Odpoczynek

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Jaroszyński
Tytuł Odpoczynek
Pochodzenie Oko za oko
Wydawca I. Rzepecki
Data wydania 1912
Druk Bilińskiego i Maślankiewicza
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ODPOCZYNEK


Dnia tego już od rana Mateuszowa wiedziała, iże ze starym będzie koniec.
Tako ono i ciotka Nastazja mówiła, która, wiadomo, baba była na chorobach się znająca, boć przecie bez mała od pół wieku całką wieś w potrzebie kurowała.
Kurowała ona i Mateusza, jako módz, najlepiej, ile że siostrzanowi rodzonemu starania, choć i bez wielkiej nagrody, nie skąpiła. Zamawiała stara, okadzała, borsuczą tłustością w dołku mazała, ziele święcone, co najskuteczniejsze, a insze, osobliwie na nowiu pod mogiłkami zbierane, dała pić, aże wraz machnęła ręką.
— Dziś, jutro — mówi — bolenie pod serce podejdzie i... „Mocny Boże“ nie pomoże.
Ludzka rzecz: jakby stary — mówi — na siłach opadł, a z barłogu się ruszyć nie chciał, już mu jeno po księdza ślijcie, bo ostatnia jego godzina wybiła.
Poprawdzie próbował Mateusz do dnia z łóżka się zwlec, bodaj cieluchy obrządzić, toż do onej strzechy na stodole by najpilniej się brać, ile że jesień była za pasem i, nie daj Bóg, deszcze rychło lać zaczną, ale nijak nie zdołał.
Okrutne kolki w boki go sparły, że oddech zabijało. Leżał na pościeli, jako kłoda i jeno jęczał nieludzkim głosem a mamrotał.
— Jakże to — myśli — dzieckam a babie taką robotę ostawić mam, której i chłop nie każdy uradzić potrafi. Jakże to bez poszycia stodoła pod zimę będzie i całą chudobę mało nie gorzej na zatracenie wydać przyjdzie.
Markocił się oną stodołą niemało, ale widzi co mu zapisano, tedy przez ściśnięte od bólu zęby krzyknie:
— Księdza!
Porwała się Mateuszowa od komina, kędy świniom w saganie kartofle warzyła, i jakoby oto na one wołanie czekała, trzaśnie w kark Kazka.
— Chybaj, bąku, a żwawo do Niechcic na plebanję, pocałuj dobrodzieja w rękę, i proś, żeby z olejami świętymi do nas duchem jechał, bo tatuś umierają.
Wysłała jeszcze Jagnę pod las po ciotkę Nastazję, małe dzieci z Marcysią wyprawiła do sadu, a sama stanęła podle łóżka i pogląda na męża.
On tchnie ciężko, piersiami okrutnie robi, że, dziw, nie pękną.
— Źle z tobą mężysiu?
— Źle.
— Już, mi chudziaku, nie pociągniesz?
— Zamrę.
Dwie wielkie łzy wytoczyły się kobiecie z pod powiek i zbiegły szybko po zwiędłych policzkach. A potem jakby się przerwały upusty, płynęły po tych policzkach zwiędłych długie, nieprzerwane łez strumienie.
Mateuszowa płakała. Żałośne łkanie wstrząsało jej ciałem. Szloch głośny mieszał się z bulgotaniem kartofli na kominie. Nagle kobieta przestała płakać. Wydobywające się z oczu łez perły pięścią wtłoczyła z powrotem pod powieki, nos utarła fartuchem.
— Żal żalem, a świniakom źreć dać trzeba.
Splunęła w ręce, energicznym ruchem dźwignęła ogromny, dymiący się sagan i wyniosła go na podwórze.
Mateusz sam został w izbie.

∗                    ∗

Kazek, jak przystało, kopnął się z miejsca co siły w nogach. W poczuciu ważności sprawy przez wieś pędził jak strzała, odkrzykując tylko nawołającym go chłopakom:
— Tatuś mi umierają.
Ale wieś długa była i nim do końca dobieżał, tchu mu w piersiach nie stało, zwolnił więc kroku, ile że droga pod górę szła i dobrze była piaszczysta. Na górce, chłopcy, co bydło gromadzkie na wygonie paśli, zebrali się w kupę pod figurą, psoty przejezdnym wyprawiać. Kiedy Kazka ujrzeli, jęli go łapać, żeby z nimi do towarzystwa przystał.
— Puszczaj — mówi im — po księdza na plebanję do Niechcic idę, bo mi tatuś umierają.
— Głupiś — odrzekną — księdza na plebanji niema. Widzielim jako dopiero co tędy na bryczce jechał musi do dziedziczki z Topolowa.
Stanął Kazek i drapał się bezradnie w zatyłek głowy.
Do Topolowa było ztąd tak samo wiorst ze dwie, nie więcej, jak do Niechcic, aleć przecie na plebanję do Niechcic matka iść kazali, a nie do dwora w Topolowie. Jakże mu rzecz taką na swój głupi rozum brać, kiedy matka wiedzą jak ma być i co. Skoro zaś na plebanji dobrodzieja niema, to się niema co i śpieszyć. Przystanął tedy z chłopakami pod figurą i rozpowiedział, jak to tatuś znagła przy robocie zaniemogli, jak go ciotka Nastazja kurowała, a okadzała, złe zamawiała, a maściami mazała, jak owo dziś dodnia choroba go sparła okrutnie, że już jeno księdza wołać dał i do śmierci się gotuje.
— Sierotą ostanę — mówi płaczliwie, ale nie bez pewnej dumy, jakby w poczuciu osobliwości swego stanu.
— Owa — przerwie Jędrek od kowalki — ja też sierota... i co?
Inni także opowiadali różności o sierotach, bo wiadomo, we wsi i okolicy tego nie brak.
Tymczasem słonko stanęło wysoko na niebie, a niebawem ciepły wietrzyk wrześniowy przyniósł z oddali echo południowego dzwonienia na Anioł Pański.
W tym momencie też powracał proboszcz drogą od Topolowa.
— Niech będzie pochwalony...
— Na wieki wieków!
Kazek puścił się pędem za końmi. Nie zgonił wprawdzie dobrych kasztanów plebańskich, co, choć nienazbyt rosłe, przecie, że na sowitych, obrokach trzymane, raźno po lekkiej drodze pomykały, aleć niewiele trzeba dopadł plebanji i już jegomości rękę całuje:
— Tatuś mi umierają.
Proboszcz do stołu właśnie siadał, zebrał się jednak, nie mieszkając, konie zakładać kazał i co do ostatniej posługi trzeba, kościelnemu nagotowić. Niedługo to trwało, wszelako zanim ruszyli dobrze kilka godzin od wyjścia Kazkowego upłynęło.
Czy, aby żywie ów nieszczęśnik, który pociechy duchowej w ostatniej gdzinie oczekiwał?
— Nie żałuj bata.
W pianie stały kasztanki, kiedy przed Mateuszową chałupę zajechali.
Ludzie wsiowi, księdza z Panem Bogiem jadącego ujrzawszy, za onym wraz na obrząd pobożny śpieszyli. Nie wiedzieć zkąd i kiedy kupa się ich przed obejściem zbiegła niemała. Ksiądz poprzedzany przez Kazka wszedł do izby.
Widzi:
Na stole czystą serwetą przykrytym, leżały przygotowane dwie gromnice, łóżko, jak potrzeba, świeżo, czysto obleczone było, wszelako... puste.
Proboszcz zmarszczył brwi surowo.
Jakże to? Do konającego mnię wezwano!
Przez tłum ludu, w izbie zgęszczony, przedziera się zdyszana Mateuszowa. Przypadła księdzu do nóg i za kolana obłapiła.
— Dobrodzieju nasz święty, nie wińcie. Konający on, nieboraczek, prawdziwie; na ostatnich on nogach, chudzina, nie chybi nocki dzisiejszej nie przetrzyma, ledwo już dycha, ledwo zipie... ale się zwlekło chłopisko stodołę poszywać. Na dach mi wlazł, gospodarz mój nieprzepłacony... po drabinie umyślił, niebożątko, w takiej godzinie się czepiać. Taki już był chłop zabiegliwy, taki starowny, taki robotny.
— O dolo-ż ty moja, dolo — wołała, zawodząc — kogóż nam przyjdzie utracić, kogo!
— Na dobrodzieja czekalim... Mówi mój: Nie śpieszno dobrodziejowi, to choć zgrubsza stodołę ogarnę, choć ladajako przysłonię, a zaśby plucha, kiedy nastanie, zgnoić miała — com dzieciom a babie ze świętej ziemi zebrał.
— Do chudobym wyszła prawi dalej Mateuszowa do obrządku domowego, jako mus jest, stanęłam, a on se, biedota, stękający na drabinę polazł. Anim wiedziała, kiedy i jak; anim się obejrzała, anim zmiarkowała... Ale już go niesą chłopy, bo zesłabł okrutnie, nieboraczek, i trza go było ze stodoły z ludźmi zdymać.
Jakoż we drzwiach izby ukazał się Mateusz.
Idzie, nie idzie, a niosą go we czterech.
Gorączka od niego bucha. Ręce bezwładnie zwisły. Zda się i mówić już nie zdoła.
Złożyli go na łóżku. Mateuszowa przyoblekła chłopa w czystą koszulę.
Przystąpił do konającego ksiądz z sakramentami.
Przyklękli ludzie...

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Mateusz, jak wypadało, przed nocą zmarł poczciwie.
Ciotka Nastazja zamknęła mu oczy i złożyła spracowane ręce na piersiach.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Leży Mateusz W białej, z prostych desek zbitej trumnie, z założonemi na piersiach rękoma.
Odpoczywa.
Spokój i powaga niewypowiedziana osiadły mu na czole. Sciągnęły się nad oczyma surowo wielkie, krzaczaste brwi, ale nikomu nie grożą, nikogo nie nienawidzą, nikomu nie zawidzą, jeno martwej twarzy chłopskiej nadają wyraz królewskiej niemal godności i dostojeństwa.
Wydłużył się nos, zaostrzyły wszystkie rysy, wydelikaciła, w woskowej martwocie trupiej, spalona cera chłopska.
— Odpoczywasz se jak pan — zawodzi Mateuszowa, kiwając się rytmicznie nad zwłokami męża. — Odpoczywasz se jak pan gospodarzu nierychliwy. Założyłeś se leniwe ręczyska po pańsku i już się, nie boże, nie tkniesz ani wideł, ani pługa, ani siekiery, ani inszej chłopskiej rzeczy, a nam, sierotom ubogim, ostawiasz harowanie a biedowanie do końca dni żywota naszego.
Nieruchomo splecione na piersiach ręce męża przejmowały zbolałą wdowę dziwnem wzruszeniem. Ogarnęło ją ogromne rozrzewnienie. Z gwałtownym szlochem rzuciła się na te bezwładne, trupie ręce i okrywała je pocałunkami.
— Hej, hej, upracowały się one ręczyska serdeczne, upracowały. Nie dał im chłop robotny wytchnienia, nie dał pokoju, nie założył tak palczysków, nieboraczek, póki życia, nie odpoczął gospodarz mój złocisty do ostatniego dechu, nie odpoczął.
— Odpoczywanie wiekuiste raczże ci teraz dać, Panie. Amen.
Wyprostowała się, otarła oczy fartuchem.
— Ano, o żywych trzeba myśleć.
Wzięła się raźnie do rozpalania ognia na kominie.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Jaroszyński.