Strona:Selma Lagerlöf - Królowe Kungachelli.pdf/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

całkowicie spaloną w czasie wojny i większa jej część stanowiła czarne pogorzelisko, na którem z obawy przed wojną nikt nie miał odwagi budować nowego domu. Lecz z piwnic i izb podziemnych, wychodzili gnieżdżący się tam wycieńczeni, chudzi i obdarci ludzie. Szli, pogrążeni w głębokiem milczeniu i nie mieli odwagi zbliżyć się do syna węglarza, jak gdyby z obawy przysłuchiwania się temu, co mówi.
Kiedy kowal Per zauważył, że coraz więcej zbiera się ludzi, szarpnął tak silnie Rasmusa za ucho, że chłopiec krzyknął głośno. Równocześnie starał się go przekonać perswazją.
— Nie żartuj z nas, biednych włościan! Ciężkiem jest dla nas życie na granicy w czasach tak strasznych, kiedy królowie północy nie chcą zachować pokoju. Jesteśmy jak owce oddzielone od stada. Gnębią nas niedźwiedzie, grozi nam przepaść. Codziennie, w każdej chwili mamy przed sobą bezlitosne oblicze śmierci.
Podczas gdy kowal mówił, na plac napływały nowe tłumy włościan. Pomiędzy nimi był i niejaki Chalward. Jeszcze wczoraj był on tak pewny wybuchu nowej wojny, że wyniósł na wielką drogę swą skrzynię z pieniędzmi, proponując przechodniom, by czerpali z niej tyle, ile im się podoba. Przybyli również z Westgardu ludzie, którzy całe dziedzictwo ojcowie oddali za wino i zakąski i grzęźli w grzechu w oczekiwaniu wojny. Przyszli wreszcie i ludzie z małego chutoru na krańcu wioski, którzy niedawno