Strona:Selma Lagerlöf - Królowe Kungachelli.pdf/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie wiem nawet, czy wiosna nadeszła, — odpowiedział. — Przyjacielu mój. Dla nas, biednych włościan wszystko jest teraz jedno, czy wiosna, czy jesień na świecie. Obojętnem jest dla nas, czy śnieg leży na polach — nie będziemy ich orali. I niechaj nad nami gromadzą się chmury, niech ziarno leży w ziemi, nie puszczając kiełków i nie dojrzewając. Nie będziemy ani siali, ani żęli. Siedząc bezczynnie, oczekujemy swej zguby.
Tymczasem z lasu przybywać zaczęli myśliwi i zbiegli niewolnicy, przynosząc wciąż nowe wieści ludowi, zgromadzonemu na trójkątnym placu. Wiele oczów zapałało nadzieją. Tylko stara Sygryd Tursdotter siedziała jak i przedtem ponura i smutna, opowiadając sny swoje.
— Biada temu, kto nie widząc na własne oczy księżniczki, cieszy się nadzieją! — mówiła. — Kiedy księżniczka ukaże się na brzegu lasu na koniu srebrnym kutym, kiedy jej korona z pereł zajaśnieje nad doliną, wtedy tylko my, włościanie pograniczni, możemy mieć jakąkolwiek nadzieję.
Zaledwie to powiedziała, gdy Karina Wűllűm i Walborg Toot wykrzyknęły:
— Matko Przenajświętsza zmiłuj się nad nami!
I wszyscy spojrzeli w stronę lasu. Z gęstwiny, jak z ciemnej pieczary, wychodziła droga. Wszyscy naprzemian wołali:
— Chodźcie! Patrzcie! Co to! Matko Boża, ratuj nas! Przysłońcie oczy ręką i patrzcie na leśną drogę! Zróbcie znak krzyża i patrzcie!