Delikatność uczuć

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Jaroszyński
Tytuł Delikatność uczuć
Pochodzenie Oko za oko
Wydawca I. Rzepecki
Data wydania 1912
Druk Bilińskiego i Maślankiewicza
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


DELIKATNOŚĆ UCZUĆ
— Nie chcę kobiecie wiązać losu, nie chcę pozbawiać jej tego, co zapewne stanowić będzie może całe szczęście i jedyną okrasę życia. Nie chciałbym, słowem, — ciągnął pan Adam z przekonaniem — ażeby piękny jej talent miał się spaczyć i zmarnować przez brak z mej strony tej trochy poświęcenia... wyrzeczenia się osobistego, tej trochy ofiary z męskiego egoizmu, czego niewątpliwie, w naszych mianowicie warunkach, ma najpełniejsze prawo odemnie wymagać.

Istotnie wielkiego poświęcenia trzeba było, ażeby w rok niespełna po ślubie puścić od siebie w dalekie kraje młodą, piękną i naturalnie kochaną bardzo żonę.
— Czy kochana? — powtórzył Adam w uniesieniu, a jasne poczciwe jego oczy zalśniły łzami... Ba, dwie wielkie, jak grochy, łzy djamentowe stoczyły się po policzkach, choć pragnął je wszelkiemi siłami zatrzymać pod powieką.
Jakieś zbyt pospolite, czy zbyt małe na wyrażenie wielkiego uczucia, słowo uwięzło w gardle wstydliwie. Westchnął tylko głęboko, przysłonił twarz rękoma i milczeliśmy obadwaj długą chwilę.
Kiedy wreszcie opanował nagły wybuch niepożądanej rzewności, kiedy otarł nieznacznie, zwilgotniałe od płaczu, oczy, mówił dalej, starając się hamować nadmierne wzruszenie.
— Czy kocham? Boże! Powiedziałem: trochę ofiary!.. Było to jedno z tych szablonowych kłamstw konwencjonalnych, które się powtarza bezmyślnie, bez wniknięcia w istotną treść wymówionego słowa. Powinienem był raczej powiedzieć szczerze: Niech ogrom ofiary, jaką ponoszę, pozbawiając się na kilka długich miesięcy widoku Baśki, jej wzroku, głosu, pieszczoty, jej osoby... no, pozbawiając się w domu obecności żony... najukochańszej pod słońcem istoty... niech ogrom wyrzeczenia się tego dobrowolnego będzie miarą ogromu miłości mojej dla niej! Niechaj to świadczy, jak daleko posuwam pragnienie uszczęśliwienia ukochanej, jeżeli jestem zdolny unieszczęśliwiać sam siebie w sposób tak bezlitosny...
Bo też, doprawdy, uwierzyłem najmocniej, że wyjazd Basi za granicę dla kształcenia się w śpiewie jest dla niej koniecznością nieodwołalną. Kilka miesięcy systematycznej nauki w dobrej szkole da jej możność zużytkowania wspaniałego talentu w kondycjach jedynie odpowiednich. Basia przy swoim głosie cudownym, przy swoich, istotnie fenomenalnych warunkach artystycznych, jako śpiewaczka estradowa lub sceniczna, zarabiać może sumy szalone.
Zarumienił się nagle, jak gdyby w oczach słuchacza wyczytał znienacka złośliwą uwagę. Starał się wytłumaczyć.
— Proszę, niech mnie pan nie posądza, że marzę dla siebie o stanowisku męża prymadonny. Niech mię Bóg ciężko ukarze, jeżelim myślał kiedykolwiek o poprawie z zarobków żony swego własnego losu. Zresztą, zna mię pan zapewne z tej strony, że jestem człowiekiem nader małych potrzeb osobistych i że mi moja posadka na kolei nietylko na zaspokojenie tych skromnych potrzeb filisterskich wystarczała najzupełniej, ale jak pan wie, umiałem jeszcze zaoszczędzić blizko tysiąc rubli, któren teraz z największą rozkoszą oddal żonie, na jej wyjazd do Paryża.
— Więcej powiem: — mówił, jakby podniecając się wynurzeniami — skromna, ale pewna moja posadka na kolei, zwłaszcza po ostatnim awansie, przy dobrym rachunku, pozwoliłaby utrzymać rodzinę na stopie właściwej naszej sferze. I niech mi pan wierzy, gdybym był wziął dziewczynę prostą, a gospodarną, tak mi Panie Boże przy skonaniu dopomóż, nie pozwoliłbym, ażeby miała wycierać gdzie kąty po biurach, lub biegać za lekcjami, kilka rubli dorobić do naszego budżetu domowego.
Inna rzecz z Basią. Jej przebogata, artystyczna natura ma inne wymagania, inne potrzeby; jej niezwykła, olśniewająca piękność domaga się równie świetnej oprawy...
Westchnął znowu boleśnie.
— Hm — mówił z pewną goryczą — może to nieprzezornie było żenić się z tak wyjątkowo obdarowaną od natury istotą, urzędnikowi kolejowemu. Piękna, elegancka, wytworna, z upodobaniami artystycznemi żona jest dla ludzi pracy zbytkiem nie do darowania. Doprawdy, zawsze zastanawiała mię ta straszna, niewymierna dysproporcja w skali zarobków ludzkich, zkąd wypada, że pewna skala życiowa jest dla ludzi, żyjących z pracy rąk własnych, zgoła niedostępna. Zrozumiałem to jeszcze głębiej, kiedym się do tego po ślubie dotknął bezpośrednio. Proszę pana: jeden kapelusz, w którym żonie mojej mogło być do twarzy, to cała moja pensja miesięczna; jedno okrycie zimowe z futerkiem — to cała moja pensja roczna; a wieleż to lat musiałbym ślęczeć przy biurku, ażeby kupić swojej żonie garniturek brylantowy, taki, jakie dajmy na to, miewają te panie... niektóre... no, pan wie.
Grymas odrazy wykrzywił poczciwą twarz pana Adama.
— Tak, — wołał już z jakąś gwałtowną namiętnością — tak, nieprzezornie jest pracownikowi biurowemu żenić się z piękną kobietą, ale stokroć nieprzezornej, pięknej kobiecie wychodzić za człowieka żyjącego z pracy rąk własnych. Ale co pan chcesz, ślepa, nic nigdy nie obliczająca, miłość rzuciła nas sobie w ramiona i związała razem losy nasze na zawsze. Wziąłem ją od rodziców, jak się to mówi, w jednej sukience, ona także nie pytała, czy mam dużo kuponów do obcięcia. Skoro jednak teraz musieliśmy spojrzeć w twarz rzeczywistości na trzeźwo, czyż mogę, proszę pana... czyż mi wolno dla siebie, przez ciasne samolubstwo, przez brudny egoizm... mężowski, przeszkadzać jej w odnalezieniu możliwego wyjścia z sytuacji, w której ja odgrywam dotychczas rolę zawalidrogi?
Niech szuka lepszej, jaśniejszej, a godnej siebie przyszłości! Bo tylko, proszę pana, talent wybitny, piękny, dobrze postawiony głos może w pewnej mierze wyrównać ową straszliwą dysproporcję w skali życiowej; tylko szczęśliwa karjera artystyczna, może zapewnić kobiecie te świetniejsze strony egzystencji, jakie daje majątek osobisty, bogate zamążpójście lub... lub... no... mówiąc otwarcie...
— Więc pani wyjeżdża? — przerwałem.
— Dziś w nocy, kurjerem.
— Na długo?
— Na sześć miesięcy... może więcej...
Z panem Adamem w czasie jego słomianego wdowieństwa widywałem się często, bo niemal codziennie. Przesiadywał w naszej kawiarni długo w wieczór nad jednem, jedynem piwem, przyczem starał się posiedzenia te przeciągnąć możliwie najdłużej.
Nie śpieszyło mu się do pustego domu.
Opowiadał mi też o nędzy swego opuszczenia, o tęsknotach i cierpieniach samotności, aż raz, po sutszej nieco kolacji, wypiliśmy bruderszaft, odtąd też jesteśmy z sobą na ty.
Rzucił mi się na szyję i ze łzami w oczach dziękował za to tylko, że go słucham cierpliwie.
— Wszyscy inni — mówił z żalem — myślą jedynie o sobie, przechwalają się swojem powodzeniem, swojemi tryumfami, szczęściem, wygraną w karty, lub na wyścigach.
Ciebie za to, że okazałeś trochę współczucia dla mojej nędzy, pokochałem bez granic. Masz moją przyjaźń dozgonną — kończył, ściskając gorąco rękę podaną.
Darzył mię też istotnie zaufaniem bezwzględnem, mówił o kłopotach pieniężnych, gdyż, jak się okazało, żonie musiał posyłać do Paryża różnemi czasy mniejsze i większe sumki, oraz pokazywał jej listy, zresztą dość suche i nader lakoniczne.
Wogóle pani Basia nie jest widocznie zbyt sentymentalna i w posłaniach swoich do męża, prócz zwięźle wpuszczonego interesu bezpośredniego, zamieszcza jedynie krótkie i węzłowate wiadomości o tem, że jej się dobrze powodzi i że najświetniejsze żywi nadzieje na przyszłość. Bije z listów tych wielkie, szczere, serdeczne zadowolenie z siebie i z obecnego swego losu, ale ani cienia troski serdeczne o ból utrapionego w tęsknocie męża.
— To już jej takie usposobienie — tłumaczy pan Adam — poprostu wstydzi się zdradzić z gorętszem uczuciem i pozorami chłodnej obojętności pokrywa wzruszenia naprawdę niezmiernie tkliwego i miękkiego serca. Co chcesz, ma ona na tym punkcie szczególniejszą swoją ambicję.
Czasem w listach zwierzała się z projektów na podróże i wycieczki, które odbywać miała w towarzystwie jakiejś, poznanej w Paryżu, zamożnej rodziny angielskiej. Jakoż istotnie niebawem potem Adam otrzymał karty z widokami Hiszpanji, Włoch, Egiptu...
Zimę przepędziła pani Basia w Nicei.
Na wiosnę wpaść miała jeszcze na kilka tygodni do Paryża, ażeby ukończyć edukację śpiewaczą u Reszkiego, a potem zapowiadała powrót swój do kraju na pierwsze początki lata.
Adam liczył niecierpliwie godziny, a tymczasem chudł, mizerniał i doświadczał coraz wyrazistszych objawów neurastenji.
Skarżył się przedewszystkiem na bezsenność.
— Nieraz — żali się w kawiarni, jestem tak znużony, iż zdaje się usnę, siedząc, stojąc, zdaje się, że usnę w czasie najgwarniejszej, najbardziej zajmującej rozmowy. Niechże tylko przyłożę głowę do poduszki! — już... Już mnie wstrząśnie jakaś myśl natrętna i ani marzyć o zmrużeniu oka.
Nie wystarcza mu tedy wysiadywanie w kawiarni, którą zamykają o godzinie drugiej w nocy, włóczy się więc po mieście do rana białego.
— Nie mogę, no, nie mogę poprostu znieść w domu pustki, nie mogę znieść tam braku tej, którą...
Rozbeczał się na dobre. Przyznał się, że pani Basia przedłuża swój pobyt za granicą. Wyjeżdża na lato z ową rodziną angielską do Ostendy, w jesieni zaś musi być w Paryżu, ażeby powetować sobie, spowodowaną podróżami, przerwę w nauce śpiewu.
Przykrość mu jeszcze sprawia ta okoliczność, że żona, snadź nie chcąc przez delikatność wyczerpywać do dna jego kasy, coraz rzadziej upomina się o pieniądze.
— Nie mogę sobie darować, — mówi — żem się wygadał, jaką mi robi trudność wysłanie tych kilkudziesięciu rubli. Jak ona tam sobie biedaczka radzi na obczyźnie!
— Toż minęło lato, — biada — a jednego grosza odemnie nie wzięła.
Aż w pierwszych dniach jesieni wpada Adam do kawiarni, rozpromieniony.
— Wiesz? Basia jest już z powrotem w Paryżu i pisze na gwałt o pięćdziesiąt rubli.
— Naturalnie posyłasz?
— Lepiej. Sam jadę. Udało mi się w zarządzie wytrzasnąć bilet wolnej jazdy... no, niby w sprawie służbowej... Sam zawiozę monetę i zabiorę moją panią, choćby jej tam zagranicą obiecywano złote góry.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wrócił jednak bez swojej pani.
— Nie, wiesz — opowiadał — zawsze mówiłem, że nieproporcyonalność w stosunku zarobków ludzkich jest już doprawdy zbyt wielka. Poprostu czułem się upokorzony ze swoją pensyjką biurową wobec tego, co musi zarabiać talentem swoim śpiewaczym taka Basia. Wyobraź sobie, całe jej otoczenie, cały tryb życia — mieszkanie, meble, stroje, służba, samochód — to inny świat, inna sfera i inna atmosfera. Nie dziwię się, że jej nie pilno wracać do naszych dwu pokoików z jednem wejściem, a nie wiem, czyby w kraju znalazła odrazu równie świetne przyjęcie.
— Powiadam ci — urządziła się niby tymczasowo, ale rzeczywiście rozkosznie. To śmieszne w jakim stosunku jest tych moich biednych pięćdziesiąt rubli do sum, jakie Basia na siebie musi wydawać. Doprawdy, nie wiem poprostu, dlaczego ich tak gwałtownie żądała, a przyjęła, proszę cię, z niewysłowioną wdzięcznością, no, jak największe dobrodziejstwo.
— Myślę, że jest to dowód wielkiej delikatności uczuć.
Zarumienił się po uszy.
— Jak to rozumiesz? Przypuszczasz może, że...
Prawdopodobnie z kolei ja się znowu zarumieniłem. W każdym razie zmieszałem się uczciwie. Zacząłem namiętnie protestować.
— Ale cóż znowu!... Nic nie przypuszczam... nic absolutnie!... Myślę tylko... no, poprostu... że... No, nie chciała, ażebyś się czuł upokorzony brakiem odpowiedniej proporcji w waszych zarobkach.
— Tak, tak, to właśnie leży w jej charakterze: wytworność i delikatność uczuć.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Jaroszyński.