Listy z za grobu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Jaroszyński
Tytuł Listy z za grobu
Pochodzenie Oko za oko
Wydawca I. Rzepecki
Data wydania 1912
Druk Bilińskiego i Maślankiewicza
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


LISTY Z ZA GROBU


Stara, odwieczna historja...
Dobrzy są sobie ci nasi poczciwi starzy. Skoro tylko wejdą w rolę rodziców, natychmiast zapominają o tem, że sami niegdyś wobec rodziców własnych bronili zawzięcie praw serca...
A może ich nigdy nie bronili, tych praw fantastycznych, nieskodyfikowanych przez nikogo na świecie w sposób dość stanowczy; może zacne moje matczysko, posłuszne opiece, oddając mądrze wybranemu panu rękę, nie zastanawiało się, że za ręką serce oddać musi, że musi je zniewolić — serce dziewczyny, które zapala się nagle bez wiedzy i zezwolenia zwierzchności... najbardziej nawet kochanej i poważanej.
Mila ciężką miała przeprawę z sumieniem. Zapewne Władka lubiła bardzo, ale lubiła go jak... brata, jak towarzysza zabaw dziecięcych, jak przyjaciela... Nie rozumiała poprostu, że „takie lubienie to nie to“, że to zgoła w treści swej co inego i całkiem odmiennego.
Zaręczono ich.
Ha, trudno. Była dzieckiem. Jeżeli jednak ma sobie coś do wyrzucenia, to tylko to jedynie, że, poznawszy treści tej istotę, nie zwróciła Władkowi odrazu słowa i pierścionka.
To jedno było nikczemne i to się mści.
Ale bo też okoliczności ułożyły się dziwnie fatalnie. Władek powołany, jako oficer rezerwy, na wojnę daleką, niewątpliwie musiał być mocno zgnębiony. Nadrabiał wprawdzie miną, udawał zucha, gwizdał, podśpiewywał, w gruncie rzeczy jednak, już jeżeli nie niebezpieczeństwa samej wojny, to nieunikniona konieczność długiej rozłąki z matką i z narzeczoną nie mogła chłopca usposabiać zbyt różowo. Toż doprawdy może nieco zbyt bolesna operacja... zerwania byłaby w podobnej chwili okrucieństwem bezlitosnem.
Otóż ta właśnie litość niemądra, ten sentymentalizm zbyteczny, ten brak odwagi czynu jedynie słusznego, sprawiły, że się spełnia rzecz wśród rzeczy ludzkich najobrzydliwsza — kłamstwo.
Właściwie należało sprawę postawić śmiało a jasno i wyraźnie już wtedy na wieczorze, kiedy tańcząc z Karolem, zrozumiała, że inaczej... Boże, jakże inaczej czuła się w jego ramionach.
Powinna była wtedy zaraz, tam, na tym wieczorze przeklętym, czy błogosławionym, przyjść do niego, a położywszy rękę na ramieniu, powiedzieć szczerze i otwarcie: „Słuchaj, ty, który jesteś moim przyjacielem najlepszym, ty, który jesteś człowiekiem dobrym, mądrym i subtelnym, pojmiesz i uwzględnisz, jako zjawisko najbanalniejsze, najpospolitsze pod słońcem, a mianowicie: tańcząc z Karolem, przekonałam, się i uświadomiłam to sobie najkategoryczniej, że ciebie kocham jak brata, jak przyjaciela, że tem samem małżeństwo między nami byłoby niezgodne z prawami przyrodzonemi i innemi. Karol, zbliżając się do mnie, zapalił w sercu mojem cudną, wspaniałą lampę, która rozświetliła mi duszę, żem jasno ujrzała właściwe swe drogi“.
Nie powiedziała mu jednak tego ani wtedy, ani później w ciągu kilku następnych miesięcy, ani zwłaszcza w owej chwili, kiedy wybierał się w podróż pełną przygód i niebezpieczeństw — kiedy go wysyłano na drugi koniec świata.
I to było błędem nie do darowania.
Teraz, kiedy cudna lampa w sercu rozgorzała w straszliwy, ogarniający duszę potęgą nieposkromioną, pożar, kiedy ogromne jego płomienie z szaloną bezwzględnością niszczącego żywiołu strawiły doszczętnie wątłą konstrukcyę względów rodzinnych, towarzyskich, przyjacielskich, kiedy pękły ostateczne pęta więzów konwencjonalnych i wszelkiego przymusu zewnętrznego, dalsze okłamywanie zacnego człowieka byłoby zbrodnią.
To jest tylko nad wyraz przykre, że musi gorzką prawdę powiedzieć biednemu chłopcu teraz, w tej chwili, kiedy on zdała od kraju, rodziny, przyjaciół, w opuszczeniu, mękach tęsknoty, wśród okropności wojny i w ustawicznem niebezpieczeństwie utraty życia, zasługiwałby istotnie na pewną względność.
Mila kończyła list do narzeczonego, a silne wypieki wystąpiły jej na policzki i oczy gorączkowo pałały.
Trapiła ją bowiem ustawicznie myśl jedna, że przecież Władysława do zaręczyn nie popchnęło bynajmniej jakieś wyrachowanie, wynikające z układów rodzinnych.
Zresztą pani Zabrzeska, matka jego, pomimo całej gołębiej łagodności, dość stanowczo opierała się temu związkowi. Ot, jak każda matka zaślepiona, roiła o zaczarowanej księżniczce z baśni.
— Zwyciężyłam!
Jakoby uczucie przypływającej dumy skrzepiło jej piękne, młode ciało. Otrząsnęła się z drażniących niepokojów.
— Z drugiej strony — uspokajała się — lepiej, że list mój zastanie go wśród zawieruchy wojennej, wśród trudu marszów i przemarszów, wśród znoju ataków, wśród grzmotu dział, jęku rannych, wśród twardej okropności śmierci, kiedy nie będzie miał czasu ani humoru na tkliwe rozrzewnianie się z powodu zerwania z jedną panną.
Zapieczętowała list, opakowała pierścionek i wyszła, ażeby osobiście oddać to na pocztę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Niezupełnie przecież pewna była siebie i, choć krok swój stanowczy uważała za słuszny i konieczny, trwożyły ją jednak jakieś przeczucia złowieszcze.
— Sentymentalizm!
Nastrój uprzykrzała nieznośnie jeszcze ta okoliczność, że do owych krajów odległych listy wędrowały tygodniami, toż na odpowiedź w denerwującej niepewności zbyt długo wypadnie czekać. Z korespondencji, którą pani Zabrzeska z synem utrzymywała, wypadało, że listy z terenu wojny idą dwa tygodnie — tam zaś nieco nawet dłużej. Matka codzień regularnie wysyła do syna obszerne pismo, w którem podawała mu najszczegółowsze wiadomości o wszystkiem, co mogło go choć trochę obchodzić, wzamian też regularnie codzień Władysław słał do matki bodaj słów kilka, gdzieś w marszu lub z szańców, na świstku papieru ołówkiem nakreślonych.
Co prawda nie nazbyt znowu dokładnie posłania owe z placu boju do kraju nadchodziły i nieraz stęskniona i zrozpaczona kobieta z tygodnia całego wieści otrzymywała odrazu. Niemniej przez ciągłość owej korespondencji nawiązał się między matką a synem, jakby nieprzerwany prąd uczuciowy, który, zda się, ową przestrzeń niezmierzoną, ów długi, dzielący ich miesiąc czasu, unicestwiał i znosił.
Tak oto opanowali oni uczuciem czas i przestrzeń.
Niekiedy pisał Władysław list dłuższy, pełen tęsknoty i wynurzeń, pełen żalu do Mili za to, że tak mało o nim pamięta.
Aż dnia pewnego pani Zabrzeska otrzymała urzędowy telegram z pułku, że syn jej nie żyje. Padł rozdarty na strzępy przez szrapnel nieprzyjacielski.
O żałobie nieszczęsnej kobiety nazajutrz wiedziano powszechnie. Władysław, jako przyrodnik zgoła nieprzeciętnych zdolności, miał już pewne stanowisko w świecie naukowym, to też pisma poświęciły młodemu uczonemu obszerniejsze wspomnienia pozgonne.
Mila o śmierci narzeczonego dowiedziała się z dzienników porannych. Pierwszy okrzyk zgrozy przyszło nagle uciszyć, jakoby uczucie pewnej ulgi. Zbadawszy datę telegramu, wywnioskowała, że posyłka jej fatalna nie mogła dojść rąk nieszczęśliwego, że umarł, nie poznawszy złej prawdy...
Pobiegła do biednej, tonącej we łzach nieutulonego żalu, matki i wraz z nią szczerze płakała narzeczonego.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .
A potem z dziwną, niesłychaną, nieznaną dotychczas, tragiczną akuratnością dzień w dzień, o jednej stale porze przychodził list z placu boju. Władysław, snadź wolniejszym rozporządzając czasem, pisał obszernie o sobie, o warunkach, w jakich żyje, o osobliwościach kraju, gdzie przebywa, o zaletach nieprzyjaciela, z którym walczy. Widocznie w dobrym był nastroju, zdobywał się nawet na żart wesoły, a liryczną jedynie nutą dźwięczały ustępy, kiedy się żalił na pewną dziewczynę niedobrą, co zapomniała z kretesem o biednym żołnierzu, walczącym daleko, za siódmą górą, za siódmą rzeką.

Listy z za grobu!
Strasznie było patrzeć na biedną utrapioną matkę, która, w rozpacznem poddaniu się tej tragicznej okropności, co wieczór oczekiwała listu od syna nieżyjącego.
Dni mijały. W mózgu nieszczęśliwej kobiety wytworzyło się jakieś dziwne, niepojęte splątanie pojęć i wyobrażeń. Przestała wierzyć, że syn jej umarł, nie mogła uwierzyć, że żyje. Wszakże pisuje do niej listy, wszak ma codziennie przed sobą jego świeżą myśl żywą, tęsknotę jego ducha, ślad łzy gorącej, która spadła na papier przy pisaniu.
Cóż znaczą czas i przestrzeń, które siłą miłości macierzyńskiej wykreśliła z kategorji swego myślenia.
On żyje dla niej, bo z nią rozmawia, swoim miłym, nizkim głosem, który tak doskonale słyszy w formie charakterystycznych, żartobliwych zwrotów listu.
— Jakbym go widziała tu, na tym krześle przy stole... Wieczorem pijaliśmy razem herbatę... Właśnie żartował sobie z moich obaw, moich przesądów... Jakże chcecie, ażebym wierzyła w śmierć chłopca mojego, skoro tu siedzi i żartuje, jak zawsze...
A jednak ktoś umarł... rozdarty na strzępy przez szrapnel nieprzyjacielski.
Ubiegło dni czternaście. Mila liczyła skrupulatnie dni, godziny, minuty i niepokój jej wzrastał stopniowo, jak zbliżała się data fatalna — data telegramu.
Dotychczas nic. Kiedyż się nareszcie skończą te listy tragiczne.
Podniecona straszliwie, zgorączkowana niecierpliwem wyczekiwaniem, przybiegała wieczorami do pani Zabrzeskiej i z nią razem nasłuchiwała dzwonka. Nauczyła się rozpoznawać stąpanie roznosiciela pocztowego po schodach.
Terkocze dzwonek u drzwi wchodowych.
— To on — piętnasty.
Tak, ten znany, znamienny stempel na kopercie.
— Szesnasty!
— Rachunek Mili wskazuje niezawodnie, że te tragiczne, okropne listy z za grobu powinny się już były skończyć stanowczo.
Wszakże przyszedł jeszcze jeden.
— Siedemnasty!
Dnia tego Mila wybiegła otworzyć pocztarzowi. List przyjęła ze drżeniem i, jakby z wahaniem, wręczyła pani Zabrzeskiej, która go chwyciła, jak zwykle teraz, z radosną skwapliwością.
— Poczciwy mój chłopak!
Przetarła okulary i czytała, a potem bez słowa jednego podała list Mili:
„Droga mateczko — pisał Władysław. — Nudno tu djabelnie. Siedzimy w aproszach, ryjemy ziemię, jak krety, i choć armatki kichają tęgo bez ustanku, przecież bez skutku dobrego, bo pociski niosą się nam po nad głowami. Jeden tylko jakiś zwarjowany, idjotyczny szrapnel, zaawanturował się do naszej dziury i narobił trochę bigosu z poczciwych chłopów mazurskich. Zresztą wszystko dobrze, o ile nie należy brać zbyt tragicznie posyłki, jaką otrzymałem dziś zrana od panny Emilji. Zwraca mi słowo i pierścionek. Zerwanie to umotywowane niesłychanie rozsądnie, trzeźwo i przekonywująco, ma pewne dobre strony, bo przestanę nareszcie, siedząc bezczynnie w kreciej jamie, nudzić się wyczekiwaniem na jej listy i dziś jeszcze, dla rozrywki, wyjdę sobie na ochotnika z rekonesansem...
Ha, skoro nie udało mi się w miłości, może przynajmniej zdobędę sławę wojenną“.
Mila przerwała czytanie i zalękniona podniosła wzrok na panią Zabrzeską.
Nieszczęsna siedziała martwo, nieruchomo, wpatrzona uparcie w Milę.
Zapanowało długie, przygnębiające milczenie. Nagle pani Zabrzeska zaczęła się śmiać nie
przytomnie, dziko, strasznie.
Ha, ha, ha... to zabawne...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Jaroszyński.