus jednak i tam nie przestawał krzyczeć:
— Widziałem księżniczkę! I wszyscy powinniście się cieszyć, że jedzie!
Nie zdążył jeszcze kowal Per wyprowadzić chłopca, gdy we wsi ukazał się człowiek wyjęty z pod prawa, który od wielu lat błąkał się w lesie. Podobny był do dzikiego zwierzęcia w swem ubraniu ze skór i najeżoną brodą. Lecz biegł, podskakując, śmiał się głośno, radośnie, wymachując nad głową zieloną gałązką, jak gdyby na znak pokoju. Obiegł całą wioskę, zatrzymując się przed każdym zwałem sczerniałych ruin i krzyczał tak głośno, że można go było słyszeć i w ciemnych piwnicach, służących za mieszkanie.
— Księżniczka jedzie! Widziałem księżniczkę!
Wygnaniec, dobiegłszy do wielkiego podwórza Folke Lagman, obwoływał przyniesioną wieść równie, jak i przed innemi zagrodami. Lecz Folke Lagman, usłyszawszy jego słowa, wyszedł ze swej piwnicy stary, zgarbiony, i powiedział:
— Pokój z tobą, wygnańcze. Dlaczego przychodzisz do nas z kłamstwem na ustach? Chcesz, byśmy ci przebaczyli? I bez tego uwalniam cię od kary. Możesz więcej nie wracać do lasu. Sami jesteśmy jako skazańcy i nie mamy potrzeby wyłączać kogokolwiek z pośród nas.
— Dlaczego mi nie wierzysz? — zapytał wygnaniec. Czy nie wiesz, że król Inje obiecał przysłać na wiosnę dziewicę pokoju?
Starzec rzucił nań zmęczone, beznadziejne spojrzenie.
— Nie wiem nawet, czy wiosna nadeszła, — odpowiedział. — Przyjacielu mój. Dla nas, biednych włościan wszystko jest teraz jedno, czy wiosna, czy jesień na świecie. Obojętnem jest dla nas, czy śnieg leży na polach — nie będziemy ich orali. I niechaj nad nami gromadzą się chmury, niech ziarno leży w ziemi, nie puszczając kiełków i nie dojrzewając. Nie będziemy ani siali, ani żęli. Siedząc bezczynnie, oczekujemy swej zguby.
Tymczasem z lasu przybywać zaczęli myśliwi i zbiegli niewolnicy, przynosząc wciąż nowe wieści ludowi, zgromadzonemu na trójkątnym placu. Wiele oczów zapałało nadzieją. Tylko stara Sygryd Tursdotter siedziała jak i przedtem ponura i smutna, opowiadając sny swoje.
— Biada temu, kto nie widząc na własne oczy księżniczki, cieszy się nadzieją! — mówiła. — Kiedy księżniczka ukaże się na brzegu lasu na koniu srebrnym kutym, kiedy jej korona z pereł zajaśnieje nad doliną, wtedy tylko my, włościanie pograniczni, możemy mieć jakąkolwiek nadzieję.
Zaledwie to powiedziała, gdy Karina Wűllűm i Walborg Toot wykrzyknęły:
— Matko Przenajświętsza zmiłuj się nad nami!
I wszyscy spojrzeli w stronę lasu. Z gęstwiny, jak z ciemnej pieczary, wychodziła droga. Wszyscy naprzemian wołali:
— Chodźcie! Patrzcie! Co to! Matko Boża, ratuj nas! Przysłońcie oczy ręką i patrzcie na leśną drogę! Zróbcie znak krzyża i patrzcie!
— Jak gdyby dziewica jedzie z wspaniałą świtą? Czy wszyscy ją widzą?
Przerażeni, zdziczali ludzie krzyczeli, wyciągając ręce w kierunku lasu.
— Może to duch leśny? Czy to nie czary djabelskie? Czy wszyscy widzimy księżniczkę?
Padali na kolana, modlili się i śpiewali hymny. Niektórzy pobiegli na dzwonnicę i zaczęli bić w dzwony, chcąc się upewnić, że piękna dziewica nie jest wiedźmą, która boi się dzwonów kościelnych.
Lecz kiedy stara Sygryd Tursdotter zobaczyła swemi orlemi oczyma, że z ciemnego lasu wyjeżdża dziewica na koniu, przestała już wątpić i zawołała pierwsza:
— Ach droga, kochana, słoneczko ty nasze! Kwiatuszku! Nie jesteś duchem, córką królewską. Dziękujcie i wychwalajcie Pana! Ach, przybyłaś wreszcie, najdroższa! Przyjeżdżasz do naszej doliny!
Sygryd Tursdotter, wywijając laską wysoko ponad głową, ruszyła z ludem na spotkanie księżniczki.
— Droga, kochana, kwiatuszku, słoneczko ty nasze! — powtarzali za nią.
Kiedy już podeszli zupełnie blisko, zawołali:
— Najdroższe kochanie nasze! O jakże piękną jesteś! Jakże jaśniejesz w koronie swojej! Odrzuć zasłonę jedwabną! Pozwól, niech ci się dobrze przyjrzymy!
Tłocząc się naprzód, otoczyli Wielkiego, czarnego konia, który w czerwonym czapraku, z powiewającym pióropuszem na głowie i złotymi galonami wplecionymi w grzywę, stąpał poważnie.
— Droga, kochana, — powtarzali. — Jakże posłusznym jest twój kary koń! Przyjechałaś nareszcie, kochana!
Za Margaretą jechało wielu dworzan wielkich i dam z jej kraju, lecz przed jej koniem szedł ubogi włościanin, trzymając w rękach złamaną włócznię i wołając bezustannie:
— Oto jedzie piękna dziewica pokoju! Oto jedzie Margareta — Zwiastunka Pokoju!
I przejeżdżając wzdłuż granicy, księżniczka widziała, jak radość i ukojenie ogarniały lud cały. Gdzie tylko ją ujrzano, włościanie natychmiast zaczynali zaorywać ziemię, a włościanki rozścielały płótno, by je bieliło słońce. Zgłodniałe bydło wypędzano na pastwiska. Młode dziewczęta decydowały się znowu nałożyć pierścienie i bransolety. Hełmy i miecze chowano do skrzyń.
Wszędzie, gdzie przejeżdżała, na jej spotkanie z kwiatami w dłoniach wychodziły kobiety i dzieci. A z gęstwiny leśnej wybiegł stary, zdziczały węglarz, zaprosił ją do siebie i podał jej mrożone jagody.
Lecz nigdzie nie witano pięknej córki królewskiej z taką radością, jak we wsi Sturgord.
— Niech Bóg ci błogosławi! — wołano. — Niech Bóg błogosławi twej cudnej twarzyczce! Niech Bóg ci błogosławi, Zwiastunko Pokoju!
Podczas gdy zbliżano się do wsi, włościanie podbiegli do córki królewskiej i zdyszani, zaczęli jej opowiadać o swych cierpieniach i mękach. Mówili o wszystkiem, co wycierpieli w czasie długiej wojny.
Przybywszy nakoniec na trójkątny plac, Margareta ściągnęła lejce i zatrzymała swego rosłego konia. Nigdy dotąd nie widziała podobnej nędzy. Spojrzała na pogorzelisko, rozgrabione domy, nieszczęśliwych ludzi i oczy jej napełniły się łzami.
Włościanki jednak zaczęły całować jej ręce, mówiąc, że teraz z chwilą jej przyjazdu, nie będą się więcej smuciły. Teraz, gdy między niemi będzie dziewica pokoju, kres przyjdzie wszystkim cierpieniom.
— Nie myśl o nas, Zwiastunko Pokoju, — mówiły. — Nie płacz nad nieszczęściem naszem. Myśl o królu Magnusie, tym wielkim bohaterze, do którego będziesz należała. Uśmiechnij się doń łagodnie. Pogładź w myślach jego jasne, długie, jadwabiste włosy!
Ponieważ milczała ciągle i płakała, siedząc na koniu, wszyscy zaczęli ją pocieszać.
— Nie czas teraz na łzy, dzieweczko! — wołano. — Patrz, oto rzeka. Na tamtym brzegu znajduje się Norwegja, a nieco wyżej bogata Kungachella z wieloma okrętami, gdzie czeka na ciebie oblubieniec. Niech Bóg ci błogosławi! O jakże ucieszy się Magnus w chwili, gdy będzie cię mógł ująć w ramiona!
— Patrz, dzieweczko! Już na obydwuch brzegach rzeki wiedzą o twoim przyjeździe. Wszędzie zapalają powitalne ognie. Patrz, jak lud śpieszy nad rzekę. Posłuchaj, tam wznoszą już okrzyk: „Niech żyje Zwiastunka Pokoju. Możesz rozróżnić słowa. Wyraźnie słychać je po wodzie.
Lecz Zwiastunka Pokoju była niepocieszona. Zatrzymała konia i wodziła smutnemi oczami po otaczających ją kobietach. Były w łachmanach, chore, zdziczałe, zupełnie nie robiące wrażenia istot ludzkich.
Podniosła wreszcie rękę na znak, że chce przemówić i wszyscy zamilkli.
Margareta — Zwiastunka Pokoju przemówiła na placu spalonej wsi Sturgord i słuchali jej wszyscy biedni, wszyscy znakomici panowie i damy jej świty.
— Chcę, byście zapamiętali wszyscy przysięgę, którą teraz złożę w obliczu Boga i świętych: „Póki usta moje nie zaniemówią, póki serce me bić nie przestanie, poty używać będę wszystkich sił moich na korzyść pokoju!“
Zamilkła, jakby rozumiejąc, że w przysiędze tej zawarte jest niebezpieczeństwo, zagrażające jej samej i dodała później: „Nawet za cenę mego szczęścia i życia“.
Kiedy córka królewska wypowiedziała słowa przysięgi, spojrzenie jej stało się weselsze i płakać przestała. Ruszyła z miejsca, kierując konia na drogę, która wiodła do brodu.
Na trawie przy drodze siedział mały pastuszek. Cieszył się, jak wszyscy i chciał jakkolwiek wyrazić swą radość. Zaśpiewał więc księżniczce miłosną piosenkę o królu dalekiej północy, który wzdychał do córki królewskiej ze wschodu.
Zwiastunka Pokoju znowu zatrzymała konia i słuchała pastuszka, który śpiewał cienkim, czystym głosikiem:

„Z powodu niej
Nie wiem, co to jest spokój w czasie długich nocy.
Z powodu niej
Znikła dawno wesołość moja.
Piękność Wschodu
Sama dowodzi wojskiem,
Wysmukła z oczyma czarnemi
Matylda, córka cesarza.
Niema większego szczęścia,
Jak życie z dobrą żoną.
A ja wszędzie i zawsze
Chodzę z moją tęsknotą.
Zawsze i wszędzie
Na jednem siodle ból ze mną siada.
Lecz wiem, że z tą królewną
Ożenić się nie mogę“.

Oto jaką zaśpiewał piosenkę. Wysłuchawszy jej do końca, księżniczka uśmiechnęła się do chłopca i zapytała, kto do niej ułożył słowa.
Nikt się nie domyślił, że nie należy dopuścić, by pastuszek odpowiedział. On zaś, dumny, że może mówić, zawołał:
— Piosnkę tą ułożył król Magnus na cześć Matyldy, córki cesarskiej!
O, jakaż rozpacz ogarnęła miłą księżniczkę!
— Król Magnus sam ułożył tę piosenkę! — zawołała. — Pocóż więc jadę do niego, jeżeli tęskni za królewną ze wschodu? O mnie nie ułożył pieśni, która rozeszłaby się po całym kraju!
Biedni włościanie, jak piorunem rażeni, słyszeli, jak mówiła, zwracając się do swej świty:
— Ach, dworzanie kochani, dobre damy, odprowadźcie mnie z powrotem do domu! Zlitujcie się nade mną, wierni słudzy ojca mojego! Nie oddawajcie mnie królowi Magnusowi! Słyszeliście piosenkę? On nie o mnie myśli. Usycha z tęsknoty za jakąś piękną królewną!
W tej samej chwili usłyszała królewna, jak tłumy ludu, które stały wzdłuż drogi, oczekując jej przejazdu, wykrzyknęli donośnie:
— Niech żyje Zwiastunka Pokoju!
Sama zaś skarżyła się i prosiła dalej:
— Kochani dworzanie i szlachetne damy, odprowadźcie mnie do domu! Czy nie słyszeliście piosenki? Grzeszymy przeciw królowi! Nie chcę się narzucać na królowę! Pragnę tylko wrócić do domu!
Ludzie, stojący na brzegach rzeki, krzyczeli bez przerwy:
— Zwiastunka Pokoju! Zwiastunka Pokoju!
Wtedy księżniczka zacisnęła uszy rękami. Zawróciła konia i okrzykami popędzała go naprzód.
— Ach, niechaj lud zamilknie! — wołała. — Nazywają mnie Zwiastunką Pokoju, lecz pokój trwać będzie, nawet jeśli nie przyjadę! Król Magnus nie wypowie wojny z tego powodu. Ucieszy się tylko, że wracam do domu.
Tłoczący się przy drodze ludzie nie uspakajali się i przyzywali swą Zwiastunkę Pokoju, Lecz ci, którzy stali bliżej, dziwili się i zapytywali:
— Gdzie ona jedzie? Gdzie jedzie?
Kiedy zaś zrozumieli, że pędzi w kierunku lasu, gwałtownie rzucili się za nią.
— Córko królewska, — wołali, — posłuchaj, co ci powie ta stara kobieta!
— Głowa trzęsie mi się ze starości, — powiedziała staruszka. — Czyż wojna ma mi teraz zabrać syna?
— Czy ty rozumiesz, córko królewska, — wołał tłum, — że w dolinie wszystkie drzwi będą znowu zamknięte? Znowu otworzą skrzynie ze zbroją! Włościanin pług z ziemi wyciągnie! Dlaczego zatykasz uszy? Musisz słuchać, słuchać, słuchać!
— Zwiastunko Pokoju, — krzyczeli goniący ją ludzie, — nie zasługujesz na imię, które nosisz! Zwiastunko Pokoju, nie ośmielimy się zasiać naszych pól! Zwiastunko Pokoju, córki nasze nie będą mogły wyjść zamąż w tym roku! Zwiastunko Pokoju, gdy spalą nasze domy, stare kobiety wzniosą na zgliszczach słup hańby, na którym wyryją twe imię! Zwiastunko Pokoju! Zwiastunko Pokoju!
Mieszkańcy Sturkordu pędzili tuż za nią. Wszyscy ci nieszczęśliwi zawodzili z jękiem:
— Zwiastunko Pokoju, przypomnij sobie o nas, kiedy zginiemy! Gdy uprowadzą nam bydło — przypomnij sobie o nas! Kiedy będziemy się mścili za nasze rodziny — przypomnij sobie o nas! Kiedy popełniać będziemy dzikie postępki — przypomnij sobie o nas! Myśl o nas tak, jak my zawsze myśleć o tobie będziemy!
— Nie powinnaś wracać do domu! Nie powinnaś nas opuszczać! Przypomnij sobie, jaką niedawno złożyłaś przysięgę, krzywoprzysiężna! Czy słyszysz, jak lud cię wzywa z tamtego brzegu?
Ludzie ze Sturgordu tłoczyli się dokoła księżniczki i zagradzali jej drogę.
— Tylko poprzez nasze trupy wrócisz do domu! — wołali niektórzy.
A inni całowali tylko ręce księżniczki i prosili łagodnie, cicho:
— Zostań, nie opuszczaj nas!
Księżniczka widziała, że nie chcą jej zrobić krzywdy. Lecz biedny ten lud, wyczerpany wojną, nie wiedział, co ma począć. Kilka rąk chwyciło za uzdę konia, by go zawrócić z powrotem.
Księżniczka zatrzymała go sama, chociaż rozumiała doskonale, że może jechać dalej. Pośród tłumu znajdowało się kilku mieszkańców lasu oraz kilku wygnańców, którym przyrzekła swą opiekę. Jak szaleńcy wygrażali jej nożami, lecz w tejże chwili całowali kraj jej szaty.
Podniosła i opuściła bicz z okrzykiem:
— Precz! Precz!
Ujrzawszy to włościanie, odskoczyli od niej i jakby skamienieli z rozpaczy. Widzieli, że sama pogrążona jest w wielkim bólu i nie chcieli żebrać o litość.
— Niech się stanie woła twoja, dziewczę! — zawołali. — Drogę masz wolną!
Księżniczka siedziała bez ruchu, Utkwiwszy wzrok pełen tęsknoty w dalekie góry, pokryte lasem. Za nimi był dom rodzinny, gdzie chciała się schronić, jak zwierz raniony, uciekający do legowiska. Długo patrzyła w ten sposób, a oczy pałały tak silnie, że łzy jej obeschły.
W milczeniu zawróciła konia i znowu zaczęła jechać w kierunku doliny.
Zawróciła z własnej woli, nie pod przymusem, z miłości tylko do tego wzniosłego pokoju.
Znowu jechała przez dolinę, lecz bez pośpiechu i wesołości.
Powoli przebyła pochyłość, wiodącą do Sturgordu i przejechała obok pogorzeliska do rzeki i brodu.
Lud szedł za nią w milczeniu i szeptał, że nie należy jej niepokoić, że nikt nie powinien sławić jej czynu.
Płynąc na starym promie, księżniczka zsiadła z konia i zaczęła patrzeć na wodę. Cichutko szeptała do siebie:
— Czy widzisz tę wielką rzekę? Jak wolno płynie do morza! Miękkie fale bez namysłu wpadają w jego silne objęcia, chociaż czasami wydaje im się strasznem i niebezpiecznem. Jeżeli rzeka napotka na swej drodze małą, spokojną, zarośniętą trzciną zatokę — i tam się nie zatrzyma. Gdyby kiedykolwiek zechciała wrócić do cichego strumyka w gęstwinie leśnej, skąd wzięła początek — nie może tego dokonać. Musi niezmiennie płynąć naprzód, zawsze naprzód. Takiem, widzisz jest jej przeznaczenie. Ty również musisz być maleńką falą, która wpada do morza niezgody ludzkiej, by zmniejszyć gorycz jego!
A tymczasem z Kungachelli przybyło kilku dumnych rycerzy i zatrzymało się z tamtej strony rzeki.
Niechaj teraz księżniczka podniesie spuszczone oczy! Niech spojrzy na króla Magnusa. Na hełmie lśni złoty lew, herb jego. Lew również — na jego sztandarze i czerwonym, jedwabnym płaszczu. Niech spojrzy na króla: sam on jest lwem północy! Popatrz, jak jego długie jedwabiste włosy opadają na ramiona! Popatrz na jego dumną postać, na pełen odwagi błysk oczów!
Oto pędzi galopem. Obłok kurzu unosi się za nim. Zbliża się. W półmroku zmierzchu długi cień jego kładzie się na pola. Cwałuje, aż drży ziemia.
Podnieść oczy, księżniczko, i uśmiechnij się do narzeczonego! Nie myśl więcej o tem, że wolałabyś rzucić się i umrzeć pod kopytami szybkonogiego rumaka!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: anonimowy.